Arsenal-players-vs-Liverpool-Aug2017

„Na miejscu Wengera wszystkich ich wystawiłbym na listę transferową!” – te słowa Gary’ego Neville’a oddają rzeczywisty stan ducha i posiadania na Emirates Stadium. Kanonierzy już niemal tradycyjnie zaliczyli falstart sezonu, a popularny hasztag #WengerOut znów króluje w mediach społecznościowych. Wielu fanów Arsenalu nie bez powodu zastanawia się, czy odgrzewanie tego samego kotleta przez blisko dwie dekady ma jeszcze sens…

Tegoroczne lato w północnym Londynie to istny koszmar. Przewijający się niczym mantra temat odejścia z klubu Alexisa Sáncheza z pewnością nie pomagał The Gunners w przygotowaniach do nowych rozgrywek, ale tak koszmarnego startu ligi nikt na Emirates Stadium nie zakładał. Szczęśliwa wygrana z Leicester City na inaugurację sezonu nieco zakłamała obecny stan rzeczy. Porażka ze Stoke, a przede wszystkim kompromitujący występ na Anfield Road każą zastanowić się nad rzeczywistymi szansami Arsenalu w walce… no właśnie, o co?

Od kiedy Arséne Wenger objął stery w Arsenalu (1996 – przyp. red.), Kanonierzy zawsze kwalifikowali się do Ligi Mistrzów. Przez ostatnie lata jego oponenci twierdzili, że leciwy Francuz nie ma pomysłu na stołeczną drużynę i poza Pucharem Anglii nie zdobywa znaczących trofeów. Alzacki menedżer zawsze jednak mógł na obronę stwierdzić, że utrzymuje zespół w czołówce. Arsenal, mimo że dłuższego czasu nie odgrywa w Premier League kluczowej roli, zawsze znajdował się w ścisłej elicie. Teraz, wobec piątego miejsca na koniec ubiegłego sezonu, londyńczykom pozostaje rywalizacja w mało prestiżowej na Wyspach Lidze Europy…

Już inauguracja tegorocznej kampanii pokazała, że Arsenalowi będzie bardzo trudno wrócić do TOP4. Szaleńcza, ale w ostatecznym rozrachunku skuteczna pogoń za wynikiem w starciu z Leicester nie przykryła jednak największych mankamentów w grze The Gunners. I o ile w meczu z zespołem Craiga Shakespeare’a nie przeszkodziły one jeszcze w odniesieniu zwycięstwa, o tyle w pojedynkach ze Stoke i Liverpoolem okazały się być brzemienne w skutkach.


Co tym razem nie funkcjonuje w drużynie Wengera? Przede wszystkim wygląda na to, że okres przygotowawczy został przez 67-letniego szkoleniowca zupełnie zaprzepaszczony. Wygrana w Community Shield z Chelsea zamazała nieco czarny scenariusz wieszczony przez wielu brytyjskich ekspertów, ale teraz nie ma co do tego wątpliwości – wielu zawodników Arsenalu wygląda na kompletnie nieprzygotowanych do aktualnych wymogów Premier League. Błędy indywidualne, jakie przytrafiały się piłkarzom Kanonierów szczególnie w meczu na Anfield, wprawiały kibiców w osłupienie. Taktyka Wengera na grę w bardzo popularnym obecnie ustawieniu 1-3-5-2 zawodzi na całej linii. W tej strategii atutami zespołu są przede wszystkim szybcy i dynamiczni wahadłowi, a ci, których aktualnie ma do dyspozycji Francuz, znajdują się w żenującej dyspozycji.


Nie funkcjonuje także tercet stoperów, ale to zaskakuje najmniej, bowiem w każdym meczu blok obronny Arsenalu tworzy trzech innych zawodników:

  • LIVERPOOL (A) 0:4 (Rob Holding, Nacho Monreal, Laurent Koscielny)
  • STOKE (A) 0:1 (Shkodran Mustafi, Sead Kolašinac, Nacho Monreal)
  • LEICESTER (H) 4:3 (Nacho Monreal, Rob Holding, Sead Kolašinac)
  • CHELSEA (N) 2:1 po rzutach karnych (Nacho Monreal, Rob Holding, Per Mertesacker)


Tylko wyróżniony wyżej Monreal wystąpił w każdym z czterech meczów nowej kampanii i to właśnie on jest najrówniej grającym defensorem Kanonierów. Dodatkowo powracający do dyspozycji fizycznej Shkodran Mustafi (w poprzednim sezonie podstawowy stoper Arsenalu – przyp. red.) prawdopodobnie na dniach odejdzie do Interu Mediolan.


Rob Holding z kolei udowodnił, że choć nadal cieszy się opinią młodego-zdolnego środkowego obrońcy, to do poziomu Premier League jeszcze sporo mu brakuje.

Tym, co fanów The Gunners może jednak irytować najbardziej, jest forma, a raczej jej brak u kluczowych zawodników. Brak Alexisa Sáncheza w pierwszych trzech spotkaniach mógł być teoretycznym usprawiedliwieniem kulejącego ataku zespołu z północnego Londynu, ale Chilijczyk przez nieco ponad 60 minut gry z Liverpoolem także nie pokazał niczego nadzwyczajnego. Być może był to zresztą jego ostatni występ w koszulce z armatką na piersi.



Dopiero wówczas klub z Emirates Stadium znalazłby się w nie lada opałach, zwłaszcza że pod formą od wielu tygodni jest Mesut Özil. Każdy, kto zna reprezentanta Niemiec wie, że jest zawodnikiem bardzo chimerycznym – potrafiącym być niewidocznym przez całe spotkanie, ale zdolnym zagrać jedną, decydującą, prostopadłą piłkę. Były rozgrywający Realu Madryt czy Werderu Brema w obecnych rozgrywkach gra wprost katastrofalnie. Wobec niemożności kreowania sytuacji przez Özila, za próbę dyrygowania środkową linią Kanonierów wziął się… defensywny pomocnik Granit Xhaka. I o ile w meczu z Leicester Szwajcar dał radę poprowadzić drużynę do wygranej, o tyle w dwóch kolejnych pojedynkach ligowych zupełnie zniknął z pola widzenia.

Poza radarami obserwatorów znajduje się także Aaron Ramsey. Walijczyk dla wielu pozostaje wciąż piłkarzem-zagadką. Bramka i dobra zmiana, jaką dał w inauguracyjnym meczu, kompletnie nie przełożyły się na kolejne spotkania. We wspominanej już wielokrotnie konfrontacji z Liverpoolem menedżer gości dał upust swojej złości zmieniając wychowanka Cardiff City już po 45. minutach. Płynnie przechodząc do linii ataku należy dodać, że Alexandre Lacazette – najdroższy transfer w historii Arsenalu – poza golem zdobytym przeciwko Leicester, także nie potrafi pomóc drużynie. Na Anfield francuski atakujący zmienił Alexa Oxlade-Chamberlaina, który notabene właśnie stał się piłkarzem jednego z głównych ligowych rywali The Gunners.


Odpowiedzi na pytanie, co zrobić, aby londyńczycy znów zaczęli prezentować poziom zbliżony choćby do drużyny sprzed dziesięciu lat, której filarami byli Kolo Touré, Gilberto Silva, Cesc Fàbregas czy Robin van Persie, Wenger chyba już nie potrafi udzielić. Francuz zapytany na pomeczowej konferencji prasowej o to, co nie zafunkcjonowało w niedzielne popołudnie w mieście Beatlesów, bez ogródek odparował:

„Wszystko! Od pierwszej do ostatniej minuty nie byliśmy nawet w stanie równać się z Liverpoolem. Byliśmy nieprzygotowani technicznie, mentalnie oraz piłkarsko i przez to zostaliśmy ukarani. To jest fakt! Oczywiście graliśmy na wyjeździe, ale przegraliśmy, bo byliśmy drużyną słabszą”

Arsène Wenger

Trudno nie zgodzić się ze słowami doświadczonego szkoleniowca rodem ze Strasbourga. Pytanie tylko, czy za deklaracjami o wyciąganiu wniosków pójdą także czyny. W to wątpi m.in legenda Arsenalu i rodak Wengera, Thierry Henry:

„Nie jestem zaskoczony wynikiem na Anfield. Nie jestem zaskoczony wynikiem na Britannia Stadium. Spodziewałem się tego, bo w klubie panuje stagnacja. Chciałe opuścić stadion, kiedy Sturridge zdobył gola na 4:0…”

Opinię byłego znakomitego snajpera Les Bleus podzielają także dziennikarze tabloidu „Daily Mail”. Angielscy publicyści są zdziwieni, że na Emirates Stadium wciąż można zobaczyć piłkarzy pokroju Mathieu Debuchy’ego, Kierana Gibbsa, Lucasa Péreza, Jacka Wilshere’a czy Francisa Coquelina, skoro żaden z nich od pewnego czasu nie odgrywa w drużynie Wengera większej roli.

Przerwa reprezentacyjna może być zatem ostatnim dzwonkiem, by w Arsenalu obudzili się ze stagnacji, o której mówił Henry. Od dłuższego czasu spekuluje się, że do północnego Londynu może zawitać skrzydłowy Riyad Mahrez, ale czy to wystarczy? Kadrowo Kanonierzy nie wyglądają wprawdzie źle – sęk w tym, aby Wenger potrafił przywrócić zespół na zwycięską ścieżkę. Jeżeli we wrześniu wyniki Arsenalu nie ulegną szybkiej poprawie, widmo „WengerOut” na poważnie zagości na Emirates Stadium. Wówczas sezon 2017/18 będzie można już spisać na straty, a kolejna romantyczna epoka w futbolu dobiegnie końca…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *