Wolfsburg walczy o utrzymanie

30 stycznia 2015 roku niemiecki hegemon piłkarski Bayern Monachium doznał jednego z największych upokorzeń w swojej współczesnej historii. Był to drugi sezon pracy Josepa Guardioli w klubie z Allianz Arena. Bawarczycy przymierzali się właśnie do pierwszych wiosennych starć w Lidze Mistrzów, a zbliżający się mecz z depczącym im w lidze po piętach Wolfsburgiem miał być wartościowym sprawdzianem formy. Prowadzony przez Dietera Heckinga i napędzany przez Kevina de Bruyne zespół Wilków podejmował jednak wtedy Gwiazdę Południa w zupełnie innych nastrojach. Drużyna z miasta Volkswagena była gotowa na wojnę i doskonale do niej przygotowana. Rozleniwiony mistrz padał w tamtym starciu na deski czterokrotnie, samemu wyprowadzając zaledwie jeden skuteczny cios. Takie spotkania zdarzają się dzisiejszemu Bayernowi niezmiernie rzadko. Nic więc dziwnego, że wynik 4:1 pozostaje wyjątkowo złośliwą plamą na nieskazitelnym ligowym wizerunku Bayernu Guardioli, a przy okazji nadzwyczaj żywym, nostalgicznym wspomnieniem potęgi dla kibiców Die Wölfe.

Od tamtej pamiętnej konfrontacji minęły nieco ponad dwa lata – w kontekście powstawania i upadania liczących się sił w topowych europejskich ligach okres wcale nie długi. Tymczasem w końcówce kwietnia bieżącego roku, w kolejnym akcie symbolicznej zemsty, Bayern bez najmniejszego problemu ograł Wolfsburg 6:0, czym zapewnił sobie piąte mistrzostwo z rzędu. Wcześniej już dwukrotnie udawało się Lewandowskiemu i spółce skutecznie przypominać wilczej drużynie, kto tak naprawdę rządzi na niemieckich boiskach (5:1 jesienią 2015 i 5:0 jesienią 2016 – przyp. red.).

Drastyczny spadek formy VfL-u powoduje, że spektakularna gra drużyny z sezonu 2014/15 wydaje się niemal nieprawdopodobna. Wolfsburska degrengolada posunęła się do tego stopnia, że aby otrzymać wyniki podobnych rozmiarów nie należy porównywać statystyk z trzech ostatnich sezonów – lepszy efekt przyniesie zestawienie osiągnięć z wicemistrzowskiej kampanii ze zsumowanymi rezultatami dwóch kolejnych. Wnioski są dla Wilków druzgocące. Okazuje się bowiem, że w ciągu dwóch kolejnych edycji Bundesligi – 2015/16 i 2016/17 – Wolfsburg odniósł łącznie… o dwa zwycięstwa więcej. Ponadto na przestrzeni owych dwóch lat piłkarze z Volkswagen Arena zdobyli zaledwie osiem bramek więcej niż w trakcie historycznych rozgrywek pod wodzą Dietera Heckinga. W pamiętnym sezonie, pełnym sukcesów i uniesień, tracili w meczu średnio 1,12 bramki, podczas gdy w 67. ligowych spotkaniach rozegranych od jego zakończenia wykręcili wynik na poziomie 1,48.

O ile kampanii 2015/16 zakończonej na ósmym miejscu w Bundeslidze nie można było w Wolfsburgu zaliczyć do kompletnie nieudanych – głównie ze względu na dotarcie do ćwierćfinału Champions League i zaciętą rywalizację na tym etapie rozgrywek z Realem Madryt – o tyle obecna jest już kompletną porażką. Wilki wylądowały ostatecznie na szesnastym miejscu w tabeli, które oznacza konieczność walki o pozostanie w elicie w barażach!

„Walka o utrzymanie to kompletna abstrakcja dla piłkarzy, którzy nigdy wcześniej nie musieli martwić się o ligowy byt. Mając doświadczenie w takich sytuacjach, gdy nadchodzi sobota i zaczyna się mecz, wiesz, że teraz musi Ci się udać. Wolfsburg moim zdaniem nie ma odpowiedniej mentalności do walki o utrzymanie – oni to czują przed nadchodzącym meczem”

„Wolfsburg jest drużyną, która wciąż żyje fantazją o europejskich pucharach. A przecież Julian Draxler odszedł stamtąd właśnie dlatego, że chciał grać w Lidze Mistrzów! Te czasy dla VfL-u już dawno minęły. Gdy zniknęła klamra spinająca zespół w postaci Ligi Mistrzów, wszystko się posypało. Teraz nic się tej drużynie nie układa…”

Christoph Metzelder


Groźba pożegnania z Bundesligą po dwudziestu latach jest zatem bardzo realna, ale też nie brakuje podstaw, aby wierzyć, że Wolfsburg jest w stanie skutecznie ją oddalić. Jednak dla klubu o możliwościach finansowych, logistycznych, a przede wszystkim personalnych na poziomie VfL-u jakiekolwiek rozważania o tym, co należy zrobić, aby utrzymać się w najwyższej klasie rozgrywkowej są wręcz upokarzające. Latem zeszłego roku, kiedy jeszcze trenerem Wilków był charyzmatyczny Hecking, a dyrektorem sportowym Klaus Allofs, na Volkswagen Arena ściągnięto wielu bardzo wartościowych graczy, którzy mieli zapewnić Wolfsburgowi szybki powrót do co najmniej pierwszej szóstki w Bundeslidze. Media były pod wrażeniem rozmachu, ale jednocześnie rozwagi, z jaką Allofs przeprowadził letnią transferową ofensywę. Biało-zielone barwy przybrali wówczas tacy zawodnicy, jak Mario Gómez, Daniel Didavi, Jeffrey Bruma czy Jakub Błaszczykowski. Wydawało się, że nie ma żadnej siły, która mogłaby takiej ekipie odebrać miejsce w strefie pucharowej…

Źródło: Neue Zürcher Zeitung
Źródło: Neue Zürcher Zeitung

Nowe nabytki na niewiele się jednak zdały. W międzyczasie w Wolfsburgu dwukrotnie zmieniano trenera: najpierw Heckinga zastąpił Valérien Ismaël, a po nim z kolei zatrudniono Jonkera, a wyniki nawet nie tyle nie ulegały poprawie, co regularnie się pogarszały. W tej sytuacji poleciała również głowa dyrektora sportowego, Klausa Allofsa. 60-latka zastąpił młodszy o 21 lat Olaf Rebbe, który zresztą szybko udowodnił swoją przydatność, sprowadzając zimą po promocyjnych cenach klasowych zawodników: Yunusa Mallıego, Riechedly’ego Bazeora i Paula-Georgesa Ntepa. Ale same transfery, choć obiecujące, ponownie nie przyniosły Die Wölfe żadnych wymiernych korzyści. Dopiero zatrudnienie holenderskiego szkoleniowca zaowocowało niewielkim, choć zauważalnym w liczbie zdobywanych punktów progresem, a to głównie dzięki znalezieniu sposobu na efektywne wykorzystanie atutów Mario Gómeza.


Napastnik reprezentacji Niemiec jest tutaj tylko wierzchołkiem góry lodowej. Pokłady niewydobytego wciąż potencjału są na Volkswagen Arena ogromne. Niepokoić może fakt, iż już trzeci trener nie jest w stanie stworzyć w Wolfsburgu wartościowej drużyny, mimo że do dyspozycji ma na każdej pozycji piłkarzy ponadprzeciętnych, a co okienko przybywają nowi. Czy można za obecne wyniki VfL-u winić jedynie szkoleniowców? Trzeci fachowiec niemający pomysłu na zespół musi już dawać do myślenia. Ale jeśli to nie trener ponosi w tym przypadku pełną odpowiedzialność za fatalną postawę Wilków, to winy należy szukać po stronie zawodników. Problem w tym, że… im również nie można odmówić zaangażowania. A o tym, że dysponują ogromną jakością sportową, wszyscy doskonale wiedzą. Bolesna musi być zatem bezradność działaczy VfL-u, którzy, zdawałoby się, robią wszystko jak należy, a mimo to nic nie układa się po ich myśli…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *