BARCELONA, SPAIN - NOVEMBER 19:  Andre Gomes of Barcelona reacts during the La Liga match between FC Barcelona and Malaga CF at Camp Nou stadium on November 19, 2016 in Barcelona, Spain.

Biły się o niego największe firmy Starego Kontynentu. Ostatecznie trafił na Camp Nou, jednak z perspektywy kilku miesięcy, można z całą pewnością stwierdzić, że operacja katalońskich działaczy pod kryptonimem „André Gomes” nie zakończyła się, jak w większości filmów sensacyjnych, mission complete. Jego owocna kariera, przynajmniej na ten moment, to raczej kategorie abstrakcyjne, zgodnie z tytułem dzieła Christophera McQuarriego „Mission Impossible”.

Obecny sezon może okazać się najgorszy w kadencji Luisa Enrique w stolicy Katalonii. Co prawda Blaugrana ma wciąż szanse na triumf we wszystkich rozgrywkach, jednak z wyjątkiem Copa del Rey, gdzie w finale czeka Deportivo Alavés, o następne tytuły będzie bardzo ciężko. Nie można powiedzieć, że Barcelona wpadła w jakiś bardzo poważny kryzys, ponieważ byłoby to oczywiste kłamstwo, ale potrzeba zmian kadrowych i odświeżenia szatni jest aż nadto widoczna. „Lucho” nie bez przyczyny ogłosił, że po sezonie kończy swoją misję i udaje się na co najmniej kilkumiesięczny urlop. Przerwa od futbolu ma pomóc w złapaniu dystansu oraz pozwolić na opracowanie nowych koncepcji, które pozwolą na przyniesienie owoców u nowego pracodawcy. Barcelona pod jego wodzą w ostatnich miesiącach nie przypomina tej samej, z jaką mieliśmy do czynienia, gdy sięgała na przykład w 2015 roku po potrójną koronę. Luis Enrique zaszczepił na Camp Nou nowe DNA, którego nie da się porównywać z koncepcją wcielaną w życie przez Pepa Guardiolę, choć podobnie jak obecny trener Manchesteru maksymalnie wykorzystywał potencjał i geniusz tkwiący w Messim oraz jego kolegach z ofensywnego tercetu.


Problemy Barcelony nie wynikają z tego, że Argentyńczyk notuje słabsze występy, czy nie daje drużynie już tyle, co kiedyś. Sobotnie spotkanie z Realem Sociedad było najlepszym dowodem, że tak nie jest. Kłopoty Katalończyków zaczynają się w defensywie, a ich epicentrum przypada na środek pola, gdzie brakuje piłkarza, który mógłby przejąć pałeczkę po powoli schodzącym ze sceny „Don Andrésie”. Oczywiście, Iniesta wciąż jest zdolny, aby posłać niesamowite, penetrujące zagranie z pominięciem obrony przeciwników, czy potrafi jeszcze urwać się kilku rywalom, ale coraz częstsze kontuzje oraz więcej siwych włosów na głowie sprawia, iż trudno jest mu złapać odpowiedni i optymalny rytm meczowy. W takiej sytuacji naturalnym jest, że więcej okazji na pokazanie swoich umiejętności dostają rezerwowi – jednym z zawodników, najczęściej zaczynających pojedynki z ławki jest André Gomes. Portugalczyk, o którego w letnim oknie transferowym biły się zdaniem europejskiej prasy najważniejsze kluby Starego Kontynentu nie potrafi odnaleźć się w Katalonii i pewnie wszyscy kibice Królewskich szczerze się cieszą, że ten pomocnik ostatecznie nie trafił na Bernabéu, bowiem madryckie media informowały szeroką opinię publiczną, że Pérez praktycznie zaklepał mistrza Europy z 2016 roku i kwestią czasu jest jego pojawienie się w stolicy futbolu.

Wychowanek Porto zaczynał swoją przygodę z poważną piłką w Lizbonie, skąd trafił najpierw na zasadzie wypożyczenia, a następnie w postaci transferu definitywnego do Valencii. W rodzimych stronach był chwalony przede wszystkim za rzekomo kapitalny przegląd pola oraz nienaganną technikę i krótkie prowadzenie futbolówki przy nodze. Na Estadio Mestalla nie zrobił oszałamiającej kariery, ale na tle beznadziejnie dysponowanych kolegów z drużyny prezentował się całkiem przyzwoicie, dlatego szybko przykuł zainteresowanie solidniejszych ekip. Co jednak w całej historii najbardziej dziwi, Euro we Francji tak naprawdę nie było dla niego udaną imprezą, biorąc pod uwagę kwestię prezencji indywidualnej. Gomes po prostu grał słabo, porównując go na przykład ze świetnym na turnieju João Mário, ponieważ to podobna pozycja na boisku. 23-latek był sprowadzany do Blaugrany z myślą, jak to zwykle określa się w prasie transferu na lata. Niezły poziom, choć trzeba przyznać, że pozbawiony jakichkolwiek fajerwerków, jaki prezentował w Valencii wystarczył, aby Josep Maria Bartomeu wyłożył za niego ponad 30 milionów euro. André Gomes w Barcelonie nie zdołał wywalczyć sobie miejsca w podstawowej jedenastce, nawet przy słabszej dyspozycji Busquetsa oraz częstych pauzach Iniesty. Najczęściej pojawia się on na murawie z ławki rezerwowych, a dotychczas w ramach La Ligi w bordowej koszulce występował blisko 1500 minut w 24 meczach. Złośliwi powiedzą, że jego dobre zagrania mogłyby zostać zmontowane co najwyżej w jedno dobre spotkanie.


W takich sytuacjach zawodnika bronią czasami statystyki – w tym przypadku dolewają jedynie oliwy do ognia, ponieważ wychowanek Porto zdobył dla Dumy Katalonii zaledwie jednego gola oraz dwukrotnie obsłużył kolegów asystą. Liczby zatrważające biorąc pod uwagę pozycję Portugalczyka na boisku oraz zadania, jakie z pewnością nałożył na niego sam Luis Enrique. 23-letni pomocnik nie daje Barcelonie absolutnie nic, jeżeli przypomnieć sobie oczekiwania, stawiane przed nim, gdy dopiero wchodził na Camp Nou oraz kwotę przelaną na konto Valencii. Nie popisuje się efektywnością, ani efektownością, tak bardzo oczekiwaną zwłaszcza wśród wybrednych kibiców Blaugrany, którzy liczą na ciągłe zwycięstwa, goleady oraz tytuły. André Gomes, przez fakt, że nie wyczuwa on odpowiedniego tempa gry, nie wie kiedy zwolnić – kiedy przyspieszyć, to obecnie to zawodnik na miarę średniego teamu Primera División, a nie zespołu, który przyzwyczaił wszystkich do walki na trzech frontach każdego sezonu. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, iż Portugalczyk w swojej nieporadności oraz kryzysie formy stał się idealnym kozłem ofiarnym, mającym przykryć prawdziwe, wcześniej wymienione problemy trawiące Katalończyków od środka. Nie ma dnia, aby w hiszpańskiej prasie, czy sportowych serwisach internetowych nie pojawił się temat Gomesa, wskazywanego jako winowajcę słabszej dyspozycji drużyny Luisa Enrique. Portugalczyk jest co prawda w beznadziejnej formie, ale wielu ekspertów od hiszpańskiej piłki od początku pisało, że ten pomocnik nie nadaje się, aby występować w tak wielkim klubie, jak Barcelona.


Jego mankamenty w grze środkowego pomocnika na Mestalla były za fasadą tragicznie spisujących się partnerów, a nie predestynowały go do występów na najwyższym światowym poziomie. Sytuacja z 23-latkiem ma się podobnie do Lucasa Digne, który odkąd pojawił się na Camp Nou grywa tylko w najmniej wymagających starciach, w minimalnym wymiarze czasowym. To nie jest kwestia tego, iż Ci zawodnicy po transferach do Barcelony stracili swoją optymalną dyspozycję, po prostu ich potencjał nie jest tak wysoki, jakiego oczekuje się w zespole 5-krotnych triumfatorów Champions League. Decyzje o ich pozyskaniu spadają na barki działaczy odpowiedzialnych za politykę transferową, czyli przede wszystkim na dyrektora sportowego. W takiej sytuacji nie dziwią najnowsze doniesienia katalońskiej prasy, mówiące o rewolucji, jaka ma się dokonać w Barcelonie tego lata. Według tych rewelacji władze postawią na La Masię, kilku graczy wróci z wypożyczeń, a pieniądze z przychodów zostaną wydane tylko i wyłącznie na sprawdzonych oraz cenionych w Europie zawodników, tak aby nie podejmować przesadnego i bezsensownego ryzyka straty finansowej oraz przede wszystkim deficytu jakości w kadrze nowego menedżera, którym najprawdopodobniej zostanie jeden z dwójki Carlos Unzué – Ernesto Valverde. Efekt miotły może dotknąć także najsłabsze ogniwa z obecnej drużyny i niewykluczone, że kariera Portugalczyka skończy się w Barcelonie tak błyskawicznie, jak zaczęła. Temat ten podjęła już prasa blisko związana z klubem…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *