Ck2-wzJWsAA5i1e

Poniedziałek na francuskich finałach obfitował w emocje różnej skali. Hiszpanie udowodnili, że powalczą we Francji o dobry wynik, Szwedzi i Irlandczycy potwierdzili, że znaczącej roli na EURO nie odegrają, natomiast Włosi ostrzegli wszystkich, że nie wolno ich skreślać. Mistrzowie i wicemistrzowie Europy rozpoczynają EURO 2016 od zwycięstwa nad najgroźniejszym grupowym rywalem.

Czwarty dzień Mistrzostw Europy stał pod znakiem hitowych spotkań. Jako pierwsi na zielonej murawie zameldowali się obrońcy tytułu, Hiszpanie, którzy na stadionie w Tuluzie podejmowali rewelację eliminacji – Czechów. Wicemistrzowie Starego Kontynentu z 1996 roku, prowadzeni przez świetnego trenera Pavla Vrbę, przyjechali do Francji ze sporymi nadziejami. Ciekawa mieszanka młodości z doświadczeniem miała stanowić przeciwwagę dla trzykrotnych mistrzów Europy. Selekcjoner naszych południowych sąsiadów zdecydował się na doświadczony skład z kapitanem Rosicky’m na czele.



Zawodnik Arsenalu, jak wyliczyła hiszpańska „Marca” odniósł aż 53 kontuzje w karierze, ale mimo problemów zdrowotnych także w poprzednich rozgrywkach, Vrba postanowił zabrać go ze sobą do Francji.



Jeżeli już mowa o doświadczonych zawodnikach, to spotkanie na Stadium de Toulouse było szczególnym dla Davida Silvy. Ofensywny pomocnik Manchesteru City po raz setny wybiegł na boisko w czerwonej koszulce La Rojy.


Mecz zapowiadał się bardzo ciekawie, a Czesi chcieli przełamać impas w starciach z reprezentacją Hiszpanii (w czterech poprzednich spotkaniach ani razu nie pokonali Hiszpanów, strzelając im tylko jedną bramkę, w 2011 roku – przyp.red). Spotkanie w Tuluzie miało także polski wątek. Na Mistrzostwach Europy debiutował polski arbiter eksportowy – Szymon Marciniak.




W pierwszej połowie nasi południowi sąsiedzi odważnie zaatakowali obrońców tytułu i kilkukrotnie zagrozili bramce Davida De Gei. Ciekawie zbilansowana drużyna Pavla Vrby z pewnością może powalczyć o awans w niezwykle wyrównanej grupie D. Klarownych sytuacji nie było, ale Hiszpanie niejednokrotnie zapędzali się pod czeską bramkę. Alvaro Morata nie oddał jednak strzału, który zmusiłby do interwencji Petra Čecha. 34-letni bramkarz Arsenalu zdecydowanie więcej pracy miał w drugiej połowie.


Hiszpanie zaczęli grać tak, jak za swoich najlepszych lat. Podopieczni Vicente del Bosque tłamsili drużynę ze środkowej Europy, a wiele koronkowo rozgrywanych akcji mogło przynieść piękne gole. Do szesnastki wszystko wyglądało idealnie, ale kadrze La Furia Roja brakowało stempla, ostatniego podania, które przypieczętowałoby długie rozgrywanie futbolówki. Różnica pomiędzy obiema reprezentacjami w drugiej połowie była aż nadto widoczna. Szósta drużyna w rankingu FIFA (Hiszpania – przyp.red) imponowała. Grała szybko, przyjemnie dla oka, a poszczególni zawodnicy (patrz: Nolito) wręcz ośmieszali swoich rywali. Dziw bierze, że przez całą drugą połowę piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego bili głową w mur. Czesi, jakby ukontentowani wynikiem jaki utrzymywali, nie odkrywali się zbytnio, wobec czego De Gea był praktycznie bezrobotny. Del Bosque próbował zmienić obraz gry wprowadzając między innymi doświadczonego, 35-letniego Aduriza. Napastnik baskijskiego Athleticu Bilbao to najstarszy piłkarz z Hiszpanii, który kiedykolwiek wystąpił na EURO.


Czesi bezbramkowy wynik utrzymali do 87. minuty, kiedy trudy Hiszpanów w końcu przyniosły efekt. Magiczne dogranie w wykonaniu Iniesty, przytomność umysłu i refleks Gerarda Piqué dały piłkarzom z Półwyspu Iberyjskiego upragnione prowadzenie, które utrzymali już do końca spotkania.


Jedynym dużym zmartwieniem był żałosny występ Cesca Fàbregasa, którego statystyki z meczu z Czechami lepiej przemilczeć…



Strzelenie gola Czechom nie powinno być jednak dla zespołu obrońców tytułu powodem do dumy, gdyż w eliminacjach do Mistrzostw Europy drużyna Vrby straciła aż 14 bramek. Do czeskiej siatki drogę znajdowały takie „tuzy” europejskiej piłki jak Kazachstan czy Łotwa. Czego zabrakło naszym południowym sąsiadom do osiągnięcia dobrego rezultatu? Poniekąd szczęścia i precyzji, bo w samej końcówce mocny strzał w środek bramki w wykonaniu Daridy wybronił David De Gea. Zabrakło także więcej odwagi i wiary w sukces. Po niezłej pierwszej połowie ośmiokrotni uczestnicy ME zdecydowanie obniżyli loty. Niefrasobliwość – to także kolejne słowo, które określa poczynania czeskiej defensywy. Nie da się ukryć, że Rosický i spółka po prostu czekali, aż Hiszpanie strzelą im wreszcie bramkę.


Nasi południowi sąsiedzi w drugich czterdziestu pięciu minutach cofnęli się przed swoje pole karne, a Mistrzowie Europy prezentowali wyrachowany, doświadczony futbol, w myśl zasady: „na pewno coś wpadnie, więc musimy cierpliwie rozgrywać piłkę”. W spotkaniu w Tuluzie „wyszła” przede wszystkim ogromna klasa piłkarska Hiszpanów. Piłkarze del Bosque bez problemu poradzili sobie z, dla niektórych wciąż dość enigmatycznymi, Czechami. Gra La Rojy raczej nie ulegnie zmianie i przeciwko Chorwatom oraz Turkom należy się spodziewać dokładnie takiej samej strategii. Po spotkaniu na Stadium de Toulouse można jednak stwierdzić, że Hiszpania wcale nie jest starym, wyliniałym tygrysem, a na EURO 2016 ma szansę zajść bardzo daleko. Nie można wykluczyć, że to właśnie drużyna Vicente del Bosque trzeci raz z rzędu sięgnie po puchar Henriego Delaunaya.


 Hiszpania 1:0 Czechy 

Po ostatnim gwizdku Szymona Marciniaka uwaga wszystkich przeniosła się na największy obiekt mistrzostw. Na Stade de France nasi rywale z eliminacji, Irlandczycy, podejmowali Szwedów ze Zlatanem Ibrahimoviciem na czele. Spotkanie, które dla niemal każdego było przystawką przed daniem głównym dnia w Lyonie, dla obu zespołów miało być teoretycznie kluczem w walce o trzecie miejsce w grupie.


Wyspiarze wyszli na murawę w Saint-Denis w sprawdzonym składzie. Martin O’Neill postawił na jedenastkę, która tworzyła monolit w eliminacjach i w zasadzie za wyjątkiem Aidena McGeady’ego mogliśmy zobaczyć wszystkich najważniejszych graczy eliminacji. Pierwsza połowa, jak słusznie w studiu przedmeczowym przewidział Andrzej Iwan, była bardzo „toporna”, jednak… tylko ze strony Skandynawów. Irlandczycy kilka razy poważnie zagrozili bramce Andreasa Isakssona, a najgroźniejszą sytuację zmarnował Jeff Hendrick, który obił poprzeczkę szwedzkiej bramki. W zespole Erika Hamrena w pierwszej połowie zdecydowanie szwankowała gra środka pola, a Lewicki i Källström rozgrywali beznadziejne wręcz zawody.


Co innego gracze O’Neilla. Wes Hoolahan robił co chciał ze szwedzkimi piłkarzami, czego najlepszym podsumowaniem była bramka strzelona tuż na początku drugiej części gry.


Klasa Irlandczyków w spotkaniu na Stade de France musi zostać doceniona, bo Szwedzi niejednokrotnie byli zamykani we własnym polu karnym. Ofensywny styl The Green Army mógł przynieść efekt w postaci drugiego gola, ale błyszczący przed przerwą Hendrick nie poprawił rozregulowanego celownika. Jonathan Walters, a więc strzelec gola z eliminacyjnego meczu w Warszawie, skutecznie odcinany był od podań, a Shane’m Longiem zaopiekowali się szwedzcy stoperzy. Jeśli chodzi o grę ofensywną, to brązowi medaliści EURO ’92 nie mieli zbyt wiele do powiedzenia. Nieoczekiwanie wystarczyła jedna akcja, aby rezultat na tablicy świetlnej ponownie wskazywał remis. Akcja kapitana, Zlatana Ibrahimovicia, po lewej stronie boiska, zmusiła do interwencji Ciarana Clarka. Stoper Aston Villi pod presją Guidettiego wpakował piłkę do własnej siatki. Randolph nie miał czasu na interwencję i kibice mieli okazję zobaczyć pierwszego samobója we francuskich finałach.


Irlandczycy po straconej bramce tylko przez chwilę byli oszołomieni. Nie stracili jednak inicjatywy, choć nie potrafili już zagrozić bramce golkipera Kasımpaşy Stambuł. Na boisku pojawił się jeszcze doświadczony weteran Robbie Keane, który powtórzył wcześniejsze osiągnięcie Aduriza…


Szwedom przez całe spotkanie brakowało argumentów w ofensywie, a samobójcze trafienie Clarka nie zmieniło tej tendencji. Widać było, że słowa wypowiedziane przez Hamrena przed turniejem we Francji („Jesteśmy najsłabszą drużyną w naszej grupie”) nie były wcale zasłoną dymną. Mecz na Saint-Denis nie był może typowym „meczem walki”, głównie za sprawą Irlandczyków, którzy przynajmniej próbowali grać w piłkę, ale na pewno nie wystawilibyśmy go w galerii sztuki, jako obrazu idealnego piękna. Wyspiarze mieli o wiele więcej determinacji, aniżeli Szwedzi, którzy wierzyli chyba wyłącznie w magię Zlatana Ibrahimovicia. 35-letni, były już napastnik PSG sam niewiele mógł zdziałać w starciach z rosłymi defensorami Irlandii. Marcus Berg nawet nie udawał, że próbuje pomóc „Ibrze”…

Skandynawowie rozczarowali, bo choć nigdy nie byli uważani za tuzów techniki, to w spotkaniu z drużyną O’Neila zagrali bardzo przeciętnie. Futbol proponowany przez piłkarzy z północy Europy był schematyczny, nastawiony na zagranie piłki do Ibrahimovicia, który w zamierzeniu pozostałej dziesiątki gracz miał „coś z nią zrobić”.


Zawodzili zawodnicy, o których sporo mówiło się przed mistrzostwami, jak Emil Forsberg z RB Lipsk czy Oscar Lewicki z Malmö FF.


Żeby nie być zbyt krytycznym wobec gry Szwedów, należy dodać, że Erik Hamren może być zbudowany dyspozycją Viktora Lindelöfa. Stoper Benfiki Lizbona, wraz z Andreasem Granqvistem, spisywał się bardzo przyzwoicie i akurat do tej dwójki można mieć najmniejsze pretensje. Skutecznie wyłączyli dobrego napastnika, jakim bez wątpienia jest Shane Long, a to już spory sukces.

Irlandczycy powinni więc żałować, że nie udało się pokonać tak słabo grających Szwedów.


Nie ma wątpliwości, że obie reprezentacje potrzebować będą cudu, aby ugrać oczko w meczach z Belgami i Włochami. Nawet jeśli któraś z nich awansuje do fazy pucharowej z trzeciego miejsca, to szans na osiągnięcie ćwierćfinału raczej miała nie będzie.




IrelandFlagImage Irlandia 1:1 Szwecja 

Dwaj giganci, choć jeden uśpiony, swoje spotkanie rozpoczęli o 21:00 na przepięknym obiekcie w Lyonie.


W zasadzie określenie „giganci” pasuje jedynie do Belgów, bo Włosi z roku na rok, i z meczu na mecz, wyglądali coraz bardziej dramatycznie, szczególnie personalnie. Aktualni wicemistrzowie Europy nie mają najlepszej kadry w historii, w przeciwieństwie do Belgów, o których mówi się jako o kandydatach do wygrania całej imprezy.


Składy na spotkanie na Stade de Lyon także wskazywały, kto był faworytem tej potyczki…



Jak na złość wszystkim przewidywaniom i typom ekspertów, pierwsza połowa należała do Włochów. W zasadzie dwa strzały z dystansu Radji Nainggolana były jedynym zagrożeniem bramki Buffona. W zespole Squadra Azzurra widać było olbrzymie doświadczenie, kulturę gry i to, że „stare wygi” są w stanie pokonać „młode wilczki’. Nie odmawiając Belgom olbrzymich umiejętności i talentu, po pierwszych czterdziestu minutach wyglądali na tle wicemistrzów Starego Kontynentu bardzo mizernie. Zawodzili niemalże wszyscy, a beznadziejną grą irytował zwłaszcza Marouane Fellaini. Paradoksalnie do 33. minuty na boisku był tylko jeden gorszy piłkarz – Emanuele Giaccherini. Pomocnik Bolognii otrzymał fenomenalne podanie z własnej połowy od „profesora” Leonardo Bonucciego i pokonał bezradnego Courtoisa.




Chwilę później do siatki bramkarza Chelsea omal nie trafił dobry znajomy z angielskiej Premier League – Graziano Pellè. Uderzenie snajpera Southampton minimalnie minęło prawy słupek belgijskiej bramki. Czerwone Diabły przegrywały, dość nieoczekiwanie, walkę o środek pola. Witsel i wspomniany Fellaini nie radzili sobie z zadziornym, doświadczonym De Rossim, którego wspierał Marco Parolo.


Słabo wśród Belgów spisywał się Nainggolan. Gra trójką stoperów dodatkowo zagęszczała środek pola, gdzie podopieczni Marca Wilmotsa nie mieli niemalże nic do powiedzenia. Poza grą byli Eden Hazard i Romelu Lukaku. Szczególnie gra napastnika Evertonu, którego bez skrupułów nakrywali czapką obrońcy Juventusu, Bonucci, Barzagli i Chiellini, mogła rozczarowywać.


Starał się Kevin De Bruyne, ale to grający na tej samej pozycji w zespole włoskim Candreva szalał po flance Jana Verthongena.




Co może dziwić, słabo spisywał się jeden z najlepszych stoperów Premier League ubiegłego sezonu – Toby Alderweireld. Kapitalnie z zawodnikiem Kogutów radził sobie wspominany już Graziano Pelle.


W zasadzie bardzo trudno znaleźć pozytyw w grze Belgów w pierwszych czterdziestu pięciu minutach.


Pierwsza połowa nie zawiodła jednak oczekiwań kibiców.


Pomimo że nazwiska Włochów nie robią już tak dużego wrażenia jak w przeszłości, to widać było w ich grze nutę cwaniactwa i wyrachowania. Tego brakowało Belgom, którzy mają w składzie świetnych piłkarzy, ale przeżywających dopiero drugi wielki turniej.


Antonio Conte dobrze poustawiał zespół. Taktycznie Włosi jak zwykle prezentowali się fantastycznie – nie popełnili ani jednego błędu w pierwszej połowie. Belgowie wyglądali na zespół zaszokowany skalą trudności meczu w Lyonie. Doświadczeni piłkarze Juventusu, czy stołecznych – Romy i Lazio – radzili sobie doskonale z gwiazdami ligi angielskiej, czy wiodącym zawodnikiem rosyjskiej Premier Ligi (Witselem z Zenita Sankt Petersburg – przyp.red).


Po przerwie przebieg gry nieco się zmienił, a Lukaku doszedł wreszcie do sytuacji. Nie zachował się jednak jak należy i w sytuacji sam na sam z Buffonem przelobował nie tylko bramkarza Juventusu, ale także bramkę.



Marc Wilmots, widząc jak jego drużyna nie radzi sobie w przednich formacjach, zdecydował się ściągnąć z boiska defensywnego pomocnika Nainggolana, puszczając w bój znającego specyfikę ligi włoskiej, grającego na co dzień w Napoli, Driesa Mertensa. Jego pojawienie się na murawie niewiele wniosło do gry ofensywnej Belgów, wobec czego selekcjoner Czerwonych Diabłów postanowił jeszcze wykorzystać dwóch innych ofensywnie usposobionych graczy – Divocka Origiego i Yannicka Carrasco. Antonio Conte także nie pozostał dłużny i odpowiedział wprowadzeniem silnego napastnika Torino, Ciro Immobile, a także walecznego pomocnika PSG, Thiago Mottę. Druga połowa w wykonaniu Belgów była dużo lepsza, a poszczególni piłkarze (patrz: Witsel) zdecydowanie poprawili jakość swojej gry. Nie był to jednak poziom, do jakiego nas przyzwyczaili piłkarze z Beneluksu.

Roszady Wilmotsa znacznie ożywiły grę, szczególnie pojawienie się na murawie napastnika Liverpoolu, natomiast to Włosi zainkasowali trzy punkty. W doliczonym czasie gry fantastycznym wolejem do siatki Courtois trafił Graziano Pelle.


Belgowie wyglądali dzisiaj, jakby najedli się swoich wykwintnych pralin i szczególnie w pierwszej połowie grali bardzo ociężale. Przed kolejnymi spotkaniami muszą udać się po lekcje taktyki do Antonio Contego. Czerwonym Diabłom ewidentnie przyda się także solidna porcja espresso, choć i bez tego uda im się zapewne pokonać Irlandczyków i Szwedów. Dla jednych i drugich schody zaczną się dopiero w fazie pucharowej, ale Włosi udowodnili, że nadal każdy musi się z nimi liczyć. To typowo turniejowa drużyna.


 Belgia 0:2 Włochy