Rodgers Howe

Choć niektórzy eksperci zaliczają ich do grona gatunków wymierających, do całkowitego wyginięcia populacji w najbliższym czasie raczej nie powinno dojść. Doświadczeni szkoleniowcy rodem ze Zjednoczonego Królestwa, bo o nich mowa, wciąż skutecznie stawiają czoła wyżej notowanym i znacznie bogatszym ekipom, podważając tym samym argumenty, jakoby ich trenerski warsztat nie przystawał do stale zmieniających się trendów w światowym futbolu.

Najlepsi trenerzy pracują aktualnie na Wyspach Brytyjskich, co dobitnie potwierdza opublikowany we wrześniu ranking czołowych szkoleniowców świata wg FIFA. Wszystkie miejsca na podium zajęli menedżerowie drużyn z Premier League (w przypadku Pochettino – byli), ale żaden z nich nie jest rodowitym obywatelem Zjednoczonego Królestwa. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że obecność w czołówce tego zestawienia Niemca, Katalończyka oraz Argentyńczyka jest naturalnym odzwierciedleniem panującej od kilku lat w angielskiej elicie idei kosmopolityzmu. W lidze, w której już ponad 65% piłkarzy stanowią obcokrajowcy, także na ławkach trenerskich długo dominowali przybysze z zagranicy. W tym sezonie owa tendencja zaczęła się ponownie odwracać.


Do rozpoczętej w sierpniu kampanii ligowej aż 9 klubów przystąpiło z menedżerami urodzonymi na terenie Wielkiej Brytanii. Co więcej, ośmiu z nich stanowili Anglicy. Jeszcze na starcie ubiegłego sezonu było ich pięciu, a przed dwoma laty – zaledwie czterech. Mimo że popyt na trenerów z zachodniej części naszego kontynentu, a także tych z Ameryki Południowej nie maleje, to akurat dzięki personalnym decyzjom włodarzy kilku klubów Premier League miejscowi kibice mają okazję znacznie częściej dopingować zespoły prowadzone przez swoich rodaków, a bywa, że nawet lokalnych bohaterów. Chris Wilder, Dean Smith, czy najmniej doświadczony w tym gronie Frank Lampard, mogą liczyć na większy kredyt zaufania ze strony fanów i niekiedy także swoich przełożonych, niż chociażby szkoleniowcy z Półwyspu Iberyjskiego.

Po dwudziestu rozegranych dotychczas kolejkach w górnej połowie tabeli znajdują się aż cztery drużyny pod batutą Brytyjczyków. Dwa z nich nieoczekiwanie okupują miejsca przypisywane przed sezonem ekipom ze znacznie większymi aspiracjami – na drugim stopniu podium rozgościło się Leicester City Brendana Rodgersa (42 pkt), zaś sześć pozycji niżej plasuje się Sheffield United Chrisa Wildera (29 pkt). Wprawdzie to dopiero nieco ponad połowa rozgrywek, tym niemniej w rezultatach osiąganych przez popularne Lisy czy Szable nie ma grama przypadku. Beniaminek z Bramall Lane ma już na swoim rozkładzie między innymi Everton, wzmocniony piłkarzami wartymi ponad 100 mln £, oraz Arsenal, którego włodarze wydali latem na transfery bagatela 137 mln £. Mistrz Anglii z sezonu 2015/16 pokonał z kolei przed własną publicznością finalistę ubiegłorocznej edycji Champions League – Tottenham, zaś na St Mary’s Stadium zanotował rekordową w dziejach Premier League wyjazdową wygraną (9:0). W większości z przytoczonych spotkań nieuchodzące za faworytów zespoły zaprezentowały ciekawy futbol, długimi fragmentami dominując nad rywalami z wielkich aglomeracji. O interesującym piłkarskim projekcie tworzonym nad rzeką Soar, którego mózgiem jest były opiekun Liverpoolu, pisaliśmy więcej w osobnym artykule.

W analizowanych przypadkach nadspodziewanie dobre wyniki to efekt długofalowej pracy menedżerów i ich sztabów. Eddie Howe oraz Sean Dyche należą do grona weteranów – na obecnych stanowiskach pracują nieprzerwanie już ponad 7 lat, co czyni ich szkoleniowcami ze zdecydowanie najdłuższym stażem w klubach rywalizujących we wszystkich czterech zawodowych ligach w Anglii (dłużej od nich swoją funkcję piastuje jedynie Gareth Ainsworth, opiekun Wycombe Wanderers – przyp. red.). Wprawdzie daleko im jeszcze do osiągnięć legendarnych Sir Alexa Fergusona (ponad 26 lat spędzonych na Old Trafford) czy Arsène’a Wengera (ponad 22,5 roku w Arsenalu), ale w dzisiejszych realiach, gdy trenerzy „w jednej ręce trzymają długopis, którym podpisują kontrakt, a w drugiej spakowaną walizkę”, nie sposób nie docenić ich wytrwałości i lojalności. Efekty stabilnej polityki personalnej na Dean Court oraz Turf Moor widoczne są gołym okiem – Bournemouth rozpoczęło właśnie swój piąty sezon z rzędu w najwyższej klasie rozgrywkowej, zaś Burnley czwarty. W tym czasie ani razu pozycje Howe’a czy Dyche’a nie były poważnie zagrożone.

Na oddzielny akapit zasługuje casus Chrisa Wildera i jego walecznie usposobionej jedenastki. Ekipa z South Yorkshire po dziś dzień nie przestaje zdumiewać – po remisie wyszarpanym w ostatnim kwadransie rywalizacji na Tottenham Hotspur Stadium, w kolejnym spotkaniu, przeciwko Manchesterowi United, Oliver Norwood i spółka znów pokazali charakter, ratując cenny punkt w ostatniej minucie regulaminowego czasy gry. Gdyby The Blades nieco lepiej radzili sobie na własnych śmieciach (4 porażki w 10 meczach ligowych na Bramall Lane, 14/30 pkt), znajdowaliby się teraz w strefie pucharowej. I pomyśleć, że w obszernej przedsezonowej ankiecie zorganizowanej przez portal Football.London na trzynastu wszelkiej maści ekspertów tylko jeden (!) nie wymienił Sheffield United w gronie typowanych spadkowiczów…


Wbrew przydomkowi, podopieczni Wildera nie praktykują wybitnie brutalnego czy prymitywnego futbolu, choć daleko im również do miana piłkarskich wirtuozów (zagrali najwięcej długich podań spośród drużyn Premier League w sezonie 2019/20 – aż 1516). Nawet w przegranym pojedynku z Newcastle United czy zremisowanym bezbramkowo z Watfordem potrafili jednak utrzymywać się przy piłce przez ponad 60% czasu gry, oddając odpowiednio 6 i 3 celne strzały na bramkę przeciwnika. Konsekwentna praca na treningach, opracowany szeroki wachlarz stałych fragmentów gry oraz niezbędne na każdym poziomie rozgrywek zaangażowanie przynoszą jak do tej pory nadspodziewane efekty.

„Wykonujemy mnóstwo pracy nad optymalnym ustawieniem na boisku. Wiele ćwiczeń skupia się na tzw. rozciąganiu gry, odpowiednim przesuwaniu formacji, zmianie ciężaru rozegrania akcji i prawidłowym formowaniu trójkątów. Pracujemy także intensywnie nad właściwym poruszaniem się napastników oraz wchodzeniem piłkarzy drugiej linii w pole karne przeciwnika.”

John Lundstram, pomocnik Sheffield United, dla dziennika The Guardian

Wymaganiom nowoczesnego futbolu nadal potrafi sprostać także najstarszy menedżer w stawce – Roy Hodgson. Prowadzone przez 72-letniego angielskiego nestora Crystal Palace w niezwykle intensywnym grudniowym maratonie ligowym tylko raz musiało uznać wyższość rywala, kiedy to na St James’ Park w minimalnym rozmiarze triumfowało Newcastle United. Gol stracony w pojedynku ze Srokami był zaledwie jednym z czterech, jakie stołeczny zespół dał sobie wbić w siedmiu ostatnich meczach. Dobra postawa w defensywie (6 czystych kont) w połączeniu z wysoką efektywnością pod bramką rywala (najmniej zmarnowanych klarownych sytuacji do zdobycia gola – zaledwie 13) poskutkowały awansem na 9. miejsce w tabeli, skąd już tylko krok do upragnionej strefy pucharowej.

„Nie sądzę, aby ktoś naprawdę nie zaczął przejawiać poważnej nadziei i wiary, że możemy wspiąć się jeszcze wyżej w ligowej tabeli i zbliżyć do miejsc premiowanych grą w europejskich pucharach. Błędem byłoby takowych nadziei nie żywić.”

Roy Hodgson, menedżer Crystal Palace

Na drugim biegunie znajdują się ci, którzy dopiero wspinają się po szczeblach trenerskiej kariery. Nie oznacza to skądinąd, że radzą sobie znacznie gorzej niż ich bardziej doświadczeni koledzy po fachu. Odmłodzona Chelsea Franka Lamparda, choć jeszcze bardzo niestabilna, już teraz potrafi – zwłaszcza w delegacjach – przysporzyć przeciwnikom nie lada kłopotów, a nawet przechylić szalę na swoją korzyść (m.in. wyjazdowe triumfy nad Arsenalem i Tottenhamem w Premier League oraz nad Ajaxem w Champions League – przyp. red.). Na półmetku sezonu to właśnie The Blues przewodzą w wyścigu o najniższą lokatę w TOP4, co z pewnością ułatwia popularnemu „Lampsowi” wdrażanie autorskiej koncepcji budowania zespołu na Stamford Bridge. Kiedy więc nałożony na londyński klub zakaz transferowy dobiegnie końca, umiejętne wzmocnienia poszczególnych formacji mogą zaowocować ponowną walką o najwyższe laury.


Choć nie wszystkich brytyjskich szkoleniowców czeka perspektywa walki o czołowe lokaty, nie zamierzają oni bynajmniej uciekać się do najprostszych środków, stosując popularną niegdyś taktykę „kick and rush”. Oglądanie w akcji zespołów Grahama Pottera czy Steve’a Bruce’a może sprawić przyjemność już nie tylko samym sympatykom Brighton & Hove Albion i Newcastle United, ale także postronnym widzom. Dość powiedzieć, że piłkarze The Seagulls wymienili najwięcej podań spośród ekip spoza czołowej czwórki Premier League (10 287), z kolei zawodnicy Srok przodują w dość niecodziennej statystyce skutecznych wybić piłki z własnej linii bramkowej (4 – tyle samo co Aston Villa). Obie drużyny mogą natomiast poszczycić się zwycięskimi bataliami z Tottenhamem.

Na początku grudnia na trenerską karuzelę powrócił 56-letni Anglik Nigel Pearson (bilans 2W-1D-1L w roli nowego opiekuna Watfordu), a nieco ponad trzy tygodnie później David Moyes, stając się tym samym jedenastym menedżerem z UK pracującym obecnie w najlepszej i najbogatszej lidze świata. Włodarze West Hamu mogli próbować zakontraktować Mauricio Pochettino, Unaia Emery’ego albo Marco Silvę, tymczasem postawili na doskonale znanego społeczności The Hammers Szkota, którego największymi sukcesami w roli szkoleniowca pozostają Tarcza Wspólnoty zdobyta z Manchesterem United w 2013 roku oraz 4. miejsce w angielskiej elicie i udział w eliminacjach Ligi Mistrzów z Evertonem w 2005 roku. Na London Stadium liczą, że w swoim drugim podejściu Moyes będzie w stanie wydźwignąć drużynę Młotów na pozycję wyższą niż 13., jak miało to miejsce w sezonie 2017/18.

Brytyjska brać trenerska w Premier League trzyma się zatem wyjątkowo mocno, co w pewnym stopniu można rozpatrywać jako konsekwencję licznych nauk pobieranych w minionych latach od największych mistrzów w tym fachu. W bieżącej kampanii jeden z uczniów (Lampard) pokazał już swojemu byłemu pryncypałowi (Mourinho), iż potrafi zastosować w praktyce wiedzę taktyczną zdobywaną między innymi podczas kariery zawodniczej na Stamford Bridge. Być może za jakiś czas przerośnie nawet wielkiego „The Special One”, który w zderzeniu z aktualnie panującą na Wyspach myślą szkoleniową przestał być postrzegany jako światowy trendsetter.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *