franck-ribery

Uniknięcie kryzysów i scysji przy zarządzaniu dużą grupą ludzi w oczywisty sposób graniczy z cudem. Nawet obecny Real Madryt, śmiało przez wielu nazywany najlepszą klubową drużyną w historii futbolu, na przestrzeni ostatnich dwóch lat niejednokrotnie musiał mierzyć się z ogniem krytyki po słabszych meczach czy medialnymi burzami po wypowiedziach niezadowolonych piłkarzy. Bayern Monachium – klub, któremu wielkości również nie można odmówić – także musi sobie radzić z różnego rodzaju kryzysami. Pytanie jednak, czy tych w ostatnim czasie nie namnożyło się w stolicy Bawarii zbyt wiele?

Bardzo niepokojącym zjawiskiem dla fanów Die Roten jest ogrom sfer klubowego życia zarażony monachijską chorobą, którą media usilnie próbują zdiagnozować. Zamieszane w różnego rodzaju afery i pyskówki są ostatnio w Bayernie praktycznie wszystkie znaczące postaci pionu zarówno sportowego, jak i szkoleniowego oraz zarządzającego. „Wirus” dociera do szatni zespołu, gabinetów prominentnych działaczy FCB, a także na boiska treningowe, jednak o szczepieniach nikt przy Säbener Straße nie słyszał…

Historia wywiadu Roberta Lewandowskiego udzielonego tygodnikowi „Der Spiegel” jest już powszechnie znana, tak jak granicząca z pewnością hipoteza, że napastnikowi mistrza Niemiec nie chodziło w nim jedynie o wyłuszczenie błędów swoich szefów, ale o zakomunikowanie światu, że szuka nowego pracodawcy i jest otwarty na propozycje. Być może nie mijają się z prawdą ci, którzy właśnie w słowach kapitana reprezentacji Polski upatrują punktu zapalnego ostatniej serii pożarów na Allianz Arena, choć atmosfera wokół Bayernu Ancelottiego gęstniała już od dłuższego czasu. Niewykluczone więc, że zamieszanie w bawarskim klubie i szokujące wypowiedzi „Lewego” tylko niefortunnie zbiegły się w czasie.


Doświadczony szkoleniowiec Gwiazdy Południa jest krytykowany za kompletny brak wpływu na zespół. Bayern sprawia wrażenie, jakby ktoś odarł go z fikuśnych ciuszków, w które – czasem nieco na siłę – wpychał na niego wcześniej Pep Guardiola. Zdaje się, że te nieustanne porównania do Katalończyka męczą już sędziwego Włocha, ale fakt faktem, że wypada on w nich bardzo niekorzystnie. Sympatii opinii publicznej za Odrą nie przysparza mu też fakt, że nie podejmuje prób porozumiewania się z otoczeniem w języku niemieckim, podczas gdy jego poprzednik opanował narzecze naszych zachodnich sąsiadów w ciągu pół roku, jeszcze przed pierwszym treningiem przeprowadzonym w Monachium.


U boku Ancelottiego pojawiła się ostatnio postać Hasana Salihamidžicia, czyli człowieka, który miał pomóc „Carletto” poruszać się w bawarskim środowisku. Jako była gwiazda Bayernu miał ocieplać wizerunek klubu i być łącznikiem pomiędzy szefostwem, trenerami i piłkarzami. Z tej roli Bośniak na razie wywiązuje się fatalnie. Zaczął od wprowadzenia zakazu palenia na terenie ośrodka treningowego dla… Ancelottiego. Niuans, zagranie pod publiczkę – nawet zgrabne, ale tak sztucznie rozdmuchane, że ostatecznie przekaz stał się odwrotny do zamierzonego.

Popularny „Brazzo” tak naprawdę ma niewiele do powiedzenia w Bayernie, ale klub woli, aby na zewnątrz wyglądało to inaczej. Salihamidžić obejmując stanowisko dyrektora sportowego FCB został w rzeczywistości jego ekskluzywnym rzecznikiem – z dużą swobodą wypowiedzi i mocno ograniczonym polem manewru. Tymczasem gdy „Der Spiegel” publikował głośny wywiad z Lewandowskim, do redakcji gazety „w kontrataku” ruszyli Uli Hoeneß i Karl-Heinz Rummenigge, a Hasan wydukał tylko na konferencji, że odbiera słowa Polaka pozytywnie, bo… świadczą o jego przywiązaniu do klubu.


Na domiar złego przyplątała się jeszcze niefortunna wypowiedź Juliana Nagelsmanna, który oznajmił, że praca w Bayernie jest jego marzeniem i niezmiernie by go uszczęśliwiła. Takie słowa ze strony trenera, do którego słabości nie krył nigdy Hoeneß, w połączeniu z rewelacjami Maria Baslera o przyklepanym już porozumieniu Ancelottiego z Chińczykami, w oczywisty sposób rzuciły jeszcze większy cień na postać aktualnego opiekuna mistrza Niemiec.


Jakby tego było mało, autorytet włoskiego menedżera podważają sami piłkarze, z których zdaniem bardzo liczy się zarówno bawarska opinia publiczna, jak i – cokolwiek by nie mówili – szefowie Bayernu. Thomas Müller po meczu z Werderem, zawiedziony brakiem gry, stwierdził, że nie wie, czego trener od niego oczekuje i najwyraźniej to, co robi teraz, Ancelottiemu nie odpowiada. Niezadowolenia z niektórych decyzji „Carletto” nie kryje nawet Franck Ribéry, który przecież najgłośniej piał z zachwytu, gdy 58-letni szkoleniowiec przybywał ponad rok temu na Allianz Arenę…

Pojawiają się również hipotezy, jakoby wypowiedzi Hoeneßa i Karla-Heinza Rummeniggego po hitowym wywiadzie Lewandowskiego należało odczytywać jako przepychanki pomiędzy dwójką najważniejszych ludzi w bawarskim klubie. Należy pamiętać, że latem ni stąd, ni zowąd z Allianz Arena odszedł Michael Reschke – postać znacznie mniej medialna ale bez wątpienia równie kluczowa dla funkcjonowania bawarskiego klubu, co Hoeneß czy „Kalle”. To daje spekulantom pretekst, aby odczytywać rozbieżność w słowach wspomnianego duetu jako wojnę o zakres wpływów. Rummenigge jest nieprzejednany i deklaruje, że kto krytykuje Bayern, jego zawodników czy trenera, będzie miał z nim do czynienia, a w ten sposób brutalnie sprowadza na ziemię polskiego napastnika, podczas gdy Hoeneß tylko „poleca” zawodnikowi skupić się na grze i zapewnia, że nim ten wywiad wcale nie wstrząsnął.


Dzieje się więc w Bayernie wiele i w większości niedobrze. Medialne wojenki czy przepychanki są tym gorzej odbierane, że Die Roten zaliczają falstart na początku nowych rozgrywek – zasłużona porażka w 3. kolejce z TSG 1899 Hoffenheim i po raz pierwszy od trzech lat konieczność spędzenia choćby jednego tygodnia na pozycji niższej niż druga w tabeli Bundesligi. Przed ostatnim pojedynkiem ligowym z 1. FSV Mainz 05 „Bild” atakował czytelnika stwierdzeniem, że Ancelotti potrzebuje „antykryzysowych fajerwerków”. I ku uciesze monachijskich kibiców, a nawet delikatnemu zaskoczeniu ekspertów, Włoch je odpalił. Bawarczycy przejechali się po ekipie z Moguncji aż 4:0, prezentując ładną dla oka, dynamiczną piłkę, a do tego emanując pewnością siebie. „Wreszcie” – to było prawdopodobnie najczęściej używane słowo przez sympatyków Bayernu w sobotnie popołudnie.

Być może taki jest już los wielkich drużyn. Starcie silnych osobowości niemal zawsze finalnie doprowadzi do afery, ale przecież bez takich postaci o sukcesach można tylko pomarzyć. Bayern za kadencji Pepa Guardioli był wręcz nienaturalnie sterylny – owszem, spekulowało się chociażby o konflikcie Robbena z Lewandowskim, ale absolutnie nic nie wydostawało się poza szatnię, a najbardziej kontrowersyjną postacią w klubie był… sam Guardiola. Tymczasem giganci futbolu będący członkami najlepszej klubowej drużyny w Niemczech na przestrzeni całego sezonu najwyraźniej muszą się pościerać, wyszumieć, czasem palnąć kilka głupot, aby na boisku prezentować taką twórczą złość, jak choćby w rywalizacji z Mainz. Może właśnie dzięki tej odrobinie szaleństwa Bayernowi wreszcie uda się ponownie przedrzeć do finału Ligi Mistrzów…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *