14380198_1386747564687047_1225776681437528638_o

W ostatnim czasie można zaobserwować nowy trend wśród klubów Ekstraklasy. Coraz więcej polskich zespołów prowadzonych jest przez rodzimych szkoleniowców, a drużyny, których trenerzy pochodzą z zagranicy, nie zajmują wysokich miejsc w tabeli. Do niedawna mieliśmy jednak do czynienia z zupełnie odmiennym podejściem. Co spowodowało zatem zmianę tej tendencji?

Większość klubów znajdujących się obecnie w najwyższej klasie rozgrywkowej miała w ostatnich latach, przynajmniej przez pewien okres, trenera zagranicznego. Przynosiło to jednak bardzo różny skutek. Jedni, jak Henning Berg i Stanisław Czerczesow z Legią Warszawa czy wcześniej Robert Maaskant z Wisłą Kraków, potrafili odnieść sukces i sięgnąć po tytuł mistrza Polski. Kariera innych, jak choćby tegoroczny epizod Besnika Hasiego w stolicy, nie była, eufemistycznie rzecz ujmując, zbyt udana. Działacze większości polskich zespołów doszli więc do wniosku, że jednak lepiej postawić na Polaka.


Aktualnie w Ekstraklasie zatrudnionych jest dwóch szkoleniowców zagranicznych – Nenad Bjelica w Lechu Poznań oraz Radoslav Látal w Piaście Gliwice. Obaj swoje funkcje sprawują od niedawna, bowiem pracę rozpoczęli już w trakcie obecnych rozgrywek. Dla Czecha jest to drugie podejście w roli opiekuna Piastunek, które opuścił… tuż przed rozegraniem inauguracyjnej kolejki obecnego sezonu. W kampanii 2015/16 Látal doprowadził Gliwiczan do zupełnie nieoczekiwanego wicemistrzostwa Polski, ale słaby występ w europejskich pucharach, który zakończył się już na pierwszym przeciwniku, doprowadził do jego rezygnacji. Zastąpił go dotychczasowy asystent Jiří Neček, pod wodzą którego zespół spisywał się znacznie poniżej możliwości.


W ostatnim czasie konsekwentna w doborze trenerów-obcokrajowców była Legia Warszawa. Po zwolnieniu Jana Urbana, posadę szkoleniowca Wojskowych piastowało trzech kolejnych stranierich: Henning Berg, Stanisław Czerczesow i Besnik Hasi. O ile kadencja byłego podopiecznego Alexa Fergusona przyniosła mistrzostwo oraz Puchar Polski, a półroczny pobyt Rosjanina podwójną koronę w zeszłym sezonie, to trzy miesiące pracy Albańczyka, mimo awansu do Ligi Mistrzów wywalczonego w bólach, było pasmem spektakularnych porażek na krajowym froncie. Były opiekun Anderlechtu pozostawił po sobie w Warszawie jak najgorsze wrażenie. Działacze mistrzów Polski, choć rozważali liczne kandydatury zagranicznych trenerów, ostatecznie zdecydowali się powierzyć zespół Polakowi, Jackowi Magierze.


Kiedy weźmiemy pod uwagę trzy najlepsze na ten moment kluby Ekstraklasy, łatwo zauważymy, że w każdym z nich zatrudniony jest polski szkoleniowiec: w Jagiellonii Białystok Michał Probierz, w Lechii Gdańsk Piotr Nowak, a w Termalice Czesław Michniewicz. Dopiero w ósmej drużynie w tabeli, Lechu Poznań, mamy na ławce trenerskiej obcokrajowca. O ile „Polski Guardiola” jest najdłużej pracującym w jednym klubie szkoleniowcem, a jego zasługi dla Jagi są ogromne, co sprawia, że dorobił się na Podlasiu pozycji wręcz niepodważalnej, o tyle stosunkowo długi staż Nowaka w Gdańsku jest czymś nowym. Po przejęciu Biało-Zielonych przez niemieckiego biznesmena Franza-Josefa Wernzego, w trakcie niespełna dwóch lat w Lechii pracowało siedmiu (!) trenerów, w tym trzech zagranicznych: Ricardo Moniz, Joaquim Machado oraz Thomas von Hessen. Wyniki Gdańszczan w tym czasie dalekie były od oczekiwanych, a dłuższą szansę zaprezentowania swojego warsztatu otrzymał dopiero Piotr Nowak. Obecny sezon potwierdza, że było to właściwe posunięcie, choć trzeba przyznać, że akurat ten szkoleniowiec pierwsze trenerskie szlify zbierał w Stanach Zjednoczonych, a blisko dziewięciomiesięczny pobyt w Lechii jest jego pierwszą pracą na ojczystej ziemi.


Wspomniany wcześniej Probierz kilka lat temu bardzo dobitnie wypowiedział się na temat ówczesnej panującej według niego mody na zatrudnianie trenerów z zagranicy. W lipcu 2014 roku, po meczu z Lechią Gdańsk, którą wtedy prowadził Portugalczyk Machado, zabrał głos… w języku niemieckim. Jak sam później przyznał, miała to być ironia i celowy zabieg wymierzony w trend podtrzymywany przez polskie środowisko piłkarskie. Probierz nie krył rozgoryczenia podejściem włodarzy klubów Ekstraklasy, którzy w myśl zasady „cudze chwalicie, swego nie znacie” mieli w tym czasie uznawać niemal za świętość słowa wypowiadane przez zagranicznych szkoleniowców, jednocześnie lekceważąc opinie rodzimych trenerów. Trzeba dodać, że akurat aktualny opiekun Jagiellonii jest jednym z nielicznych Polaków, który w ostatnich latach prowadził zespół z innego kraju. Przez krótki czas, na przełomie 2011 i 2012 roku, był menedżerem greckiego Arisu Saloniki.

Wypada się zatem zastanowić, co doprowadziło do zmiany podejścia działaczy polskich drużyn. Z pewnością większości klubów Ekstraklasy nie stać na dobrych szkoleniowców z zagranicy – mogą zatrudnić jedynie takich, którzy w swoich krajach nie mają szansy na znaleznienie pracy w elicie. Niezmiennie problemem pozostaje, przynajmniej początkowo, nieznajomość języka polskiego, a i z operowaniem innymi bywa różnie, co często stwarza kłopoty komunikacyjne. Tańszą opcją jest nieznany szerszemu gronu kibiców trener związany z klubem, asystent poprzedniego szkoleniowca lub… trener juniorów, jak choćby Tomasz Wilman w Koronie Kielce, który – jak widać po wynikach – wcale nie musi osiągać gorszych rezultatów. Znamienne jest to, że w większości przypadków na obcokrajowców decydowały się kluby mające najwyższe budżety w lidze – w ostatnim czasie brylowała w tym zwłaszcza Legia. Jak przyznali niedawno z kolei działacze Lecha, zatrudnienie Nenada Bjelicy jest największym wydatkiem pod względem wysokości kontraktu trenerskiego w historii klubu. Najbliższe miesiące zweryfikują ten wybór, a w przypadku niepowodzeń Chorwata, zapewne skłonią władze Kolejorza do powrotu do polskiej mysli szkoleniowej…


W pewnym sensie winę za obowiązującą niedawno tendencję można zrzucić na typowo polski sposób myślenia. Zatrudnienie obcokrajowca – niezależnie z jakiego kraju, z jakim warsztatem, z doświadczeniem czy bez – miało automatycznie zapewnić sukces. W zamierzchłych futbolowych czasach, przede wszystkim przedwojennych, stawiano na szkoleniowców, którzy mieli nauczyć Polaków gry w piłkę nożną. W większości byli to Węgrzy, mający wówczas spore zasługi dla rozwoju piłki nożnej na Starym Kontynencie – poziom ich rozgrywek był dużo wyższy, a liga liczyła się w Europie.

W związku z kosmopolitycznym dotychczas podejściem naszych klubów, agencje menedżerskie nieustannie podsyłają oferty zagranicznych szkoleniowców i piłkarzy. Działacze, skuszeni niekiedy ciekawym CV przygotowanym przez agentów, ochoczo zatrudniają (zatrudniali?) nieznanych trenerów bez odpowiedniego rozeznania.

Być może w pewnym stopniu wiarę w polską myśl szkoleniową przywrócił Adam Nawałka. Selekcjoner reprezentacji Polski udanymi eliminacjami, a następnie przełomowym EURO 2016 udowodnił, że polski trener także może osiągnąć dobry wynik na turnieju mistrzowskim, w rywalizacji z najlepszymi drużynami Europy. Wcześniej Nawałka przez kilka lat pracował w Ekstraklasie i notował dobre rezultaty z Górnikiem Zabrze, a także zdobył mistrzostwo z Wisłą Kraków.


Z pewnością do końca sezonu kibice usłyszą jeszcze o niejednej roszadzie na ławce trenerskiej. Decyzji personalnych polskich działaczy piłkarskich nie da się przewidzieć, ale trudno zakładać, aby nowy trend został szybko zaniechany. W dużej mierze decydującym o takiej polityce czynnikiem są finanse, a także przykład, który dają czołowe zespoły.


One thought on “Dlaczego w Ekstraklasie wróciła moda na polskich trenerów?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *