47DCC64F00000578-5244403-The_Real_Madrid_players_were_visibly_frustrated_as_they_dropped_-a-7_1515371302531

Końcówka drugiego meczu o Superpuchar Hiszpanii. Królewscy znów bardzo pewnie pokonują Barcelonę i zupełnie zasłużenie sięgają po krajowe trofeum. Większość ekspertów nie ma wątpliwości – to zespół, który powinien w najbliższych latach całkowicie zdominować klubowy futbol. Tymczasem ledwie kilka miesięcy później podopieczni Zinédine’a Zidane’a w rozgrywkach LaLiga tracą już 19 punktów do Dumy Katalonii, a w Lidze Mistrzów czeka ich arcytrudna przeprawa z Paris Saint-Germain na pierwszym etapie fazy pucharowej. Doszło wręcz do tego, że media na Półwyspie Iberyjskim rozpoczęły budowę bańki spekulacyjnej, z której ma się objawić potencjalny następca francuskiego trenera! Skoro sprawy na Estadio Santiago Bernabéu przybrały tak poważny kształt, nadszedł najwyższy czas, aby odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: dlaczego doszło do tej degrengolady?

Brak wartościowych napastników

Już w trakcie zeszłego sezonu było jasne, że kwestią czasu jest odejście z Madrytu Alvaro Moraty. Wychowanek najbardziej utytułowanego klubu w historii Champions League otwarcie domagał się większej liczby szans w pierwszym zespole Los Blancos, a skoro ich nie otrzymał, zdecydował się na przenosiny do Chelsea – nawet kosztem mniejszych szans na najważniejsze trofea.

Źródło: news.sky.com
Źródło: Sky News

W stolicy Hiszpanii rozpoczęła się natomiast wyliczanka graczy, którzy pojawią się w jego miejsce. Listę życzeń Realu otwierali Sergio Agüero czy Iago Aspas, a ostatecznie, z przyczyn zupełnie niezrozumiałych, wybór padł na powracającego z wypożyczenia do Wolfsburga Borję Mayorala – atakującego, który ubiegłą kampanię Bundesligi zakończył z 19. meczami i zaledwie dwiema bramkami.

Nie można się zatem dziwić, że dwudziestolatek zupełnie nie poradził sobie z rolą skutecznego rezerwowego w drużynie Królewskich. Owszem, zdobył więcej bramek niż Karim Benzema, ale trudno powiedzieć, aby Francuz zawiesił mu poprzeczkę wyżej niż na wysokości kolan.


Jaki więc nasuwa wniosek? Potrzeba pozyskania już zimą nowego snajpera. I tak uważają wszyscy poza głównym dowodzącym…

„Real potrzebuje napastnika? Nie, nie potrzebuje nikogo! Chcę być dobrze zrozumiany – nie trzeba nam nikogo więcej. Wiem, w jakim jesteśmy momencie, ale zaczęliśmy ten sezon w takim składzie i mam do niego pełne zaufanie. Czas na dogłębną analizę i ewentualne zmiany będzie dopiero po zakończeniu rozgrywek”

Zinédine Zidane podczas wtorkowego spotkania z dziennikarzami




Zatrważająca nieskuteczność

W ostatnich latach siłą stołecznego zespołu był niesamowity tercet BBC, którzy wspomagany przez resztę partnerów gwarantował niespotykaną liczbę bramek na przestrzeni całych rozgrywek. Wystarczy wspomnieć, że w trzech minionych sezonach LaLiga Los Blancos kończyli zmagania mając na koncie 118, 110 oraz 106 zdobytych goli. Tymczasem po rozegraniu 17 meczów, a więc niemal połowie obecnej temporady, dorobek Realu to zaledwie 32 trafienia. Dość powiedzieć, że lepszym wynikiem w pięciu najsilniejszych ligach europejskich mogą pochwalić się chociażby Udinese Calcio czy UC Sampdoria…


Znamiennie również, że po raz pierwszy w historii czołowy strzelec Realu ma koncie zaledwie 4 bramki i w klasyfikacji Trofeo Pichichi musi oglądać plecy takich graczy, jak Ángel Rodríguez z Getafe CF, Gerard Moreno z Espanyolu czy Charles z SD Eibar. Nie wspominając już o wyśmiewanym jeszcze kilkanaście tygodni temu Paulinho.




Zidane’a utrata kontaktu z rzeczywistością

Co w takim przypadku powinien zrobić trener? Przede wszystkim mocno wstrząsnąć zespołem, a zwłaszcza jego największymi gwiazdami, u których wygasła żądza kolejnych zwycięstw. Rzecz jasna nikt nie oczekuje nerwowych reakcji i reaktywacji „Klubu Kokosa”, ale jednomeczowa przerwa byłaby w niektórych przypadkach co najmniej wskazana. Zwłaszcza, gdy Cristiano Ronaldo rozgrywa kolejne 90 minut, podczas których toczy korespondencyjną walkę z Marc-André ter Stegenem o jak największą liczbę czystych kont.

Na Santiago Bernabéu musieli jednak przywyknąć do tego, że z drużyną jest przecież wszystko dobrze, a brakuje tak naprawdę nieco szczęścia i lepszej skuteczności. W związku z tym dziennikarze niemal w ciemno mogli iść na każdą konferencję prasową francuskiego szkoleniowca, spodziewając się tych samych frazesów.


Nadzwyczajnej zmiany w postrzeganiu świata przez Zidane’a nie przyniósł także ostatni remis na Balaídos z Celtą Vigo. Mimo że spodziewano się wreszcie gorącej dyskusji i mocnych słów, znów padły dobrze wszystkim znane, banalne stwierdzenia, które już coraz rzadziej wywołują uśmiech, a ustępują miejsca politowaniu.

„Czy coś trzeba poprawić? Nie będę wchodził w szczegóły. Mogę jednak zapewnić, że za każdym razem, gdy coś nam nie wyjdzie, ciężko pracujemy. I ja wierzę, że ta praca przyniesie efekty”

Zinédine Zidane na pomeczowej konferencji prasowej


Problemy z bokami obrony

W osiągnięciu wysokich celów nie pomogły także Królewskim problemy z bokami obrony, które w ostatnim czasie stały się prawdziwą wizytówką białej części Madrytu. Tymczasem Dani Carvajal opuścił już 7 pojedynków, a w tych, w których występował, nie miał udziału przy ani jednej bramce! Jego rywal i potencjalny następca, Achraf Hakimi, to jednak wyłącznie melodia przyszłości. 19-letni reprezentant Maroka póki co znany jest głównie z tego, że kiedyś dość wulgarnie wyraził się o… Robercie Lewandowskim.

Źródło: Twitter
Źródło: Twitter

Jeszcze większy problem dopadł drugą flankę Los Blancos, która wydawała się być niemal idealna. Trwająca kampania to jednak zupełna zapaść w wykonaniu Marcelo, który nie dość, że znacznie mniej oferuje drużynie w ofensywie, to coraz częściej popełnia proste błędy w defensywie. Dowód? Gole stracone przez obrońców tytułu w ostatniej kolejce ligowej.


Na domiar złego Brazylijczyk zdaje się zupełnie nie zauważać swojej kiepskiej dyspozycji.

„To nie jest mój najlepszy moment? To złe słowo… Piłka nożna to taki sport, w którym gdy grasz dobrze, to wszyscy cię wywyższają, a gdy popełnisz jakieś błędy, to już wbijają cię w ziemię”

Marcelo Vieira da Silva Júnior

Obniżka formy wychowanka Fluminense teoretycznie powinna otworzyć okazję dla gry dla niezwykle utalentowanego Theo Hernándeza. Problem w tym, że młodzieżowy reprezentant Les Bleus zupełnie nie przypomina zawodnika, który tak zachwycał w poprzednich rozgrywkach i wydaje się być kolejnym piłkarzem, którego gra w zespole tego kalibru zwyczajnie przerosła…


Przyszłość postawiona nad teraźniejszością

Ostatnie okienka transferowe to zupełna zmiana polityki kadrowej Realu Madryt. Zamiast ściągać gwiazdy światowego formatu, przy Concha Espina postanowiono zatroszczyć się o przyszłość. W efekcie do stolicy Hiszpanii trafili Jesús Vallejo (21 lat), wspomniany Hernández (20), Dani Ceballos (21) czy Marco Asensio (21).


Równocześnie włodarze Los Blancos zupełnie zapomnieli o tym, co dzieje się tu i teraz. Owszem, cała ta plejada to grupa niezwykle utalentowanych piłkarzy, którzy w przyszłości mogą być kluczowymi graczami nie tylko Realu, ale także swoich reprezentacji. Tyle, że Królewskim brakuje teraz kogoś, kto w niekorzystnym momencie weźmie na siebie ciężar odpowiedzialności i da sygnał do odrabiania strat. W poprzedniej kampanii w rolę człowieka do zadań specjalnych często wcielał się James Rodríguez i dopiero ostatnie tygodnie pokazują, że było to jednak ogniwo co najmniej istotne…