Tło PL

Już tylko godziny dzielą nas od rozpoczęcia nowej kampanii Premier League. Po raz pierwszy w historii rozgrywek mecz otwarcia sezonu odbył się w piątek, a nie w sobotę, jak to miało miejsce do tej pory, a zainaugurowali je Kanonierzy Arsène’a Wengera i Lisy Craiga Shakespeare’a. Jak zwykle fani angielskiego futbolu w wydaniu klubowym zadają sobie mnóstwo pytań, na które odpowiedź poznamy nie szybciej niż na półmetku ligi. Oto prawdopodobnie najważniejsze z nich.

Czy magia mitycznego drugiego sezonu Mourinho znów zadziała?

Mistrzostwo Portugalii i Liga Mistrzów w FC Porto, dwukrotne mistrzostwo Anglii oraz Puchar Ligi w Chelsea, mistrzostwo Włoch, Puchar Włoch i Liga Mistrzów w Interze Mediolan, a także mistrzostwo Hiszpanii z Realem Madryt – to zdobycze portugalskiego szkoleniowca w drugim, pełnym sezonie pracy w każdym z wymienionych klubów. Gdzie zatem szukać przyczyn takiego zjawiska?

„Trenując z nim uczysz się każdego dnia. Jego drugie sezony są lepsze niż pierwsze, ponieważ zawodnicy znają się lepiej”

Ricardo Carvalho


„Po pierwszym sezonie możemy na chłodno ocenić i przeanalizować minione 12 miesięcy, czyli jakieś 60 spotkań”

José Mourinho [sierpień 2014]

To właśnie po pierwszym sezonie pracy „The Special One” bardzo często dokonywał kluczowych, jak się później okazywało, wzmocnień w swojej drużynie. Przykłady? Nemanja Matić i Diego Costa sprowadzeni do Chelsea w 2014 roku, czyli przed mistrzowską kampanią albo transfery Wesleya Sneijdera, Diego Milito i Samuela Eto’o w 2009 przed fantastycznymi dla Interu rozgrywkami. Portugalski menedżer to człowiek-ewenement. Jak pokazuje bowiem analiza Bwin, ze 191 szkoleniowców, którzy prowadzili kluby z pięciu czołowych lig europejskich (Premier League, LaLiga, Bundesliga, Serie A, Ligue 1 – przyp. red.), tylko 71, czyli niewiele ponad 37% notowało lepszą średnią punktów na mecz w swoim drugim sezonie pracy. Co więcej, z czternastu menedżerów, którzy zdobywali wówczas tytuł mistrzowski, połowa dokonywała tego również w premierowej kampanii. Z pozostałych siedmiu aż pięciu w debiutanckim roku kończyło rozgrywki tuż za mistrzem.

Źródło: telegraph.co.uk
Źródło: telegraph.co.uk

Jak to się ma do Mourinho? Otóż 54-latek jest jednym z dwóch szkoleniowców, którzy w ciągu roku potrafili zanotować wraz ze swoim zespołem przeskok z pozycji trzeciej lub niższej na pierwszą (Portugalczyk dokonał tego podczas drugiej przygody w Chelsea – dod. red.). Przypomnijmy, że sezon 2013/14 The Blues zakończyli za plecami Manchesteru City i Liverpoolu, a w kolejnym zdobyli tytuł. Drugi przykład to zaskakujący i zarazem imponujący awans Wolfsburga pod skrzydłami Felixa Magatha z piątej pozycji (sezon 2007/08) na pierwszą (2008/09). Nie zdarzyło się jednak tak, by w ciągu roku zespół zanotował awans z miejsca szóstego na pierwsze. Przy tak piekielnie silnej i wyrównanej stawce, jaką mamy obecnie w Premier League, dokonanie tego byłoby naprawdę czymś wielkim. Czy pomogą w tym Romelu Lukaku, Nemanja Matić i Victor Lindelöf? Czas pokaże, tym niemniej, gdyby Mourinho i jego podopiecznym ta sztuka się udała, z całą pewnością ponownie miałby pełne prawo, by znowu obwieścić światu, że choć nie jest najlepszy, to nie ma lepszego od niego…


Czy Tottenham przełamie klątwę Wembley?

Wembley, a nie White Hart Lane, będzie w nadchodzącym sezonie domowym obiektem Tottenhamu Hotspur. I nie chodzi już tylko o spotkania w Lidze Mistrzów, ale również te na krajowym podwórku. Nie od dziś wiadomo, że granie w angielskiej Świątyni Futbolu leży Kogutom tak samo, jak występy na skrzydle Danielowi Sturridge’owi. Podopieczni Mauricio Pochettino muszą jednak swoje przecierpieć, przynajmniej dopóki nie powstanie ich nowy stadion, który będzie w stanie pomieścić przeszło 60 tysięcy kibiców, a więc jakieś 26 tysięcy więcej niż White Hart Lane. Klub z północnego Londynu został mocno w tyle w tej materii, a jeśli ma rokrocznie występować w europejskiej elicie i bić się o tytuł mistrzowski, a jednocześnie starać się generować podobne przychody do tych najbogatszych, to większa arena jest niezbędna.


Dlaczego jednak w podtytule pojawiło się słowo „klątwa”? Otóż w minionym sezonie Spurs grali na Wembley pięciokrotnie i triumfowali zaledwie raz – w starciu z CSKA Moskwa. W dodatku był to mecz o przysłowiową pietruszkę. Pozostałe starcia to 3 porażki i jeden remis. Blado jak na występy przed własną publicznością, tym bardziej, jeśli zestawić to z ligowymi konfrontacjami rozgrywanymi przy Park Lane. W tych Tottenham nie miał sobie równych i gdyby uwzględniać tylko te mecze, zdobyłby tytuł mistrzowski! 17 zwycięstw i 2 remisy w 19. spotkaniach robią wrażenie. Jeśli dorzucić do tego 47 bramek strzelonych przy zaledwie 9 straconych, to fani Kogutów mogą być przepełnieni dumą. Pytanie jednak, czy wraz z przeprowadzką i tymczasowym pobytem na monumentalnym stadionie czar nie pryśnie. Oczywiście, żadna klątwa nie istnieje – problemu należy szukać gdzie indziej. Być może to jeden z nich…


Drugi, choć chyba trochę naciągany, to kwestia liczby kibiców. Istnieje bowiem istotna różnica w graniu przed 34. tysięczną publiką a 80-tysięcznym tłumem. Z drugiej strony, kto jak nie Anglicy i zawodnicy występujący na co dzień w Premier League powinni najlepiej radzić sobie z presją? Czy podopieczni Pochettino wreszcie zamkną usta krytykom i udowodnią, że na myśl o Wembley Stadium nie uginają im się nogi? Pierwsza i zarazem najlepsza okazja, by to potwierdzić, nadarzy się już w drugiej kolejce angielskiej ekstraklas – derbowa rywalizacja z mistrzem Anglii.


Czy zasada bij mistrza znów dotknie panujących na tronie?

Przykłady Leicester City i Chelsea z ostatnich dwóch sezonów dobitnie pokazały, że obrońcom tytułu nie jest łatwo. Dwunaste miejsce Lisów i dziesiąte The Blues w kampanii pomistrzowskiej do wybitnych osiągnięć z pewnością nie należą. W obu przypadkach najpierw była olbrzymia radość, feta i zachłyśnięcie się sukcesem (?), a następnie bolesne zderzenie z nową rzeczywistością. Zarówno na Stamford Bridge, jak i na King Power Stadium winnym był… menedżer. I o ile decyzję Romana Abramowicza większość doskonale rozumiała, wszak José Mourinho przeszedł klasyczną już drogę od bohatera do zera i zdążył skonfliktować się ze wszystkimi lub prawie wszystkimi w stołecznym klubie, o tyle zwolnienie człowieka, który poprowadził Leicester City do historycznego sukcesu, mało kto potrafił racjonalnie wytłumaczyć. Jak jednak pokazały ostatnie miesiące kampanii 2016/17, tajscy właściciele The Foxes dobrze wiedzieli, co robią i niewykluczone, że stawiając na Craiga Shakespeare’a zapewnili drużynie byt w elicie na kolejny rok.


Chelsea obronę tytułu rozpocznie od starcia z Newcastle United na St. James’ Park i żeby było ciekawiej, tym, który spróbuje już na starcie utrzeć nosa Antonio Contemu i jego piłkarzom będzie Rafa Benítez. Chyba żadnemu sympatykowi Premier League nie trzeba przypominać, że to właśnie pod wodzą Hiszpana The Blues wygrywali Ligę Europy. Bilans bezpośrednich starć obu szkoleniowców jest identyczny: zwycięstwo i porażka, a spotkania te miały miejsce jeszcze podczas pracy Contego i Beníteza na Półwyspie Apenińskim.

Wracając jednak do sedna, szalenie interesujące jest to, jak będzie wyglądać Chelsea w nadchodzących miesiącach. Dziś, na godziny przed inauguracją ligi, sytuacja jest nieco podobna do tej sprzed dwóch lat. Wówczas Mourinho również nie dostał tych piłkarzy, o których prosił, a drużyna zaczęła być targana konfliktami. Antonio Conte z Diego Costą raczej na piwo nie pójdą, a i o Romelu Lukaku, Virgilu Van Dijku czy Leonardo Bonuccim włoski szkoleniowiec może zapomnieć. Na pytanie, czy i w jakim stopniu pozostałych 19. ekip angielskiej elity będzie realizować zasadę „bij mistrza” niewątpliwie uzyskamy odpowiedź już w najbliższych tygodniach.


Manchester City Pepa Guardioli oczarowaniem czy rozczarowaniem?

163 mln £ zainwestowane w defensywę będą się ciągnąć za Katalończykiem, niczym pamiętne poślizgnięcie w starciu z Chelsea za Stevenem Gerrardem, jeśli oczywiście nie przełożą się one na konkretne zdobycze. Tytuł mistrzowski to dla Guardioli absolutne minimum. Parasol ochronny został zdjęty znad głowy Hiszpana wraz z zakończeniem minionej kampanii. Manchester City znów wydawał sporo, a czy to zagwarantuje jakość, której zespół potrzebuje, dowiemy się wkrótce. Niewątpliwie jednak były szkoleniowiec Barcelony i Bayernu poszedł po rozum do głowy po sezonie, w którym wielokrotnie przekonywał się, że nie zawsze Gabriel Jesus, Raheem Sterling, Kevin de Bruyne i spółka strzelą o jedną bramkę więcej od rywala i odrobią to, co chwilę wcześniej zaprzepaściła obrona. Pokazały to m.in. mecze ligowe z Leicester City i Chelsea czy dwumecz z AS Monaco w Lidze Mistrzów. Mimo wszystko wydaje się, że klubowi z Etihad Stadium wciąż przydałby się jeszcze jeden defensor – ten, który byłby w stanie całym blokiem skutecznie zarządzać.


Pierwsze tygodnie zeszłorocznej kampanii w wykonaniu Obywateli były doprawdy nader obiecujące i mogły napawać optymizmem fanów drużyny z błękitnej cześć włókienniczego miasta. Momentami można było odnieść wrażenie, że w maszynie Guardioli wszystko funkcjonuje bez najmniejszych zastrzeżeń. Z czasem jednak zaczęły się tarcia. Ostatecznie City zakończyli sezon na 3. miejscu, bez jakiejkolwiek zdobyczy pucharowej. Dla katalońskiego taktyka to sytuacja bez precedensu, wszak zarówno na Camp Nou, jak i na Allianz Arena każdy rok pracy kończył z przynajmniej jednym trofeum. Wszystkie sztampowe regułki o tym, że ekipa z Etihad Stadium jest jednym z faworytów rozgrywek i dysponuje niesamowitym potencjałem ludzkim, możemy pominąć. Na razie pozwólmy Pepowi spokojnie pracować, a na oceny przyjdzie czas…


Czy gwiazda Rooneya znowu zabłyśnie?

5 trafień w 25. występach – tak słabego sezonu pod względem liczby bramek zdobytych w Premier League Wayne Rooney nie miał nigdy! Nawet w kampanii 2002/03, gdy debiutował w angielskiej elicie, zdołał uzbierać 6 goli. Swoje pierwsze kroki w poważnej piłce 31-latek stawiał oczywiście w barwach Evertonu. Teraz wraca więc do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło – do klubu, który pozwolił mu zabłysnąć na krajowych boiskach i wypłynąć na szerokie wody. Gdzie zatem, jak nie w Liverpoolu były kapitan reprezentacji Synów Albionu powinien przywrócić swoją karierę na właściwe tory? Czy Rooney to zawodnik, który w klubowej piłce osiągnął już wszystko? Owszem. Czy Anglik już teraz jest żywą legendą brytyjskiego futbolu? Jak najbardziej. Czy sobie i swoim krytykom musi coś udowadniać? Absolutnie nie! Chyba na twarzy żadnego kibica Manchesteru United czy Premier League nie pojawiłaby się choćby delikatna nutka zdziwienia, gdyby Rooney zamiast powrotu do Evertonu wybrał Chiny, Stany Zjednoczone czy Emiraty Arabskie. A jednak zdecydował się na ambitniejsze rozwiązanie.


Jak przyznaje sam zainteresowany, decyzja nie była trudna, bowiem z Evertonem chce zdobywać kolejne trofea.

„Pierwszy mecz po powrocie będzie dla mnie bardzo emocjonalny i już teraz nie mogę się go doczekać. Nie wracam, dlatego, że jest to zespół, któremu zawsze kibicowałem i dla którego grałem przed laty. Wracam, ponieważ czuję, że klub zmierza we właściwym kierunku i może osiągnąć sukces, a ja chcę być jego częścią. Moje występy będą poddane spore presji, ale jestem na to gotowy. Wierzę, że mogę pomóc Evertonowi pójść jeszcze dalej i osiągnąć spory sukces”

Wayne Rooney po podpisaniu umowy

Przed Rooneyem sporo pracy, przede wszystkim fizycznej, by wrócić do sprawności, którą prezentował chociażby w ostatnim sezonie pracy Louisa van Gaala. 31-letni napastnik ma jeszcze sporo do zaoferowania, a pod okiem Ronalda Koemana może to zaprezentować. Jeśli Holender z byłym zawodnikiem Manchesteru United znajdą wspólny język, Everton może na tym wiele zyskać. W końcu Rooney to nie tylko umiejętności, które z pewnością wciąż w nim drzemią, ale również niesamowity bagaż doświadczeń, który w walce chociażby o Ligę Europy może okazać się kluczowy. Nie zdziwmy się więc, jeśli za miesiąc czy dwa szalejący na angielskich boiskach i przeżywający drugą młodość „Wazza” ponownie będzie na ustach wszystkich Wyspiarzy, a nie Harry Kane, Eden Hazard czy Kevin de Bruyne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *