pl-felieton-wersja-2

Chelsea i Arsenal wracają na zwycięską ścieżkę, Tottenham wygrywa szósty mecz z rzędu, podział punktów w wielkich derbach Anglii i blamaż Manchesteru City – rywalizacja „Big Six” o tytuł mistrzowski trwa w najlepsze!

„To będzie najlepszy sezon w historii” – takim hasłem zapowiadano trwającą kampanię Premier League jeszcze przed jej rozpoczęciem. Powodów, aby tak sądzić, było całe mnóstwo – niebywała śmietanka trenerska, której dotąd na Wyspach nie było, prawie perfekcyjnie zbilansowane kadry kandydatów do tytułu mistrzowskiego, zastrzyk gwiazd światowego formatu dla ligi czy wreszcie bajońskie sumy wydane na wzmocnienia, również przez drużyny ze środka i dołu tabeli. W ostatnich latach przed inauguracją rozgrywek piłkarze, menedżerowie, eksperci czy bukmacherzy przekonywali o tym, że o mistrzostwo Anglii walczyć będzie nie jeden czy dwa, ale pięć, a może i więcej zespołów. Boisko jednak, jak to w futbolu bywa, stawało się miejscem brutalnej weryfikacji możliwości potentatów i w istocie na finiszu wyścigu po tytuł mistrzowski zostawały maksymalnie dwa „konie”. Inaczej jest w bieżącym sezonie i wydaje się, że sytuacja, w której trzy, a nawet cztery drużyny walczyć będą między sobą o mistrzostwo, jest bardzo prawdopodobna.

111
Aktualna tabela Premier League; źródło: worldfootball.net

Naturalnie, to szanse Chelsea oceniane są dziś najwyżej. Po pierwsze dlatego, że The Blues uzyskali kilkupunktową przewagę nad resztą stawki, a po drugie, do niedawna notowali w ekstraklasie imponującą serię 13 zwycięstw z rzędu, którą zatrzymał inny londyński zespół – Tottenham. Wśród czołowej szóstki Koguty są mimo wszystko największym zaskoczeniem. Nikt chyba nie spodziewał się, że po tak zaskakująco dobrym minionym sezonie, w tym Spurs będą grali równie dobrze, a może nawet lepiej. Mauricio Pochettino to tytan pracy, który najpierw jako pierwszy pokonał w lidze Guardiolę, a ostatnio zatrzymał również Contego. Zdecydowanie największym atutem ekipy z White Hart Lane jest to, że tworzą kompaktową i momentami perfekcyjnie współpracującą grupę, choć niewątpliwie problemem dla argentyńskiego szkoleniowca jest wąska kadra, co najdobitniej widać było, gdy kontuzji nabawił się Harry Kane.

Forma Tottenhamu w bieżącym sezonie. Czerwonym kolorem zakreślony okres gry bez Kane'a; źródło: flashscore.com
Forma Tottenhamu w bieżącym sezonie. Czerwonym kolorem zakreślony okres gry bez Kane’a; źródło: flashscore.com

Wyłączając mecz z Gilingham, zespołem z trzeciej klasy rozgrywkowej w Anglii, Tottenham bez Kane’a zdobył raptem 8 bramek w 9 meczach, a więc tyle samo, co w niecałych pięciu spotkaniach z udziałem reprezentanta Anglii. Trudno dziś również wyobrazić sobie drugą linię Kogutów bez Delego Allego czy Christiana Eriksena. Wąska ławka odbiła się czkawką także w Lidze Mistrzów, ale jak pokazuje przykład Leicester City z poprzedniego sezonu czy Borussi Dortmund z kampanii mistrzowskich, grupa 14 czy nawet 13 zgranych ze sobą zawodników wystarczy, aby sięgnąć po końcowy triumf w lidze. Przeciwieństwem ekipy Pochettino w czołowej szóstce jest ostatnimi czasy Manchester City Pepa Guardioli.

W niedzielę Katalończyk doznał najwyższej ligowej porażki w swojej menedżerskiej karierze. Hańba, upokorzenie, katastrofa – określenia można by mnożyć, ale nie ma to głębszego sensu. Warto natomiast zastanowić się nad tym, czy niemalże bezbłędny start rozgrywek w wykonaniu The Citizens nie przyczynił się do zyskania przez Hiszpana przesadnej pewności siebie. Jak mantrę będę przypominał moment, gdy Guardiola zakpił z Anglików na ich terenie, poddając w wątpliwość intensywność Premier League. Nie zrozumcie mnie źle – były szkoleniowiec Barcelony słusznie zwrócił uwagę, że oprócz angielskiej ekstraklasy są inne szalenie wymagające i stojące na najwyższym poziomie rozgrywki ligowe, ale to był właśnie przejaw tejże nad wyraz wybujałej pewności siebie, która z czasem Pepa zgubiła. Dziś Synowie Albionu z radością wypominają menedżerowi Manchesteru City te słowa przy okazji najmniejszego potknięcia, a tych ostatnio jest sporo.

333
 Tabela Premier League za okres od 15.10.2016 do 15.01.2017; źródło: WhoScored.com

Guardiola nie jest jedynym gościem w stawce, który ma problemy do rozwiązania. Właściwie każdy menedżer zespołu z „Big Six” ma większe lub mniejsze zmartwienia. Sporo osób zastanawiało się, jak będzie radził sobie Liverpool, gdy ze składu wypadnie jeden lub dwóch liderów. O ile przy obecności Sadio Mané, Roberto Firmino i Adama Lallany, a bez Philippe Coutinho wyglądało to znośnie, a momentami braku Brazylijczyka wręcz nie dało się odczuć, to mecz z Southamptonem najlepiej pokazał, że przy układzie 50/50 jest już zdecydowanie ciężej. Dobra wiadomość dla Jürgena Kloppa – brazylijski „Magik” wrócił po kontuzji i sprawia wrażenie faceta, który dalej jest w niesamowitym gazie. Jest też zła – FIFA po raz kolejny okazała absolutną obojętność wobec problemów mniej znaczących, przynajmniej obecnie, klubów w Europie czy na świecie. The Reds sporo więc zaryzykują, jeśli w następnych meczach Premier League będą korzystać z usług Joëla Matipa.


Co natomiast spędza sen z powiek José Mourinho? Odpowiedź jest oczywista – pozycja Manchesteru United w tabeli, a dokładniej spora, jakby nie patrzeć, strata do Chelsea. Czerwone Diabły zanotowały ostatnio serię 6 zwycięstw z rzędu w ekstraklasie, a mimo to dalej pozostają na szóstym miejscu. O czym to świadczy? Wyłącznie o przespanej jesieni, podczas której ekipa z Old Trafford często remisowała spotkania i tym samym traciła dystans do lidera. Oczywiście nie wszystko stracone, bo do końca sezonu jeszcze 17 spotkań, jednakże podopieczni portugalskiego szkoleniowca na więcej wpadek pozwolić sobie po prostu nie mogą. Każdy podział punktów z niżej notowanym zespołem czy, co gorsza, porażka przy triumfie liderującej ekipy będą zawężać szansę na zrealizowanie celu postawionego „The Special One” przed sezonem.


***

Dlaczego ani słowa o Arsenalu? Nauczony doświadczeniem poprzednich sezonów ze spokojem będę obserwował, jak Sánchez do spółki z Özilem prowadzi Kanonierów do czegoś większego niż czwarte miejsce czy wicemistrzostwo. Jeśli po Świętach Wielkanocnych ekipa Wengera wciąż będzie w kontakcie z liderem, czy też sama obejmie przodownictwo w stawce, wówczas debata na temat jej realnych szans mistrzowskich zyska prawdziwy sens. Psikusa, i to niezłego, wykręcił za to Contemu Diego Costa. Najlepszy strzelec Premier League, obok Alexisa Sáncheza i Zlatana Ibrahimovicia, delikatnie to ujmując, wypiął się na Włocha, Chelsea i jej fanów, bo na horyzoncie pojawiły się chińskie yuany. Oscara pewnie nikt na Stamford Bridge nie żałował, a widząc 60 mln £ na stole każdy podskakiwał z radości wiedząc, że klub właśnie dokonuje kolejnego kapitalnego interesu. Ale sprzedaż tak wartościowego gracza jak Costa, nawet za 80 mln £, przy marnych szansach na sprowadzenie odpowiedniego następcy jeszcze zimą? Roman Abramowicz już raz wydał w styczniu wielkie pieniądze na napastnika i skończyło się to płaczem oraz zgrzytaniem zębów…

30 mln £ rocznie zaświeciło Brazylijczykowi z hiszpańskim paszportem przed oczami i nagle zapomniał o całym świecie. Przykre jest to, jak reaguje na propozycje Chińczyków większość piłkarzy. Jasne, liga chińska jest świetną opcją dla dorobienia się grubych milionów na koniec kariery (patrz: Drogba, Anelka), ale cały czas dziwię się takim zawodnikom jak Oscar, Ramires, Alex Teixeira czy Jackson Martinez. Może nie jestem w stanie myśleć w tych kategoriach, co oni, a może po prostu dalej naiwnie wierzę w wyższość trofeów i medali nad pieniędzmi. Wracając do Costy, oficjalnym powodem jego nieobecności w meczu z Leicester City był uraz pleców. W rzeczywistości jednak nikt głupi nie jest. Abramowicz nie potrzebuje pieniędzy i byłego gracza Atlético sprzedawać nie chce. Z kolei były selekcjoner reprezentacji Włoch jest gotów pożegnać 30-latka, ale oczywiście latem, gdy znajdzie już godnego sukcesora.


Costa już raz próbował wyrwać się z Londynu, aby móc wrócić na Estadio Vicente Calderón pod skrzydła Diego Simeone. Ostatecznie został i zachował się bardzo profesjonalnie, co obrazowała jego boiskowa postawa. Dla Chelsea, rywalizacji o tytuł mistrzowski i całej ligi dobrze by było, aby reprezentant Hiszpanii po raz wtóry zachował się tak samo – dograł sezon, uraczył nas jeszcze kilkoma fantastycznymi zagraniami, bramkami, a dopiero latem odszedł, gdy już nikt siłą nie będzie go w angielskiej elicie trzymał. Jego przypadek dobitnie pokazuje jednak, że pokolenie piłkarzy takich jak Gerrard, Terry, Lampard, Scholes, Giggs czy Maldini, Totti bądź Raúl to już właściwie wymarły gatunek. Następnego takiego z pewnością szybko nie uświadczymy, a pojedyncze przypadki będą jedynie przykrym wyjątkiem potwierdzającym regułę o piłkarzach-najemnikach.