pl-felieton-wersja-2

Takich kolejek w Premier League kibice łakną – dwa absolutne szlagiery, które miały być obrazem tego, co w angielskiej ekstraklasie najlepsze: Manchester City vs Arsenal i derby Merseyside, czyli odwieczna walka o prym w mieście Beatlesów. Często przed hitami są obawy, że piłkarze nie staną na wysokości zadania. Tym razem podołali i w fantastyczny sposób zapowiedzieli to, co dziać się będzie w okresie świąteczno-noworocznym!

Aby przypomnieć sobie kolejkę, w której rozegrane zostały dwa tak prestiżowe i przebojowo zapowiadające się mecze, a które jednocześnie nie zawiodły oczekiwań kibiców, ekspertów czy poniekąd samych uczestników wydarzeń, trzeba by się z pewnością cofnąć do poprzedniego sezonu. Wiadomo – różnie jest z tymi ligowymi klasykami i starciami najlepszych. Czasami obie strony nastawione są na to, żeby w pełni zadowolić zgromadzoną publiczność i rozegrać kapitalne, pełne wrażeń widowisko, jednak częściej w ostatnim czasie byliśmy zmuszeni oglądać rywalizacje, w których jedni i drudzy przede wszystkim myśleli o zabezpieczeniu własnej bramki. W niedzielę i poniedziałek było zgoła inaczej, choć zarówno rywalizacja na Etihad Stadium, jak i ta na Goodison Park miały swój odrębny przebieg.

W starciu trzeciej z czwartą ekipą w stawce wynik szybko otworzył Theo Walcott i to z pewnością podziałało na Obywateli jak płachta na byka – w końcu gospodarze nie mogli przejść obojętnie obok straconej bramki. Z formą Manchesteru City ostatnio bywa różnie, a zważywszy na to, jak prezentował się w poprzednich meczach Arsenal, z pewnością wielu po golu Anglika pomyślało: „O! No to sprawa załatwiona”. Nic z tych rzeczy, bo w składzie drużyny Pepa Guardioli był Kevin de Bruyne. To Belg grający teoretycznie jako fałszywa „9” napędzał większość akcji swojego zespołu i aż strach pomyśleć, jak wyglądaliby The Citizens bez niego. Obserwując byłego gracza Chelsea w wielkich meczach łatwo można się zorientować, że specyfika spotkań o dużym ciężarze gatunkowym mu leży – De Bruyne czuje się w nich jak ryba w wodzie.


Majstersztyk. Geniusz. Magik.


Arsenal od jakiegoś czasu regularnie miewa problemy z utrzymaniem prowadzenia. Tak w niedzielnym meczu, jak i w środku tygodnia z Evertonem Kanonierzy strzelali jako pierwsi, a mimo to obie te rywalizacje przegrali 1:2. Być może podopieczni Arsène’a Wengera mają jakiś głębszy kłopot z utrzymaniem koncentracji czy odpowiedniego poziomu motywacji po zdobytym golu. Jeśli istotnie tak jest, Francuz jak najszybciej musi się z tym uporać, bo w przeciwnym razie fani The Gunners w każdym spotkaniu, w którym przewaga ich klubu nad rywalem będzie minimalna, do końcowego gwizdka będą musieli drżeć o wynik.


Najbardziej zastanawiającą, już pomeczową kwestią jest to, na kogo konfrontacja na Etihad wpłynie lepiej. Z jednej strony Manchester City, który pierwszy raz od września wygrał mecz po meczu w Premier League i nie licząc ligowych derbów, w końcu pokonał kogoś ze ścisłego topu, wszak wcześniej lepsi od Guardioli okazywali się Pochettino, Conte i Mourinho (w Pucharze Ligi). Czuć z daleka, że hiszpański menedżer, który w moim odczuciu zlekceważył angielską ekstraklasę po imponującym starcie, uczy się tej ligi i niewykluczone, że potrzebuje sezonu na przetarcie, aby lepiej poznać jej charakterystykę. Z drugiej zaś Arsène Wenger, którego podopieczni często zaskakująco dobrze przyjmują porażki. Pamiętacie inaugurację rozgrywek i blamaż na The Emirates z Liverpoolem? Od tamtej pory do minionego wtorku Arsenal nie przegrał meczu w lidze, jednocześnie wygrywając 10 z 14.


Początek przyszłego roku – taka data widnieje przy nazwisku Shkodrana Mustafiego w kontekście jego powrotu do gry. To kolejne zmartwienie szkoleniowca The Gunners, bo gdy tylko reprezentant Niemiec złapał uraz, jego klubowi koledzy natychmiast przegrali dwa mecze z rzędu, co wicemistrzom Anglii nie zdarzyło się od marca. Teraz na Arsenal czeka West Bromwich Albion, który choć przyjeżdża do północnego Londynu, to na pewno wysoko postawi poprzeczkę faworytowi. A że Wengerowi nie po drodze z Tonym Pulisem wiemy nie od dziś…

***

Liverpool jest czerwony, przynajmniej do następnych derbów – to chyba najlepsze podsumowanie wczorajszego spotkania, które naprawdę mogło się podobać. Everton zagrał mądrze i przez długi czas bardzo skutecznie utrudniał sąsiadom zza miedzy wypracowanie dogodnych okazji do objęcia prowadzenia. Oglądając już n-te derby Merseyside w swoim życiu stale odnoszę jednak wrażenie, że The Toffees darzą rywali z Anfield zbyt dużym respektem. Przypomnijcie sobie poprzednią konfrontację na Goodison Park, kiedy The Reds, delikatnie to ujmując, nie byli w najlepszej dyspozycji, a mimo to gospodarze mieli splątane nogi i jedyne, na co było ich stać, to bezbarwne 0:0. Jest swego rodzaju bojaźń przed LFC w niebieskiej części miasta i to się czuje.


Tylko jedno zwycięstwo w 19 meczach – ktoś sarkastycznie mógłby rzucić, że chyba wszystkie te starcia były rozgrywane na Anfield. Otóż nie, bo u siebie Everton również radzi sobie tragicznie w derbowych potyczkach. The Toffees wygrali jedno z ostatnich dziesięciu spotkań o prymat w Merseyside na własnych śmieciach, remisując większość z pozostałych. O meczach wyjazdowych, choć to dla obu drużyn najkrótsze wypady w sezonie, nie warto w ogóle wspominać, aby nie pogrążać podopiecznych Ronalda Koemana. Wydawało się, że jego piłkarze naładowani pozytywną energią po zwycięstwie nad Arsenalem rzucą się na przeciwników i będą chcieli ich zagryźć. Okoliczności były o tyle sprzyjające, że Liverpool ostatnio złapał mały dołek, a mimo to znowu się nie udało…


Szaleństwo!

Daniel Sturridge dał o sobie znać chyba w najlepszym możliwym momencie i choć wciąż nie ma na swoim koncie trafienia w Premier League, to gdyby nie jego akcja, kolejny raz derby na Goodison Park mogłyby zakończyć się podziałem punktów. Oczywiście, to Sadio Mané jest na ustach wszystkich, a Liverpool ponownie pokazał, że Jürgen Klopp skonstruował zespół, który osłabiony brakiem swojego najlepszego w tym sezonie zawodnika, Philippe Coutinho, jest w stanie sobie poradzić. Ta więź, którą utworzył Niemiec na Anfield, i która stale się umacnia, byłaby w stanie przebić najgrubsze mury. To, jak zawodnicy The Reds wspólnie fetują kolejne zwycięstwa, czy jak wspierają się po porażkach, może wprawiać w zachwyt nie tylko fanów 18-krotnych mistrzów Anglii. Są trochę jak zamknięta grupa, która nie bierze jeńców, a gdy natrafia na przeszkody, wszystko załatwia wewnątrz.


Klopp już przeszedł do historii – jako jedyny menedżer Liverpoolu wygrał swoje pierwsze dwa derbowe starcia nie tracąc przy tym bramki. Nie ma takiej siły, która sprawiłaby, żeby fani na Anfield nie zapamiętali go na zawsze jak Billa Shankly’ego, Boba Paisley’a czy Kenny’ego Dalglisha, czyli absolutne klubowe legendy menedżerskie. Myślę jednak, że to dopiero początek usłanej różami drogi Kloppa i jego czerwonej armii. Schodząc na ziemię warto zauważyć, że The Reds wracają na zwycięską ścieżkę, a w ostatnich dwóch meczach zagrali (o zgrozo!) na zero z tyłu. Czy to efekt zmiany bramkarza? Zastanawiające, choć w rzeczywistości Mignolet ani w rywalizacji z Middlesbrough, ani tej wczorajszej nie miał zbyt wielu okazji, aby się wykazać. Niewykluczone jednak, że po tych dwóch występach Belg zyska sporą dawkę pewności siebie, która pozwoli mu na dłużej zagościć w pierwszym składzie.


To zdecydowanie najbardziej negatywny moment poniedziałkowej rywalizacji i aż dziw bierze, że za to zagranie Barkley nie wyleciał z boiska. Sam faul pomocnika gospodarzy kompletnie mnie nie dziwi, bo ranga meczu, prestiż i presja związana z derbami Merseyside powoduje, że zawodnikom momentami wyłącza się myślenie, a w historii zdarzało się to również tym największym ze Stevenem Gerrardem na czele. Najważniejsze, że z Jordanem Hendersonem wszystko w porządku, bo niewiele brakowało, aby jego kolega z reprezentacji wyautował go na dobrych kilka tygodni.

Patrząc na to, jak gra w tym sezonie Liverpool i jak zaprezentował się w miniony weekend Manchester City, zacieram ręce na rywalizację w Sylwestra, a przecież do gry powinni już wrócić Sergio Agüero i Philippe Coutinho. Wcześniej jednak Boxing Day, a więc to, co tygrysy lubią najbardziej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *