DPoi7N_WsAE2nfA

Stało się coś, co musiało się wydarzyć prędzej czy później. Letnia rewolucja w Milanie, w wyniku której na San Siro przybyło aż jedenastu nowych piłkarzy mających przywrócić blask jednemu z największych klubów na świecie i odzyskać miejsce w upragnionej Lidze Mistrzów, nie objęła stanowiska szkoleniowca. Chińscy właściciele Rossonerich, inwestując w nowych graczy prawie 250 mln €, postanowili zaufać temu, który w ubiegłym sezonie wywalczył szóste miejsce, premiowane grą w Europa League, co potraktowano jako dobry start i pierwszy etap na drodze mającej przywrócić osiemnastokrotnego mistrza Italii na futbolowy szczyt. Włodarzom z Państwa Środka cierpliwości wystarczyło jednak tylko na trzy miesiące. Pogrążona w chaosie drużyna, odstająca pod każdym względem od czołowej piątki Serie A, po remisie z Torino została przekazana w ręce Gennaro Gattuso, co jest kolejnym ryzykownym krokiem, ale niosącym dla większości kibiców Il Diavolo bodaj najlepszą wiadomość w ostatnich tygodniach – Vincenzo Montella wreszcie został zwolniony!

Tegoroczne lato w Mediolanie było niezwykle gorące. Zespół siedmiokrotnego triumfatora Champions League wzmocniło aż jedenastu nowych zawodników wyglądających, przynajmniej na papierze, nader interesująco. Tak duża liczba transferów przychodzących wymusiła także liczne odejścia. Milan opuścili m.in.: Bacca, De Sciglio, Ocampos, Deulofeu, Honda, Poli, Bertolacci, Matías Fernández czy Diego López. Słowem – rewolucja.


Zadanie ogarnięcia przemeblowanego zespołu Rossonerich zostało powierzone temu, który osiągnął cel, jakim był powrót do europejskich pucharów. Cieszący się pełnym zaufaniem zarządu Montella – co chińscy właściciele, a także dyrektorzy Fassone i Mirabelli podkreślali niemal na każdym kroku – już pod koniec poprzedniego sezonu miał w rękach zabawkę, którą prawie popsuł. Rywalizacja o ostatnie premiowane awansem do Ligi Europy miejsce pomiędzy dwiema drużynami z Mediolanu a Fiorentiną przypominała bowiem istny wyścig żółwi. Inter w ostatnich dziesięciu kolejkach zgromadził ledwie osiem punktów, Viola wygrała tylko jedno z ostatnich pięciu spotkań, a Milan tyle samo zwycięstw odniósł w sześciu meczach, tracąc punkty z takimi „tuzami” calcio, jak Cagliari, Crotone czy Empoli. Ostatecznie jednak ekipie Czerwono-Czarnych udało się doczłapać do miejsca premiowanego udziałem w eliminacjach Ligi Europy.


Powrót Milanu na arenę międzynarodową był wydarzeniem tak bardzo upragnionym, że nowi właściciele z miejsca podjęli decyzję o zachowaniu za kierownicą pierwszego zespołu dotychczasowego szkoleniowca. Legenda Romy otrzymała w swoje ręce zabawkę ulepszoną w każdym calu – mocniejszy silnik, najbardziej wadliwe części wymienione na nowe, wprost z salonu, piękne, lśniące pudełko i zadanie przestawienia maszyny na nowe, mniej wyboiste tory. Jak się okazało, dopasowanie wszystkich, nawet najdroższych i najbardziej błyszczących trybów, było zadaniem przerastającym możliwości majsterkowicza urodzonego w Pomigliano d’Arco, któremu nowe, wymarzone cacko najzwyczajniej w świecie rozleciało się w rękach…


Miłe złego początki

Kalendarz nowego sezonu ułożył się dla Milanu wyśmienicie, ale nie mogło być inaczej, skoro należało przebrnąć dwie rundy eliminacyjne w rozgrywkach europejskich. W efekcie tego start kampanii 2017/18 był dla Rossonerich nad wyraz udany, co utwierdziło wszystkich w słuszności pozostawienia Montelli na stanowisku. Pierwszych sześć spotkań to sześć zwycięstw mediolańskiego zespołu i stosunek bramek 15:1. Jednak gdy przyszło do pierwszego poważnego sprawdzianu, rzymskie Lazio nie pozostawiło żadnych złudzeń, kto jest lepszy…


Po pierwszej w sezonie porażce wszystko wróciło do normy – trzy kolejne triumfy, nad Austrią Wiedeń, Udinese i SPAL, kazały wierzyć, że klęska na Stadio Olimpico z ekipą Biancocelestich była jedynie wypadkiem przy pracy. Okazało się zgoła inaczej, bowiem w kolejnych tygodniach przyszły porażki z Sampdorią, Romą, Interem, Juventusem i Napoli, a więc ze wszystkimi ekipami, które prezentują poziom zbliżony lub wyższy od Il Diavolo. Gdy dołożymy do tego zaledwie remis z Genoą, dwa podziały punktów z AEK Ateny i ostatni, bezbramkowy pojedynek na San Siro z Torino, okaże się, że obecna drużyna Milanu to typowy włoski średniak, bez szans na walkę o coś więcej niż miejsca 7-10.


Pierwsze głosy o konieczności przeprowadzenia zmian w mediolańskim klubie pojawiły się już dwa miesiące temu po porażce z Romą, jednak chińscy decydenci ACM zachowywali spokój. Nie wytrzymali dopiero po kolejnym słabym meczu, w miniony weekend, i postanowili interweniować.

„Nie wiem, czy było to nieuniknione. Doszliśmy do wniosku, że trzeba podjąć takie kroki w obliczu tego, co działo się w ostatnich tygodniach. Jesteśmy mu wdzięczni za to, co zrobił i za to, jakim był człowiekiem. Starał się z całych sił, aby wyciągnąć z drużyny jak najwięcej. Pracował z całym zespołem i w zgodzie ze wszystkimi. Coś jednak poszło nie tak – każda ze stron popełniła jakieś błędy. Drużyna jest dobra, zbudowana z ambicją nie na wygranie scudetto, ale na udział w Lidze Mistrzów. Możemy mieć lepsze wyniki niż do tej pory, jesteśmy nawet poniżej średniej 1,5 pkt na mecz. Mieliśmy nadzieję, że będzie inaczej”

Marco Fassone o zwolnieniu Montelli


Nadmierne rotacje

Głównym zarzutem w kierunku Montelli było nieustanne rotowanie składem. Zrozumiałym jest, że mając tak szeroką (za szeroką?) kadrę zmiany w wyjściowej jedenastce są nieuniknione. Były już szkoleniowiec Milanu uczynił jednak z tego prawdziwą sztukę – nie licząc niedzielnej rywalizacji z Torino, w dwudziestu dwóch meczach rozegranych od początku sezonu Rossoneri za każdym razem wychodzili na murawę w innym zestawieniu personalnym! Nawet przy kadrze liczącej prawie trzydzieści nazwisk wydaje się to nieprawdopodobne. W zaistniałej sytuacji ciężko zatem mówić o wypracowaniu mechanizmów, które zaprocentowałyby choćby w dalszej przyszłości.




Zabawa taktyką

Drugą kwestią budzącą wątpliwości jest ustawienie taktyczne mediolańskiego zespołu. 1-4-3-3, 1-3-4-3, 1-3-5-2 czy 1-3-4-2-1 – finalnie cyferki nie powinny mieć większego znaczenia, jeżeli każdy zawodnik obecny na boisku wie, co ma robić. Na San Siro sytuacja przedstawiała się zgoła inaczej. Montella rotował nie tylko personaliami, ale i ustawieniem do tego stopnia, że wielu piłkarzy grało na każdej, tylko nie na swojej nominalnej pozycji. O ile przekwalifikowanie Boriniego na prawego wahadłowego okazało się zabiegiem udanym, o tyle już sama liczba roszad budzi wątpliwości. Mimo tego 43-letni szkoleniowiec widział jeszcze światełko w tunelu…


Mając w składzie graczy kreatywnych, jak skrzydłowi Bonaventura i Suso czy rozgrywający Çalhanoğlu (notabene sprowadzony za wielkie pieniądze właśnie po to, żeby grać na pozycji nr 10 – dod. red.), aż prosi się, aby drugą linię ustawić właśnie w ten sposób, desygnując do gry na szpicy kogoś z trójki André Silva – Patrick Cutrone – Nikola Kalinić. Tymczasem wspomniana trójka pomocników grała już w tym sezonie na tak wielu pozycjach i w tak różnych schematach taktycznych, że trudno byłoby Montelli na dłuższą metę zbudować coś trwalszego.

Paradoksalnie jedynym ustawieniem, którego nie wypróbował popularny „L’Aeroplanino” – wielokrotnie zresztą pytany o to przez włoskich żurnalistów – było 1-4-2-3-1, czyli taktyka, która do obecnie skrojonej kadry Milanu wydaje się zdecydowanie najlepsza, wszak każdy zawodnik mógłby wysępować na swojej ulubionej pozycji. Menedżer Rossonerich jak mantrę powtarzał jednak, że nie może tak grać, ponieważ nie ma odpowiednich zmienników, co akurat nie jest prawdą…


Słaba forma nowych nabytków

Efekt ostatnich tygodni rządów wychowanka Empoli jest taki, że Milan przegrał już w bieżącej kampanii sześć meczów, a w lidze nie strzelił bramki na San Siro w czterech ostatnich spotkaniach. Zespół Il Diavolo wydaje się być jeszcze słabszy niż rok temu (po zainwestowaniu prawie 250 mln € !), zaś nowi, którzy ten czerwono-czarny wózek mieli ciągnąć ku Lidze Mistrzów, a więc przede wszystkim Bonucci, Biglia, Kessié i Çalhanoğlu, przeciętne zawody przeplatają zupełnie nieudanymi.




Na ratunek „Rino”

Stało się więc nieuniknione – Chińscy włodarze definitywnie stracili cierpliwość i postanowili powierzyć ratowanie tonącego w chaosie klubu dotychczasowemu trenerowi Primavery, Gennaro Gattuso, prosząc przy tym, aby nie traktować mistrza świata z 2006 roku jako wyjście awaryjne.

„Gattuso jest naszym nowym trenerem. Jeśli będziemy mówić o nim jako o kimś, kto ma tylko doholować drużynę do końca sezonu, to zniszczymy wszystko! Nie planujmy mu już na starcie pogrzebu. Daliśmy mu tę wielką szansę i zobaczymy, jak sobie poradzi”

Massimiliano Mirabelli o zatrudnieniu Gennaro Gattuso

Czy jest to dobre rozwiązanie, dowiemy się zapewne pod koniec rozgrywek, jednak na ten moment wybór Gattuso potęguje ilość pytań dotyczących przyszłości mediolańskiego klubu. Pozbawienie sektora młodzieżowego w trakcie sezonu całego sztabu szkoleniowego (analogiczna sytuacja miała miejsce w drużynie U-17, której dotychczasowy opiekun Alessandro Lupi przejął stery w Primaverze – przyp. red.) oraz zatrudnienie trenera bez doświadczenia na poziomie Serie A wydają się być bardzo ryzykownymi posunięciami, zwłaszcza biorąc pod uwagę wcześniejsze perypetie z Inzaghim, Seedorfem czy Brocchim…


Pewne wydaje się tylko jedno – „Rino” wejdzie do szatni na San Siro jak do siebie, bo tak naprawdę będzie u siebie – w swoim ukochanym domu. W domu, w którym poprzedni mieszkaniec narobił strasznego bałaganu i postawił wszystko na głowie. Ale można być pewnym, że nowy lokator z miejsca podwinie rękawy, weźmie do ręki miotłę, poprzestawia meble na swoje miejsce i zrobi wszystko, by znów w Mediolanie można było pootwierać okna, prezentując światu czerwono-czarne wnętrze bez żadnego wstydu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *