Wigan Athletic v Wolverhampton Wanderers - Premier League

Dobre wyniki uzyskiwane przez Roberto Martíneza w pierwszym sezonie pracy na Goodison Park i rewelacyjna 5. pozycja na mecie rozgrywek pozostały już tylko miłą refleksją. Poprzednia i obecna kampania jest niczym koszmar wyjęty ze snów, w niczym nieprzypominająca dawnego oblicza Evertonu. Po zajęciu odległego 11. miejsca przez The Toffees w zeszłorocznych rozgrywkach Premier League, na głowę hiszpańskiego szkoleniowca posypało się wiele negatywnych komentarzy. Część kibiców, ekspertów, a nawet jego podopiecznych zaczęła mu zarzucać, że metody szkoleniowe i styl uprawiany przez 42-latka jest nie tylko mało atrakcyjny, ale przede wszystkim nie przynosi pożądanych rezultatów, co w ostatecznym rozrachunku prowadzi do tego, że grę zespołu z Liverpoolu momentami ogląda się z wielkim bólem serca. Pytanie na dzisiaj brzmi: czy Roberto Martínez w przyszłym sezonie powinien dalej pracować na Goodison Park? Poniżej przedstawiamy serię błędów, jakie Hiszpan popełnił podczas trwającej kadencji w ekipie z niebieskiej części Merseyside i analizujemy, co szwankuje w grze zespołu z Liverpoolu.

Droga obrana przez Martíneza i sztywne przywiązanie do koncepcji taktycznych sprawia, że w bieżącym sezonie wyniki Evertonu wołają o pomstę do nieba i wyglądają jeszcze gorzej, niż w poprzedniej ligowej kampanii.

„Piłkarze prosili trenera, aby postawił na grę bardziej bezpośrednią. Zapytałem ich i wszyscy z nich powiedzieli zgodnie menedżerowi: Czy możemy grać czasem piłkę bezpośrednią? Mamy odpowiedni styl do tego, aby przetrzymać częściej piłkę, zastosować arytmię gry, zmienić sposób rozegrania akcji oraz zagrać czasem dłuższą piłkę do przodu. Wiemy, że potrzebujemy wziąć na siebie większą odpowiedzialność”

Wspomniane na wstępie gorzkie słowa są autorstwa czołowego snajpera Evertonu, ale również jednego z najlepszych napastników całych rozgrywek ligi angielskiej – Romelu Lukaku. Belg odniósł się jakiś czas temu na łamach serwisu internetowego dziennika TheGuardian do taktyki stosowanej przez Roberto Martíneza i dał w ten sposób jasny przekaz, że The Toffees potrzebują nagłego impulsu, odmiany, aby gra zespołu ponownie mogła cieszyć oczy kibiców i sprawiać im przyjemność.

Sprowadzony na Goodison Park z Chelsea za rekordową sumę 28 mln £ Lukaku podkreślił także, że tylko taki sposób gry, jak przedstawiony powyżej, będzie dla silnego fizycznie napastnika znacznie bardziej korzystny, dzięki czemu wykorzysta swoje atuty, gdy znajdzie się w sytuacji sam na sam z rywalem.

Słowa byłego gracza Anderlechtu Bruksela Martínez powinien wziąć sobie szczególnie do serca. W rozgrywkach 2013/14 Everton, zamiast ataków pozycyjnych, przeprowadzał częste kontrataki, które przynosiły odpowiednie rezultaty w postaci bramek Lukaku.

Wracając do samego trenera, który przychodził na Goodison Park z łatką utalentowanego szkoleniowca, a dodatkowo opromienionego sukcesem i zbierającego zewsząd gratulacje za zdobycie sensacyjnego Pucharu Anglii z ekipą Wigan Athletic w sezonie 2012/13 (zwycięstwo w finale z Manchesterem City 1:0 – przyp. red.), w Evertonie zastał zupełnie inną rzeczywistość, a narastające problemy z biegiem czasu po prostu go przerosły.

Hiszpański szkoleniowiec, trzymający się kurczowo swojej taktyki 1-4-2-3-1 i bezgranicznie do niej przywiązany, w grudniu 2014 roku mówił na łamach portalu mirror.co.uk, że nie zamierza niczego zmieniać:

„Nasz styl jest oczywisty. W poprzednim sezonie (2013-14) był bardzo skuteczny. Dał naszemu klubowi najwięcej punktów w historii swoich występów w Premier League. Nie jestem kimś, kto pracuje dla korzyści i dla bicia rekordów w defensywie. Skupiamy się na innych aspektach i chciałbym mieć utalentowanych chłopaków, którzy będą wygrywać mecze. Ponadto, to nie jest kwestią naszego stylu, ale bycia dobrym w tym, co się wykonuje” – Roberto Martinez

Wracając do aktualnych źródeł problemu i bardzo słabej gry Evertonu w obecnym sezonie, należy spojrzeć przede wszystkim na błędne decyzje podejmowane przez 42-letniego trenera z Katalonii. Martinez ustawia zespół nie zwracając kompletnie uwagi na opinie z zewnątrz, nie reagując na żadne głosy mówiące, że powinien coś zmienić w strategii ekipy z Liverpoolu.

Po pierwsze, porównując poprzedni i obecny sezon ligowy, należy zwrócić uwagę na to, że fatalnie spisuje się linia defensywna The Toffees. W kampanii 2014/15 gracze Evertonu stracili aż 50 bramek w 38. kolejkach i odnieśli zaledwie 12 zwycięstw. Te rozgrywki mogą się skończyć jeszcze większą klapą. Po rozegraniu 32. meczów ekipa Martíneza plasuje się na 12. pozycji z marnym dorobkiem 40 punktów i zaledwie 9 wygranych. Dodatkowo klub z Liverpoolu stracił aż 43 gole i obecnie notuje passę 5 meczów z rzędu bez triumfu! Jakby tego było mało, bardzo słabo wyglądają zwłaszcza występy przed własną publicznością. Aż trudno to sobie wyobrazić, ale statystyki klubu z Liverpoolu biją na alarm i są zatrważające dla sympatyków The Toffees – spośród całej stawki Premier League Everton stracił najwięcej goli u siebie – aż 28!

Poniżej statystyka indywidualnych błędów popełnianych przez 10 zespołów Premier League. Wysoka pozycja podopiecznych ekipy Martíneza w tej niechlubnej klasyfikacji nie powinna zatem ani trochę dziwić.

Errors def

Nurtującym problemem, budzącym dodatkowo niemałe kontrowersje, jest identyczne zestawienie bloku obronnego w praktycznie każdym meczu. Może i nie byłoby do formacji defensywnej aż tak dużych zastrzeżeń, gdyby nie to, że, błędy popełniane przez każdego gracza z linii obrony są wręcz niedopuszczalne i prowadzą do coraz większej liczby straconych bramek. Młody, niezwykle utalentowany John Stones, zamiast się rozwijać, ostatnio zdecydowanie przygasł. Przyczepić można się też do jego kolegów – Phila Jagielki oraz Ramiro Funesa Moriego. Pierwszy, niezwykle doświadczony, natomiast drugi – perspektywiczny, ale „zbyt miękki” i przegrywający sporo pojedynków powietrznych. Nie najlepiej wyglądają również Seamus Coleman i Leighton Baines, ofensywnie usposobieni boczni obrońcy, których statystyki w obecnym sezonie są koszmarne. Nie dość, że słabo spisują się w defensywie, to w ataku są właściwie bezprodunktywni. Kto dzisiaj pamięta zdobywane przez nich bramki czy posyłane na nos kapitalne podania do partnerów? Obecnie na ich koncie widnieją łącznie zaledwie 4 asysty i 3 bramki w sezonie 2015/16, z czego Baines zanotował… tylko jedno ostatnie podanie.

Trudno także doszukać się jakiekolwiek logiki, biorąc pod uwagę eksperymenty taktyczne przeprowadzane przez Martíneza w linii pomocy i ataku. Gerard Deulofeu, który na jesieni grał porywająco, nagle zatracił gdzieś swój główny atut, czyli idealne dośrodkowanie na nogę bądź głowę kolegów. Kevin Mirallas i Aaron Lennon dostają bardzo mało szans na grę, ale również nie wnoszą nic pozytywnego do ekipy The Toffees. W ostatnich tygodniach pozycję na skrzydle zajmuje Arouna Kone. Piłkarz z Wybrzeża Kości Słonowej blokuje niejako nominalnym skrzydłowym okazję do częstszego zaprezentowania się na boisku. Przynosi to raczej mierny skutek. Jedynym znaczącym osiągnięciem gracza z Afryki był hat-trick zdobyty w starciu ze słabym Sunderlandem, ale miało to miejsce prawie pół roku temu…

Zastanawia również pewien inny, niezwykle istotny fakt. Decyzja Katalończyka o kupnie w zimowym okienku transferowym za 13,5 mln € Oumara Niasse z Lokomotiwu Moskwa okazała się kompletnie nieprzemyślana. Senegalczyk, sprowadzony za spore pieniądze, jest kandydatem do miana niewypału roku. W trwającym sezonie zagrał w sumie… 19 minut, a swoimi umiejętnościami nie przekonał Hiszpana. Może to dziwić, zważywszy na fakt, że w poprzednim klubie imponował formą i w rosyjskiej Premier Lidze trafił do siatki 8 razy w 15 meczach. Wydaje się, że problem leży znacznie głębiej. Należy go szukać w konserwatywnym podejściu Martíneza.

Kolejnym problemem, któremu Katalończyk musi stawić czoła, jest liczba remisów – największa w lidze. W przeważającej większości z tych meczów Everton zwycięstwo miał na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło utrzymać koncentrację, aby dowieźć prowadzenie do końcowego gwizdka. Stało się jednak inaczej, bowiem w aż 6 spotkaniach, będąc na prowadzeniu, ekipa The Toffees dała sobie wydrzeć, zdawałoby się, pewną wygraną. Wystarczy chociażby wspomnieć o meczach z Chelsea (3:3, pomimo prowadzenia 2:0), Bournemouth (3:3 i identyczna sytuacja) oraz czterech spotkaniach, w których jednobramkowe prowadzenie okazało się niewystarczające (za każdym razem kończyło się remisem w stosunku 1:1)

Następnym aspektem, któremu należy się uważniej przyjrzeć jest to, że Roberto Martínez za bardzo przywiązuje się do tych samych nazwisk, gra niemal „żelazną jedenastką”. Przez to praktycznie nie stosuje żadnych rotacji, a skutki takich decyzji są opłakane. Przykłady? Nie trzeba długo szukać. Od wielu lat bramkarz Tim Howard był nie do ruszenia. Na Wyspach wyrobił sobie solidną markę, a czas upływał i nie było widać, aby znalazł się jego godny następca. Zaawansowany wiekowo amerykański zawodnik już w poprzednim sezonie przestał dawać odpowiednią jakość ekipie z Liverpoolu. Puszczał niezwykle dużo goli, a za część z nich z pewnością ponosi sporą winę. Przytwierdzony do ławki rezerwowych Joel Robles cierpliwie czekał na swoją szansę i gdy takowa się nadarzyła, to w 3 meczach z rzędu zachował czyste konto. W obecnym sezonie sytuacja na korzyść 25-letniego Hiszpana zmieniła się diametralnie. Howard w zimowym okienku transferowym niespodziewanie postanowił po długich niespełna 9 latach odejść do grającego w MLS Colorado Rapids. Dodajmy, że w 23 meczach trwających rozgrywek reprezentant USA zachował zaledwie 6 czystych kont, natomiast Robles w 9 spotkaniach już 3 i zdaje się, że gdyby nie decyzja 37-latka, to Martínez dalej korzystałby z usług Howarda. Przykłady takie jak powyższy można tylko mnożyć.

Absurdalne decyzje hiszpańskiego szkoleniowca pogrążają go coraz bardziej. Wystarczy wspomnieć, że wybory personalne dokonywane przez byłego menedżera Swansea są kompletnie niezrozumiałe i działają na niekorzyść Evertonu. W ekipie z Goodison Park miejsce w linii pomocy mają na stałe dwaj defensywni pomocnicy – Gareth Barry (opisywany przez trenera jako… jeden z najlepszych Anglików w historii!) i James McCarthy. Trzymanie obu graczy o podobnej charakterystyce i parametrach na murawie zdaje się nie mieć żadnego sensu. Nie dość, że zarówno Anglik, jak i Irlandczyk ograniczają się tylko do przerywania akcji w strefie obronnej, to w ataku są kompletnie bezużyteczni.

W ogóle patrząc na całą kadrę zespołu z niebieskiej części Merseyside, można pokusić się o stwierdzenie, które nie będzie ani trochę na wyrost, że między formacją obronną, a siłą ofensywną The Toffees są ogromne dysproporcje. Oczywiście to nie wina graczy, którzy tworzą team Evertonu, ale trenera przekonanego o swoich racjach, co do podstawowej „11”, skostniałego aż do bólu oraz niesłuchającego żadnych rad czy podpowiedzi.

Fala krytyki i protesty kibiców, domagające się zwolnienia Martineza, przybierają z każdym tygodniem coraz bardziej na sile.

Chris Sutton, była gwiazda Celticu Glasgow i Blackburn Rovers, posunął się jeszcze dalej i opublikował jakże znamiennego Tweeta, mówiącego wiele o pracy 42-letniego trenera The Toffees:


 

Były znakomity napastnik na antenie BBC Radio niepochlebnie wypowiedział się o Katalończyku:

„Martínez po każdym meczu obwinia każdego dookoła, tylko nie siebie. A jego wywiady to jeden wielki żart, przynoszący mu tylko wstyd” – podsumował Sutton

Roberto Martínez nie zraża się ani trochę nieprzychylnymi mu opiniami i wykonuje swoją pracę najlepiej jak potrafi. Porównując statystyczne zestawienie byłego trenera Evertonu, Davida Moyesa, z obecnym, można dojść do wniosku, że filozofia Hiszpana i obecna gra klubu z Goodison Park różnie się tym, iż polega na wzmożonej intensywności i wymianie większej liczby podań, co jednak w konsekwencji prowadzi do spadku liczby strzałów i kreowanych okazji bramkowych.

źródło: SkySports
źródło: SkySports

Hiszpański szkoleniowiec ma także swoich zwolenników. Arsener Wenger, menedżer Arsenalu Londyn, podkreśla, że Katalończyk ma odpowiednie umiejętności i predyspozycje, aby stać się trenerem wysokiej klasy.

Powoli zbliżający się do końca sezon Premier League jest dla Evertonu bardzo bolesnym przeżyciem, pełnym upokorzeń, naznaczonych błędami w defensywie. Praca Roberto Martíneza coraz bardziej może utwierdzać wszystkich w przekonaniu, że formuła hiszpańskiego szkoleniowca nie zdaje egzaminu i powoli się wyczerpuje. Los 42-latka zawisł na włosku, a jego taktyczne koncepcje i pomysł na prowadzenie The Toffees rozsypał się niczym domek ułożony z kart. Ostatnie decyzje personalne przynoszą koszmarne skutki, a błędy popełnione przez ostatnie dwa lata są wyraźnym sygnałem, że zbliża się nieuchronnie moment, aby włodarze klubu podjęli jedyną słuszną decyzję i zwolnili Hiszpana.

Martínez znalazł się w bardzo trudnym położeniu i stąpa po grząskim gruncie, a swoim zachowaniem i wyborami personalnymi coraz bardziej naraża się nie tylko kibicom, ale również włodarzom klubu z Liverpoolu. W ciągu dwóch sezonów z zespołu walczącego w europejskich pucharach, Everton stał się średniakiem Premier League. Drużyna z niebieskiej części Liverpoolu, pozbawiona wyrazu i charakteru, musi powoli zacząć rozglądać się za nowym trenerem. Na następcę Martineza typuje się obecnie Marcelo Bielsę, który w styczniu był niezwykle blisko dostania angażu na Wyspach (w Swansea – przyp. red.), a ostatnio pracował w Olympique Marsylia, z którym również jest łączony. Wydaje się, że w aktualnej sytuacji wybór Chilijczyka byłby idealnym rozwiązaniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *