Zapo 4 kolejki BL 2017-18 - foto główne

W niemieckim światku piłkarskim ostatnio dzieje się nadspodziewanie wiele. Najspokojniejsza i najbardziej ułożona z futbolowych nacji od początku sezonu dostarcza sympatykom Bundesligi niespotykanych dotąd wrażeń. Transferowe rekordy, bunty piłkarzy, wywiady wywołujące trzęsienia ziemi, ale także emocje sportowe we wszystkich rejonach tabeli. Do tego należy dorzucić wybryki kibiców – najpierw głoszących na trybunach nazistowskie hasła, a potem rozbijających się po Londynie. Czy to chwilowe szaleństwo, a może nieodwracalna tendencja? Więcej będzie wiadomo, gdy rozgrywki ligi mistrzów świata rozkręcą się na dobre. Tymczasem czas na czwartą serię spotkań i tradycyjnie cztery kluczowe pytania przed jej inauguracją.

Kto okaże się lepszy w pojedynku pucharowiczów?

Aż sześć niemieckich drużyn w miniony weekend reprezentowało Bundesligę na arenie międzynarodowej. Dwie z nich mierzyły się z rywalami z Półwyspu Iberyjskiego – TSG 1899 Hoffenheim i Hertha BSC. Pierwszy, historyczny mecz w Lidze Europy Wieśniakom przyszło rozegrać przed własną publicznością z SC Bragą. Gospodarze byli murowanym faworytem czwartkowego starcia, ale niespodziewanie ulegli Portugalczykom 1:2. Berlińczycy z kolei, także u siebie, podejmowali Athletic Bilbao i wywalczyli bezbramkowy remis. O ile wynik stołecznego zespołu został przyjęty nad Odrą z pewną rezerwą, o tyle porażka ekipy Juliana Nagelsmanna odbiła się negatywnym echem. Pucharowy mecz na Rhein-Neckar-Arena ochrzczono w Niemczech mianem „BRAGAstrophe”, nie pozostawiono też suchej nitki na piłkarzach achtzehn99, którzy przecież parę dni wcześniej byli w stanie ograć faworyzowany Bayern Monachium!


Dla obu tych ekip gra co trzy dni i przeplatanie meczów w Europa League ze spotkaniami ligowymi jest zupełnie nowym doświadczeniem. Hoffe nigdy wcześniej nie grało bowiem na arenie międzynarodowej, a Hertha ostatni raz reprezentowała swój kraj osiem lat temu. Bezpośredni pojedynek tych drużyn w najbliższej kolejce powinien pokazać, która z nich jest lepiej przygotowana na wyzwania, jakie niesie ze sobą rozkręcająca się kampania. Faworytem znów będzie Hoffenheim, które imponowało w zeszłym sezonie skutecznością na swoim stadionie. Poza tym Stara Dama zawsze miała problemy z grą na wyjazdach.


Nie będzie to jednak z pewnością jednostronna rywalizacja. Po roku bez porażki na własnych śmieciach (od początku sezonu 2016/17 – przyp. red.), w bieżącej kampanii zespół Nagelsmanna już dwukrotnie schodził pokonany z murawy 30-tysięcznego obiektu przy Dietmar-Hopp-Straße. Gospodarze niedzielnego starcia wciąż nie potrafią ustabilizować formy, a w dodatku nadal kontuzjowany jest Serge Gnabry – jedna z największych gwiazd drużyny z Badenii-Wirtembergii.


Czy kibice Kolonii przypuszczą szturm również na Dortmund?

Na Signal Iduna Park dojdzie do drugiego spotkania tegorocznych uczestników europejskich pucharów. Podczas gdy opisywane wyżej drużyny mierzyły się z oponentami z południa kontynentu, Borussię i Kolonię los skojarzył z drużynami z Wysp Brytyjskich. W minionym tygodniu Die Schwarzgelben ulegli na wyjeździe Totttenhamowi, a 1. FC Köln mierzyło się z Arsenalem, również w delegacji. Ów wyjazd Kozłów do północnego Londynu okazał się jednak bardziej problematyczny niż ktokolwiek się spodziewał. Kolońscy fani tak bardzo stęsknili się bowiem za widokiem swoich pupili grających o międzynarodowe trofea, że wybrali się do stolicy Anglii grupą 20 tysięcy osób! Ze względu na zamieszanie wokół stadionu i próbę jak najlepszego zabezpieczenia meczu, przełożono jego rozpoczęcie aż o godzinę.


Horda przyjezdnych kibiców chciała za wszelką cenę dostać się na Emirates Stadium, mimo że dla gości przeznaczono pulę zaledwie 2900 biletów. Ostatecznie spotkanie odbyło się, ale i tak ogromna część niemieckich „intruzów” pojawiła się na obiekcie Arsenalu. Kiedy już wydawało się, że skończy się wyłącznie na lekkim strachu, po meczu fani zza naszej zachodniej granicy udowodnili jednak, że obawiano się ich nie bez powodu. Grupa około 50 awanturników doprowadziła bowiem do przepychanek i bójki ze stewardami. Niemieckie media nie przebierały w słowach – sprawców nazwano „idiotami” i trudno się z tym określeniem nie zgodzić. Bo o ile najbardziej zagorzali sympatycy Die Geißböcke stworzyli fantastyczną atmosferę na trybunach, to niewiele brakowało, aby historia z przerażającym tłumem napierającym na bramy stadionu nie zakończyła się całkowitym happy-endem




Czy desperackie ruchy Markusa Gisdola przyniosą efekty?

Doprawdy trudno inaczej nazwać zakontraktowanie Sejada Salihovica… znikąd. Włodarze HSV tak optymistycznie skonstruowali kadrę na ten sezon, że już po trzech kolejkach kontuzje uszczupliły seniorską kadrę Die Rothosen do 15 piłkarzy z pola! Fakt faktem, że hamburczyków prześladuje na starcie nowej kampanii niebywały pech. Zaczęło się obiecująco, wszak od dwóch ligowych zwycięstw, co było najlepszym startem klubu z Volksparkstadion od bardzo wielu lat. Nadciągająca klątwa dała jednak o sobie znać już w inauguracyjnym starciu z Augsburgiem, kiedy to w kuriozalnych okolicznościach więzadła w kolanie zerwał bezsprzecznie najlepszy piłkarz HSV w ostatnim czasie – Nicolai Müller. Były napastnik Mainz tego poważnego urazu nabawił się podczas… ekwilibrystycznej radości ze strzelonego gola, o czym pisaliśmy swego czasu w oddzielnym artykule.

Do Müllera szybko dołączyli kolejni: Aaron Hunt, Bjarne Thoelke, Walace, Mats Köhlert i Rick van Drongelen. W trzeciej kolejce przyszła pora na pojedynek z wicemistrzem z Lipska, a na domiar złego poprzednie zwycięstwo nad Kolonią zawieszeniem okupił podstawowy stoper Mërgim Mavraj. Czerwone Byki pewnie zwyciężyły 2:0 i jeszcze bardziej przygnębiły sympatyków Dinozaurów.


W obliczu wymagającego terminarza i problemów z kadrą, która skurczyła się jeszcze mocniej po urazie Bobby’ego Wooda, trener Gisdol skontaktował się więc z Sejadem Salihovicem. 32-letni bośniacki pomocnik doskonale prezentował się kilka lat temu pod batutą tego szkoleniowca w Hoffenheim. Ostatnio jednak przez niespełna 5 miesięcy grał w Szwajcarii (FC Sankt Gallen), wcześniej spędził ponad półtora roku w Chinach (Beijing Renhe), a od lipca pozostawał bezrobotny. Czy to zatem właściwa recepta na kłopoty zespołu z północy Niemiec? O tym przekonamy się już w piątkowy wieczór, kiedy w derbowej rywalizacji Hamburger SV stanie naprzeciwko niepokonanej jak dotąd drużyny Hannoveru 96.




Czy „FC Hollywood” wypuści kolejną hitową produkcję?

„FC Hollywood” – tak za czasów Louisa van Gaala (i wcześniej ironicznie) nazywano Bayern Monachium. Wówczas to faktycznie w stolicy Bawarii zebrała się grupa zawodników zdecydowanie nazbyt aktywnych poza boiskiem. Od dłuższego czasu na Allianz Arena było już jednak bardzo spokojnie. Nie tylko pozbyto się łatki „Hollywood”, ale wręcz wykreowano wizerunek klubu doskonale radzącego sobie z utrzymaniem dyscypliny oraz równowagi w drużynie, i to na wielu płaszczyznach.

Ostatnie wydarzenia w Bayernie ponownie sprowokowały spektakularny powrót niechlubnego pseudonimu. Największe gwiazdy Die Roten przekrzykują się w mediach z władzami, sztabem szkoleniowym i… sobą nawzajem. Nie brakuje piłkarzy niezadowolonych z decyzji trenera, jak choćby Franck Ribéry (rzucił wściekły koszulką po zejściu z boiska w spotkaniu Ligi Mistrzów z Anderlechtem – przyp. red.) czy Thomas Müller (ironicznie wypowiadał się o sadzaniu go na ławce), o wywiadzie Roberta Lewandowskiego dla dziennika „Der Spiegel” nawet nie wspominając…

W tym wszystkim kompletnie nie odnajduje się osoba, która jako powinna pierwsza gasić takie pożary, a więc nowy dyrektor sportowy FCB – Hasan Salihamidžić. Jego marionetkowa rola w monachijskim klubie jest coraz bardziej widoczna. Dopóki całe zamieszanie nie wpływa negatywnie na wyniki mistrza Niemiec, wszyscy z rezerwą obserwują odgrywany teatrzyk. Aby jednak nie wywołać prawdziwej burzy, Bayern nie może już w najbliższym czasie tracić punktów w lidze. A już na pewno nie z takim rywalem jak FSV Mainz 05…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *