D6dUBkqXsAAPQJw

W dzisiejszym futbolu coraz trudniej o lojalność. Korporacyjne myślenie i chęć dorobienia się wielkich pieniędzy w krótkim czasie wygrywają nad przywiązaniem do klubowych barw. Piękna era, której ambasadorami byli Carles Puyol, Javier Zanetti, Paul Scholes, a przede wszystkim Paolo Maldini, zdaje się bezpowrotnie odchodzić w niepamięć. Tymczasem w niewielkiej włoskiej miejscowości w prowincji Emilia-Romania występuje zawodnik, który – zachowując wszelkie proporcje – może nawiązać do wyżej wymienionych tuzów piłkarskiego świata.

Domenico Berardi, bo o nim jest ta opowieść, to prawdziwy futbolowy ewenement. Nie jest bowiem przykładem modelowego przejścia przez wszystkie szczeble juniorskie aż na grunt seniorski. Profesjonalną przygodę z calcio rozpoczął dopiero w wieku 16 lat! Aż trudno uwierzyć, że ledwie trzy lata później potrafił pogrążyć słynny AC Milan i jako pierwszy piłkarz w historii Serie A strzelił Rossonerrim cztery bramki. Wygrana gospodarzy 4:3 doprowadziła wówczas do zwolnienia trenera Massimiliano Allegriego, a o atakującym Sassuolo usłyszała cała Italia.

Warto wiedzieć, że zanim 12 stycznia 2014 roku Berardi upokorzył mediolańskiego giganta, osiągnął status gwiazdy Serie B. Znakomity sezon 2012/13, w którym zdobył aż jedenaście goli na drugim szczeblu rozgrywek we Włoszech, sprawił, że Neroverdi po raz pierwszy w swoich dziejach awansowali do elity. Wtedy po 19-letnią rewelację ligi zgłosił się Juventus i zdecydował się zapłacić 4,5 mln € za to, by karta zawodnicza Berardiego była przynależna do klubu z Turynu. Po wykupieniu znakomicie zapowiadającego się nastolatka szybko uznano jednak, że jego szanse na grę na Juventus Stadium są marginalne, co poskutkowało wypożyczeniem do macierzystego klubu. To był jak dotąd jedyny moment w karierze, w którym Berardi mógł zagrać w klubie z najwyższej półki.

Wypożyczenie na Mapei Stadium, które stało się udziałem napastnika, przebiegało udanie. Wkomponowanie w „nowy-stary” zespół nie stanowiło dlań problemu, a 16 bramek strzelonych w premierowym sezonie w Serie A sprawiło, że jego powrót do stolicy Piemontu wydawał się być naprawdę realny. Polityka transferowa dwukrotnego triumfatora Pucharu Europy po raz kolejny zweryfikowała jednak ambitne plany niespełna 20-letniego piłkarza. W biało-czarnej części miasta woleli postawić na Alvaro Moratę, a kiedy w kolejnym sezonie Berardi niemal wyrównał swój debiutancki dorobek (tym razem trafił do siatki piętnastokrotnie – przyp. red), przy Corso Gaetano Scirea fetowano już przyjście Paulo Dybali. Stało się jasne, że mimo kolejnych, widocznych postępów, jakie czynił wychowanek Cosenzy, perspektywa dalszego bytowania pomiędzy Sassuolo a Turynem nie ma najmniejszego sensu. Kiedy więc społeczność juventinich zachwycała się pozyskanym z Palermo „La Joyą”, bez większego żalu postanowiono odsprzedać Berardiego – a jakże – do Sassuolo. Transakcja zamknęła się w kwocie 10,5 mln €, co oznacza, że Stara Dama zarobiła blisko 6 milionów w europejskiej walucie na piłkarzu, który w jej barwach nie rozegrał choćby minuty!


Od tego transferu minęło już ponad cztery lata, które zmieniły nieco karierę Domenico. Choć do Serie A wszedł razem z drzwiami, wyrywając przy okazji klamkę, to okres po „powrocie” z Turynu naznaczony jest chimerycznością. Dość powiedzieć, że aby powtórzyć swój dorobek z debiutanckiego sezonu we włoskiej elicie, Berardi potrzebował bagatela trzech lat. W kampaniach 2014/15, 2015/16 oraz 2016/17 zdobywał kolejno: 5,7 i 4 gole. Ubiegłe rozgrywki okazały się zresztą niewiele lepsze. Osiem trafień w 35 meczach to wynik co najwyżej przeciętny.

Rozpoczęte niedawno campionato udowadnia jednak, że 25-letni już napastnik nie zapomniał, jak zdobywa się bramki. W siedmiu rozegranych ligowych potyczkach aż sześć razy pokonywał bramkarzy rywali, a na szczególną uwagę zasługuje hat-trick, którego ustrzelił 1 września w konfrontacji z Sampdorią. Aktualny Bilans Domenico w Sassuolo prezentuje się doprawdy solidnie: 236 meczów, 80 bramek i 51 asyst (stan na 24 października 2019 – przyp. red.). Jeśli natomiast weźmiemy pod uwagę wyłącznie występy na poziomie Serie A, średnia nieznacznie poprawia się do jednego gola na trzy spotkania (183 mecze, 61 bramek). Perspektywa „podkręcenia” tych statystyk jest więcej niż realna. Kapitan Neroverdich przedłużył bowiem kontrakt z obecnym pracodawcą do 2024 roku.


Być może jest to przejaw lojalności względem macierzystego klubu, albo też obawa przed podjęciem wyzwania w bardziej eksponowanym miejscu na piłkarskiej mapie Italii. Nieudany epizod w Turynie, gdzie do debiutu de facto nie doszło, mógł na tyle zrazić włoskiego napastnika, że ten nie będzie już chętny, aby spróbować swoich sił w drużynie o nieporównywalnie większym potencjale, ale i poddawanej nieustannej presji, z którą na co dzień nie ma do czynienia w spokojnym regionie Emilia-Romania.

Po tym, jak na początku października światem calcio wstrząsnęła wieść o śmierci właściciela Sassuolo Giorgio Squinziego, informacja o parafowaniu przez Berardiego nowej umowy jest dla kibiców Czarno-Zielonych przedwczesnym prezentem gwiazdkowym.


Choć bohater niniejszej publikacji nigdy nie ukrywał, że jego klubem marzeń jest wielki Liverpool, to przy obecnym stanie rzeczy trudno oczekiwać, by w najbliższej przyszłości Berardi miał opuścić Mapei Stadium i przenieść się akurat na Anfield Road. Prawdopodobnie co okienko transferowe kolportowane będą jeszcze pogłoski o jego możliwych przenosinach czy to do zmagającego się z gigantycznym kryzysem Milanu, czy też do odradzającej się Romy. Wciąż nie można natomiast wyrokować, że Sassuolo to tylko etap przejściowy w dalszej karierze Berardiego, wszak wiele było miejscowych legend, które całą swoją przygodę z futbolem związały z jednym klubem.

Być może tą niepopularną obecnie drogę wybierze również najlepszy snajper US Sassuolo Calcio. Życie tułacza, takiego jak Marco Borriello, który zwiedził aż czternaście (!) klubów na Półwyspie Apenińskim, raczej nie jest celem Berardiego. Złośliwi mogą rzec, że w niespełna 42-tysięcznym miasteczku w prowincji Modena osiągnie zapewne status nietykalnego. Czy jednak futbol nie potrzebuje i takich lokalnych bohaterów? Nie każdy musi być przecież legendą na miarę Maldiniego. Niektórzy wolą podążać drogą wyznaczoną przez Sergio Pellissiera – napastnika, który od 2000 roku broni barw ligowego średniaka, Chievo Verona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *