pl-felieton-wersja-2

Doliczony czas gry w meczach Liverpool – Middlesbrough oraz Arsenal – Everton. Tak na Anfield, jak i na The Emirates wynik bezbramkowy. Ostatnie rozpaczliwe dośrodkowanie Milnera w pole karne Boro, którym Anglik odnajduje Matipa. Kameruńczyk pakuje piłkę do bramki i zapewnia drużynie bezcenne 3 punkty. W tym samym czasie w północnym Londynie szaloną akcję przeprowadza Alexis Sánchez i strzałem w okienko pokonuje Joela Roblesa. Tymczasem w pożegnalnym meczu Waltera Mazzarriego jego Watford deklasuje Manchester City 4:0. To prawdopodobnie jeden z najbardziej szalonych scenariuszy, jaki mógłby wydarzyć się w ostatniej kolejce Premier League obecnego sezonu, w efekcie czego The Citizens rzutem na taśmę wypadliby z TOP4.

Oczywiście szanse, że istotnie tak się stanie są tak samo wysokie, jak na to, że Diego Costa w rywalizacji z Sunderlandem strzeli pięć bramek, dzięki czemu na koniec rozgrywek zapewniłby sobie najpewniej Złotego Buta. Ale z drugiej strony, kto mógł przewidzieć, że w 38. kolejce kampanii 2011/12 będziemy świadkami tak elektryzującego, emocjonującego i dramatycznego finiszu?

Manchester City z pewnością jest w najlepszej sytuacji, jednak wciąż nie może być w stu procentach pewny gry w Champions League w przyszłym sezonie. Najciekawiej zapowiada się jednak korespondencyjna rywalizacja Liverpoolu z Arsenalem, wszak oba zespoły dzieli w tabeli zaledwie punkt. Zwycięstwo The Reds nad Middlesbrough będzie jednoznaczne z ustaleniem składu TOP4 i brakiem The Gunners w przyszłej edycji Champions League, a także pierwszy raz od roku 1996 zakończeniem przez drużynę Wengera rozgrywek poza czołową czwórką.


Po trzech zwycięstwach z rzędu u siebie nad Crystal Palace, Leicester City i West Bromwich Albion pewność siebie w ekipie Pepa Guardioli wydaje się być niezachwiana. Ziarno niepewności wśród kibiców Obywateli może zasiać fakt, iż ostatni wyjazd na Riverside Stadium zakończył się remisem 2:2, a przecież Middlesbrough to po Sunderlandzie najsłabszy w tym sezonie zespół w lidze. Patrząc jednak na dyspozycję Gabriela Jesusa, Kevina de Bruyne czy Davida Silvy sympatycy The Citizens przed rywalizacją na Vicarage Road naprawdę mogą spać spokojnie. Niewątpliwie The Hornets będą chcieli z przytupem zakończyć sezon i w ostatnim meczu Waltera Mazzarriego zdobyć komplet punktów, tym niemniej umiejętności i jakość są po stronie gości. Ponadto, jeśli nawet Arsenal zrówna się z Manchesterem City punktami, to jest jeszcze bilans bramkowy, który w chwili obecnej jest atutem ekipy z Etihad Stadium.


Był taki moment w obecnej kampanii, gdy wydawało się, że jeśli ktoś ma rywalizować z Chelsea o tytuł mistrzowski, to tylko Liverpool. The Reds w pierwszej części sezonu oczarowali swoją grą wszystkich. Nawet krótkie pauzy Roberto Firmino, Philippe Coutinho czy Joëla Matipa miały nie zaburzyć harmonii w zespole Kloppa, tymczasem po zerwaniu ostatniej kartki z kalendarza na rok 2016, w czerwonej części Merseyside wszystko zmieniło się o 180 stopni niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Doszło do sytuacji, gdy liverpoolczycy przegrali trzy spotkania z rzędu i to na Anfield, czyli w miejscu, gdzie wcześniej od inauguracji sezonu – ani w lidze, ani w pucharach – nie był w stanie wygrać nikt! Wbrew pozorom sporo drużynie niemieckiego szkoleniowca dał mały okres przygotowawczy do dalszej części sezonu, który zorganizowano w trakcie lutowej przerwy. Choć po powrocie z Teneryfy Liverpool przegrał boleśnie z Leicester City 1:3, to od tamtej pory dał się pokonać na Anfield jeszcze tylko raz – Crystal Palace. Ponadto bilans LFC to 7 zwycięstw i 3 remisy w 11. spotkaniach. Szczególnie imponujący był ostatni triumf nad West Hamem na Stadionie Olimpijskim, gdzie team Kloppa znów zagrał swojego porywającego rocka.



Normalnym byłoby rzec, że po takim koncercie już nic Liverpoolowi upragnionej w mieście Beatlesów Ligi Mistrzów nie zabierze. Jest jedno „ale” – Arsenal. Kanonierzy wygrali cztery mecze z rzędu, zostawiając w pokonanym polu m.in. Stoke City czy Manchester United, czyli rywali, którzy Arsène’owi Wengerowi nie leżą od dawna. Dość powiedzieć, że seria ta zaczęła się od pierwszego ligowego triumfu Francuza nad José Mourinho. Później przyszły dwa wyjazdowe zwycięstwa na wymagających terenach – St. Mary’s Stadium i Britannia Stadium. Dodam tylko, że ligowego starcia w Stoke-on-Trent Arsenal nie wygrał od 2010 roku, a w Southampton od 2003. Pech The Gunners polega jednak na tym, że ich los jest w rękach Manchesteru City i Liverpoolu. Jeśli ci pierwsi wygrają lub zremisują, a ci drudzy zainkasują komplet punktów, to nawet przy zwycięstwie Arsenalu faktem stanie się brak Sáncheza, Özila i spółki w kolejnej edycji Ligi Mistrzów. To oczywiście pokłosie kiepskiej postawy piłkarzy z północnego Londynu na przełomie stycznia i lutego oraz w marcu, gdy w lidze przegrali aż cztery spotkania.


Każdy zorientowany fan Arsenalu świetnie zdaje sobie sprawę, że brak ich zespołu w TOP4 może nie tylko równać się z końcem ery Wengera, ale również odejściem Alexis Sáncheza, którego kusi świeżo upieczony mistrz Anglii, a także Mesuta Özila czy Alexa Oxlade-Chamberlaina, choć stratę tego ostatniego z pewnością odczuliby najmniej. Wszystko rozegra się w ostatniej kolejce, ale wiele zależeć będzie również od tego, jak do swojego ostatniego przed powrotem do Championship spotkania podejdą gracze Middlesbrough. Czy Smoggies postawią się Liverpoolowi jak Queens Park Rangers w historycznym już starciu Manchesterowi City? Jak Watford i całe Vicarage Road pożegna Waltera Mazzarriego? Czy Romelu Lukaku w swoim ostatnim sezonie w barwach Evertonu wywalczy tytuł najskuteczniejszego zawodnika ligi? Odpowiedzi na te i inne pytania poznamy już najbliższą w niedzielę!

38 Premier League Matchday

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *