DZ4nG0nW4Acb-zF

Cóż to był za wtorek z najlepszym europejskim futbolem w wydaniu klubowym! Mimo że kibice zgromadzeni na Estadio Ramón Sánchez Pizjuán, Allianz Stadium i przed telewizorami doczekali się łącznie „tylko” sześciu goli, ich wygórowane oczekiwania z pewnością zostały całkowicie zaspokojone. Choć wydawało się, że Stara Dama wyciągnęła wnioski po pełnej goryczy klęsce w ubiegłorocznym finale Champions League, to mistrz Italii znów musiał uznać wyższość najbardziej utytułowanej drużyny w historii LM, przyjmując przy tym kolejny pokaźny worek bramkowy.

Krótkie oczekiwanie związane z przerwą reprezentacyjną nie trwało długo i już w poświąteczny wtorek fani piłki nożnej ponownie mogli ekscytować się najbardziej prestiżowymi rozgrywkami na Starym Kontynencie. Zwłaszcza, że wkroczyły one w ważną fazę, w której na placu boju pozostało już tylko osiem ekip.

Już na „dzień dobry” kibice zostali uraczeni daniem najwyższej jakości – takim, które spokojnie mogło otwierać menu u Wojciecha Modesta Amaro. Kilka tygodni temu piłkarski świat żył pojedynkiem Realu Madryt z Paris Saint-Germain, a teraz na drodze obrońcy tytułu stanął Juventus. Tym samym na etapie 1/4 finału doszło do powtórki z decydującej rozgrywki w Cardiff.


Także i tym razem niewielu ekspertów czy postronnych widzów z pełnym przekonaniem wskazywało na ekipę dowodzoną przez Allegriego. Królewscy wydawali się być na ostatniej prostej do odzyskania swojej najwyższej dyspozycji, tymczasem były opiekun Milanu musiał wziąć na swoje braki poważne ubytki kadrowe.


Zinédine Zidane’a mógł mówić o zdecydowanie większym komforcie wyboru. Poza Nacho francuski menedżer miał do dyspozycji wszystkich kluczowych graczy, zatem jego jedynym zmartwieniem był dylemat: czy wystawić w wyjściowym składzie Benzemę i Isco, czy raczej Asensio i Lucasa, którzy poprowadzili zespół do zwycięskiej batalii z Les Parisiens?

Opiekun Starej Damy zdawał się jednak mieć pewien pomysł na zatrzymanie Cristiano Ronaldo, co zostało zresztą szumnie ogłoszone we wtorkowy poranek na łamach włoskiej prasy.


Nie mogło dziwić, że Allegri upatrywał szans swojego zespołu w powstrzymaniu genialnego Portugalczyka, wszak CR7 trafiał w każdym z poprzednich meczów przeciwko jego drużynie. Co więcej, w tej edycji Ligi Mistrzów gwiazdor Realu pokonywał bramkarzy rywali w każdym pojedynku!


Dodatkowo pochodzący z Livorno szkoleniowiec mógł liczyć na przychylność statystyk, gdyż lider Serie A nie miał ostatnio problemów z eliminowaniem akurat tego przedstawiciela Półwyspu Iberyjskiego.


Głośne zapowiedzi Włochów okazały się jednak równie oderwane od rzeczywistości jak rozgrywanie kolejki Ekstraklasy podczas ponad 20-stopniowych mrozów. Najlepszy strzelec w historii Champions League potrzebował zaledwie trzech minut, aby pokonać Ginaluigiego Buffona i wprowadzić Allianz Stadium w stan konsternacji. Inna sprawa, że w takich warunkach o skuteczne wykończenie akcji pokusiłby się zapewne nawet sam Eduardo da Silva.


Trafienie otwierające wtorkową rywalizację w stoicy Piemontu sprawiło, że urodzony na Maderze snajper przeszedł do historii i stał się pierwszym piłkarzem, któremu udało się wpisać na listę strzelców w 10. meczach z rzędu!


Stracona bramka niezwykle mobilizująco podziałała na miejscowych, którzy chcieli za wszelką cenę udowodnić, że nie są w tej batalii skazani wyłącznie na porażkę. Jeszcze przed upływem dwóch kwadransów dogodne sytuacje mieli Rodrigo Bentancur i Gonzalo Higuaín. Przy próbie Argentyńczyka znakomitą paradą popisał się Keylor Navas, który po raz kolejny zademonstrował swój patent na udane interwencje w kluczowych momentach.


Nietrudno było zauważyć, że szybko strzelony gol był najgorszym, co mogło się przydarzyć przybyszom z Madrytu. Z każdą kolejną minutą, zamiast właściwie ustawianego pressingu i udanych kombinacji, w poczynania Los Blancos wdzierała się niedokładność i coraz większą nerwowość. To skutkowało natomiast kolejnymi dobrymi okazjami dla gospodarzy, które jednak najczęściej kończyły się tuż przed „szesnastką” rywala.


Zmiany obrazu gry nie przyniósł także początek drugiej odsłony. W efekcie Zidane dość szybko zdecydował się na dokonanie pierwszej roszady personalnej – w miejsce zupełnie bezproduktywnego Karima Benzemy na murawie zameldował się Lucas Vázquez. Cel tej zmiany był prosty: przyśpieszenie akcji ofensywnych i wyczekanie na zabójczą kontrę, która nie tylko „zabiłaby” wtorkowy mecz, ale znacznie przybliżyłaby Real do awansu do grona czterech najlepszych zespołów na Starym Kontynencie.

Podwyższenie rezultatu nastąpiło niemal natychmiast. Trafienie na 2:0 nie wynikało jednak z szybkiego i bezbłędnie rozegranego ataku, lecz fantastycznego uderzenia przewrotką Cristiano Ronaldo. Bramka z cyklu tych, po których odbiera mowę nie tylko kibicom, ale także komentatorom. Po krótkiej chwili fani zgromadzeni na stadionie w Turynie postanowili jednak odpowiednio uhonorować „Króla”.


Nie był to bynajmniej koniec cierpień, z którymi musieli się tego dnia mierzyć Allegri i jego ekipa. Zaledwie 120 sekund później drugą żółtą kartkę otrzymał Paolo Dybala i stało się jasne, że Juventusowi pozostało już tylko uniknięcie kompromitacji.

Jeszcze pod koniec pierwszej połowy wydawało się, że kwestią czasu jest nie tylko wyrównujący gol dla gospodarzy, ale także przynajmniej skromna zaliczka wypracowana przed rewanżem na Estadio Santiago Bernabéu. Tymczasem Real spokojnie wyczekał aż rywal z Półwyspu Apenińskiego wyzbędzie się swoich „pocisków”, odpowiednio zneutralizował zagrożenie, a następnie zadał ciosy numer dwa i trzy.

Kolejny raz przedmeczowe zapowiedzi okazały się zupełnie nieREALne. Hegemonowi włoskiego calcio w żaden sposób nie udało się zatrzymać Cristiano Ronaldo, który zdaje się postanowił sobie za cel śrubowanie kolejnych rekordów. W ostatnich 14. potyczkach w najbardziej prestiżowych rozgrywkach klubowych reprezentant A Seleção zmuszał bramkarzy rywali do rozpaczy aż 24 razy!


Teraz 33-letni geniusz może spokojnie podejść do Zidane’a, przybić „piątkę” i powtórzyć za klasykiem: „Nawet jeśli wszyscy już w ciebie zwątpili, pokaż, że się mylili”.



W cieniu rywalizacji na Allianz Stadium niezwykle trudna przeprawa czekała Bayern Monachium z Robertem Lewandowskim w wyjściowym składzie. Wszystko dlatego, że hiszpańskie ekipy upodobały sobie w ostatnich latach eliminowanie Bawarczyków z Ligi Mistrzów, a dokonywały tego Real, Barcelona i Atlético. Tym razem, choć aktualny lider Bundesligi musiał odrabiać straty, do Niemiec wraca z minimalną zaliczką.