media.media.a41bfb19-5062-4b4b-9a8d-baa32d281041.original1024

Polscy ligowcy i 2. Bundesliga właśnie przeżywają klasyczne zauroczenie. Zawodnicy z Ekstraklasy ciągną na niemieckie zaplecze pełni nadziei, że to idealne miejsce, aby na najwyższym poziomie pod względem organizacyjnym i logistycznym, przy pełnych trybunach pięknych stadionów, a przy tym bez zbędnej presji pokazać, na co ich naprawdę stać i wzorem Juliana Weigla czy Joshuy Kimmicha wybić się do zespołu z elity. Kluby za naszą zachodnią granicą ostatnio wyzbyły się resztek oporów przed zatrudnianiem Polaków i wywodzących się z naszej ligi piłkarzy. Tych łamiących w Niemczech stereotyp nieprofesjonalnego i przygłupiego kopacza znad Wisły aktualnie nie brakuje.

Ta tendencja ma również swoje minusy, na czele z masową emigracją, podczas której nikt kompletnie nie przejmuje się faktami. A te są mało optymistyczne dla świeżo upieczonego piłkarza niemieckiego zaplecza. Jedynym Polakiem, który w ostatnim czasie pokonał drogę z drugiego poziomu rozgrywek do 1. Bundesligi jest Rafał Gikiewicz, który stał się gwiazdą ligi. Wtedy zainteresował się nim Freiburg, który akurat szukał… drugiego bramkarza. Przebyciem takiej drogi może się także pochwalić Sławomir Peszko, który w 2014 awansował z drużyną 1. FC Köln do najwyższej klasy rozgrywkowej w Niemczech. Poza nimi brak godnych uwagi przykładów…


Ale oczywiście nie wszyscy nasi rodacy idący do 2. Bundesligi liczą na wielką karierę. To przecież bardzo przyjemne miejsce do życia i kontynuowania kariery – zarówno poziom gry, jak i zarobki są znacznie lepsze niż w rodzimej Ekstraklasie. Przyjrzyjmy się zatem, kto i po co do „Reichu” się wybrał oraz kto i czym może się dziś pochwalić.

Drugoligowa niemiecka Polonia jest w tym sezonie wyjątkowo okazała. W 2. Bundeslidze jest aktualnie aż 13 graczy, których mógłby powołać Adam Nawałka. Pod względem liczby piłkarzy w tych rozgrywkach Polska jest na trzecim miejscu, za Austriakami (25) i oczywiście Niemcami. Pokaźną grupkę, bo aż trzech graczy, mamy w ścisłej czołówce tabeli (Marcin Kamiński – VfB Stuttgart, Artur Sobiech – Hannover 96, Adam Matuszczyk – Eintracht Brunszwik). Najmocniej jednak obrodziło naszymi w środku tabeli (Leon Jankowski – 1. FC Heidenheim, Paweł Dawidowicz i Martin Kompalla – VfL Bochum, Daniel Łukasik i Jakub Kosecki – SV Sandhausen, Sebastian Boenisch – TSV 1860 Monachium). W walce o utrzymanie też jednak polskich akcentów nie brakuje (Waldemar Sobota – St. Pauli, Kacper Przybyłko – 1.FC Kaiserslautern, Tomasz Hołota – Arminia Bielefeld). Michał Mak zimą wrócił natomiast do Lechii Gdańsk z wypożyczenia do Arminii. Taki podział bardzo niewiele mówi jednak o postawie samych zawodników. Pogrupujmy ich zatem nieco inaczej.


Grają zawsze i zazwyczaj dobrze

Marcin Kamiński szybko zaaklimatyzował się w Stuttgarcie. Rosły stoper przeniósł się do spadkowicza zeszłego lata. Choć grywał w przedsezonowych sparingach, jego brak w wyjściowej jedenastce na starcie rozgrywek nikogo nie zdziwił. Zdziwiło za to, ale oczywiście również ucieszyło polskich fanów, jego nagłe pojawienie się w pierwszym składzie w 11. kolejce pomimo, że wcześniej w lidze nie spędził na boisku ani minuty. W międzyczasie nawet dwukrotnie był odsyłany na mecze rezerw. Wywalczonego pod koniec października miejsca w składzie Kamiński nie oddał do dziś. Partneruje w obronie Timo Baumgartlowi – piłkarzowi, który jeśli tylko będzie zdrowy, w czerwcu pojawi siew Polsce jako członek reprezentacji Niemiec U-21. Co ciekawe ów pierwszy mecz w barwach Stuttgartu były piłkarze Lecha rozegrał nie na swojej nominalnej pozycji, a w roli defensywnego pomocnika. Dopiero kolejne mecze rozgrywał jako stoper.


25-letni obrońca rozegrał dotąd 18 spotkań w barwach Stuttgartu w 2. Bundeslidze i strzelił jedną bramkę. Jego klub jest liderem tabeli i jednym z głównych kandydatów do awansu, choć walka o ten zaszczyt będzie zacięta do samego końca, wszak reszcie stawki odskoczyły aż cztery ekipy, między którymi rozegra się batalia o awans: VfB Stuttgart, Hannover 96, Union Berlin i Eintracht Brunszwik.

Waldemar Sobota jest piłkarzem FC St. Pauli już drugi sezon. Pierwszy zdawał się być znakomitym prognostykiem na dalsze poczynania polskiego skrzydłowego w Niemczech. Były gwiazdor Śląska Wrocław był podstawowym zawodnikiem czwartej drużyny ligi, która otarła się o awans do Bundesligi. Nikt nie spodziewał się, że kolejna kampania będzie wykonaniu zespołu z północy tak fatalna. Sobota jest być może nawet ważniejszym ogniwem ekipy z Millerntor-Stadion niż przed rokiem, ale zespół radzi sobie nieporównywalnie gorzej. St. Pauli ledwo utrzymuje się ponad strefą spadkową i do końca sezonu będzie musiało drżeć o utrzymanie. W Niemczech pochodzący z Ozimka piłkarz ma już wyrobioną przyzwoitą markę i uznawany jest za jednego z liderów swojej drużyny. W tym sezonie strzelił jedną bramkę i zaliczył pięć asyst.


Solidne występy i dobre noty zbiera również Paweł Dawidowicz. Jego Bochum zajmuje dziewiątą lokatę i jeśli nie zdarzy się katastrofa, spadek mu już absolutnie nie grozi. Piłkarz wypożyczony z Benfiki pojawia się na boisku zawsze, kiedy tylko jest zdrowy, choć nierzadko wchodzi z ławki rezerwowych. Trener Verbeek rzuca go często na pozycje inne niż nominalny środek obrony. Grywał już w tej kampanii na środku pomocy oraz na boku obrony. Niemiecki klub podobno nie zamierza jednak korzystać z opcji wykupu Polaka…




W kręgu zainteresowań trenera

Artur Sobiech pozostaje piłkarskim fenomenem. Minęło już sześć lat odkąd trafił do H96. Na palcach jednej ręki można policzyć rundy podczas których był podstawowym napastnikiem zespołu. Przez te sześć sezonów strzelił dla Hannoveru we wszystkich rozgrywkach 28 goli – niecałe pięć na sezon. A mimo to, klub zamiast się go pozbyć honoruje go tytułem wice-kapitana i ciągle wierzy, że wreszcie błyśnie skutecznością w lidze. Bo w sparingach nigdy nie miał z tym problemu. Tradycją w Hannoverze stały się już fantastyczne występy i piękne, liczne bramki Sobiecha podczas okresu przygotowawczego. Tak samo jak tradycją jest jego bolesna nieskuteczność w zmaganiach ligowych.

Ten sezon miał być inny. Były gracz Ruchu Chorzów czy Polonii Warszawa znów oczywiście strzelał i brylował w towarzyskich potyczkach, ale dla odmiany, zrobił to samo w meczu o punkty na inaugurację sezonu – strzelił dwie bramki i dał zwycięstwo Hannoverowi. Tym samym jego drużyna zakomunikowała, że zamierza walczyć o awans, a Polaka momentalnie ogłoszono kandydatem do korony króla strzelców. Ale ten już w 2. kolejce nie zagrał z powodu kontuzji, a gdy wrócił do składu, jego skuteczność znów gdzieś zniknęła.  Dziś, w końcówce sezonu bramkowy dorobek Sobiecha wciąż wynosi: dwa, a od powrotu po kontuzji najczęściej wchodzi na boisko z ławki rezerwowych, zaś jego Hannover jest jedną ze wspomnianych czterech drużyn czołówki. Aktualnie okupują pozycję wicelidera, za plecami Stuttgartu.


W SV Sandhausen swoje minuty zbierają Daniel Łukasik i Jakub Kosecki. Pierwszy z nich całą pierwszą część sezonu bezskutecznie próbował przekonać do siebie trenera i do grudnia uzbierał zaledwie parę minut na boisku. W końcu jednak wywalczył swoje miejsce i dziś można go chyba nawet nazwać podstawowym zawodnikiem.  Z kolei Kosecki od początku mógł liczyć na kredyt zaufania, bo przecież ściągano go z powrotem do Badenii-Wirtembergii po wcześniejszym, rocznym wypożyczeniu z Legii. Tego kredytu Młody Kosa jednak długo nie spłacał. Dopiero od marca zaczął prezentować się przyzwoicie i uzbierał jedną bramkę oraz trzy asysty.


Tymczasem przekwalifikowany na środkowego obrońcę Sebastian Boenisch stał się liderem bloku obronnego ekipy TSV 1860 Monachium, podobnie jak Sandhausen znajdującego się w środkowej części tabeli. W poprzedniej kolejce pauzował za głupią czerwoną kartkę, ale ujmując cały sezon i pomijając ciągłe kontuzje postawę Boenischa należy ocenić pozytywnie. Przeciwnie do Kacpra Przybyłki, który ponad pół sezonu stracił na leczenie urazów, przez co zagrał tylko w 11 meczach. Strzelił w nich jedną bramkę i miał jedną asystę. Przybyłko i Boenisch to piłkarze wychowani w Niemczech i mający dosyć zagadkową, ale realną renomę na niemieckim rynku. Można się zatem spodziewać, że jeden i drugi jeszcze parę lat pogra na poziomie 2. Bundesligi.


Zapomnieni

Tomasz Hołota przywitał się z 2. Bundesligą czterema meczami w podstawowym składzie Arminii Bielefeld. Zaufania trenera nie zdobył, szczególnie że w Bielefeldzie po tych czterech kolejkach zostały tylko dwa punkty i polski pomocnik raz na zawsze wypadł z kręgu zainteresowań szkoleniowca. Później jeszcze trzykrotnie pojawiał się na boisku, zawsze w przegranym meczu: raz na 45, raz na 12 i raz na dwie minuty. Przez większość czasu nie łapie się nawet do kadry meczowej.

Dla Oskara Zawady prawdziwym testem na dorosłość było wypożyczenie do Twente Enschede. Kiedy w przeciętnej lidze, Zawada nie zdołał strzelić ani jednej bramki pomimo sporego zaufania od trenera, Wolfsburg mógł podjąć tylko jedną decyzję w jego sprawie. Wilki postawiły krzyżyk na młodym Polaku. A ten potwierdza słuszność tej decyzji swoimi wynikami w Karlsruhe – trzy mecze, zero goli.


Adam Matuszczyk jest zawodnikiem Eintrachtu Brunszwik, który powalczy ze Stuttgartem, Hannoverem i Unionem Berlin o awans do Bundesligi, ale do pierwszego składu ma bardzo daleką drogę. Michał Mak odbił się od niemieckiego futbolu jak od ściany i zimą wrócił do Gdańska. Grający swojego czasu w polskich młodzieżówkach Martin Kompalla nie dostaje w ogóle szans w Bielefeldzie, a od młodziutkiego bramkarza Leona Jankowskiego nikt nie wymaga, aby w wieku 18 lat wygrywał rywalizację z seniorami.

Nie ma zatem co snuć przesadnych teorii odnośnie szans Polaków na grę w 2. Bundeslidze. Jedni sobie radzą a inni nie. To wymagająca liga i po przykładach Soboty, Kamińskiego, czy Sobiecha doskonale widać, że aby tam być solidnym ligowcem, w Ekstraklasie trzeba być gwiazdą. Mit zaplecza niemieckiej elity jako szybkiej drogi na szczyt zostaje więc brutalnie obalony, ale legenda rozgrywek 2. Bundesligi jako doskonałego kierunku dla wyróżniającego się ligowca absolutnie podtrzymana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *