DcImzcPW4AAepwI

Przed początkiem rewanżowego starcia w stolicy Hiszpanii zadawano sobie tylko jedno pytanie: dla kogo będzie to trzeci finał Ligi Mistrzów z rzędu? Dla licznej grupy z Madrytu, na czele z Ramosem, Modriciem, Ronaldo i Kroosem, a może dla Jamesa Rodrígueza, który w poprzednich spotkaniach odegrał marginalną rolę? Choć przez pierwszy fragment wtorkowej rywalizacji wydawało się, że bliższa realizacji będzie opcja numer dwa, to o kolejnym awansie Los Blancos do najważniejszego klubowego starcia przesądził bohater zupełnie niespodziewany – Karim Benzema.

Pierwszy pojedynek, rozgrywany w ubiegłym tygodniu na Allianz Arenie, wydatnie pokazał, że maksyma „niewykorzystane sytuacje lubią się mścić” nie jest wyłącznie banałem, który służy do nieudolnego tłumaczenia niepowodzenia. Tamtego wieczoru gospodarze oddali w kierunku bramki strzeżonej przez Keylora Navasa 13 strzałów, ale tylko pięć z nich było celnych, a zaledwie jeden zakończył się golem. Goście z Madrytu potrzebowali zaś tylko czterech prób, aby do rewanżu na Estadio Santiago Bernabéu przystępować nie w roli goniącego, lecz uciekiniera.

Nieco zaskakujące było to, że niemieckie media, zamiast na szukaniu powodów porażki Die Roten, a przede wszystkim sposobu na odrobienie strat i awans do wielkiego finału, skupiły się na Robercie Lewandowskim. To właśnie na najlepszego strzelca tego sezonu Bundesligi spadła największa, choć nie do końca zasłużona krytyka. Nie ma bowiem wątpliwości, że za naszą zachodnią granicą znaleźli po prostu temat zastępczy, a jego zadaniem miało być przykrycie krótkiej ławki rezerwowych, zbyt dużego zaufania do duetu Arjen Robben – Franck Ribéry oraz poważnych problemów kadrowych Bawarczyków.


W tym ostatnim aspekcie dało się zauważyć nieznaczną poprawę, gdyż do wyjściowego składu powrócił nieobecny w Monachium Alaba. Z drugiej strony Jupp Heynckes nie mógł skorzystać z Comana, Boatenga, Robbena, Vidala oraz Neuera. To zmusiło doświadczonego trenera mistrza Niemiec do wprowadzenia szeregu korekt i desygnowania do gry od pierwszej minuty chociażby Corentina Tolisso.


Zinédine Zidane również nie mógł zdecydować się na swój podstawowy wariant personalny. Urazy sprawiły bowiem, że nawet wśród graczy rezerwowych Francuz nie mógł umieścić Daniego Carvajala i Isco. Wobec tego w Kastylii rozpoczęła się szeroka dyskusja na temat właściwego zestawienia galowej jedenastki. Szkoleniowiec Realu postawił jednak na rozwiązanie, którego nikt się nie spodziewał: na prawej obronie pojawił się Lucas Vázquez, w pomocy Mateo Kovačić kosztem Casemiro, a w ataku krytykowany wszem i wobec Benzema.


Mimo różnego rodzaju niepowodzeń monachijczycy postanowili wziąć przykład z Juventusu i od pierwszego gwizdka sędziego Cüneyta Çakıra mocno zaatakowali obrońcę tytułu. Na efekt gwałtownego szturmu gości nie trzeba było długo czekać – zanim na zegarze wybiło 200 sekund, Joshua Kimmich mógł się cieszyć z kolejnego trafienia.

Wnioski z rywalizacji ze Starą Damą wyciągnęli jednak także Królewscy. Madrytczycy nie zamierzali się wyłącznie biernie przyglądać poczynaniom rywala, ale zaczęli szukać okazji do wyrównującego trafienia. W roli głównej jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa wystąpił Karim Benzema, który celnym uderzeniem głową uspokoił nieco stołecznych kibiców. Przy okazji 81-krotny reprezentant Les Bleus odwdzięczył się Zidane’owi za nadzwyczaj wysokie zaufanie, gdyż na gola popularnego „Coco” na arenie europejskiej trzeba było czekać od… listopada ubiegłego roku.


Znakomite wykończenie byłego snajpera Olympique’u Lyon poprzedziło nie tylko świetne dogranie Marcelo, ale także imponująca liczba podań wymieniona przed partnerów z zespołu.


Strata bramki nie podziałała jednak demotywująco na przybyszów z Niemiec. Piłkarze Gwiazdy Południa dalej starali się skrupulatnie realizować swój plan i dążyć do kolejnych trafień. Na przeszkodzie stawała jednak, podobnie jak w pierwszym starciu, wysoka nieskuteczność. Tylko w pierwszej połowie Navas mógł wyciągać piłkę z siatki po uderzeniach Thomasa Müllera, Jamesa Rodrígueza, czy Roberta Lewandowskiego.


Wyobraźmy sobie, jak mógłby wyglądać idealny start drugiej części gry dla polskiego kibica. Efektowna akcja przyjezdnych zakończona celnym strzałem kapitana kadry Adama Nawałki? Tymczasem stało się całkowicie inaczej. Po raz drugi tego wieczora Benzema znalazł sposób na zaskoczenie Svena Ulreicha i stało się jasne, że oczekiwania wielokrotnego czempiona Bundesligi wkraczają na poziom mission impossible. Trzeba jednak oddać bramkarzowi przymierzanemu do wyjazdu na mundial z kadrą Die Mannschaft, że dołożył solidną cegiełkę do tego trafienia…



Wydawało się, że po takim „ciosie” może dojść do nokautu, ale po dłuższej przerwie goście wyrazili chęć ponownej walki o awans do kijowskiego finału. Sygnał do ataku dał najlepszy zawodnik w ekipie Heynckesa w pierwszej batalii, James Rodríguez. Widząc nieporadność swoich kolegów w polu karnym Navasa, w zasadzie w pojedynkę Kolumbijczyk zmusił byłego partnera z drużyny do smutnego kroku za linię bramkową. Reprezentant Kostaryki w pełni zrehabilitował się jednak za nie najlepszą interwencję ze starcia w Monachium i później kilkukrotnie ratował stołeczny zespół w kluczowych momentach.

To była rywalizacja dwóch znakomitych ekip, dlatego o ostatecznym rozstrzygnięciu zdecydowały detale. Przed Bawarczykami czas nie tylko przełknięcia gorzkiej pigułki, ale także długiej i rzeczowej rozmowy na temat przyszłości klubu. Trudno bowiem myśleć o podboju najbardziej prestiżowych rozgrywek na Starym Kontynencie, jeśli za podania do napastnika odpowiada wiekowy duet Robben – Ribéry.


Na koniec warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. W ostatnich latach wielu obserwatorów piłkarskiej rzeczywistości, nie tylko tych z piwem i chipsami w ręku, uważało, że Real ma wyjątkowe szczęście w losowaniach. Taki sposób rozumowania nie był oczywiście pozbawiony sensownej argumentacji, gdyż najbardziej utytułowana ekipa w historii Champions League trafiała m.in. na Wolfsburg, Schalke 04 czy APOEL. W tym roku zwolennicy teorii spiskowych doczekali się wreszcie „sprawiedliwości dziejowej”. Na drodze ekipy dowodzonej przez Zidane’a znalazły się bowiem Tottenham i Borussia Dortmund w fazie grupowej, a następnie Paris Saint-Germain, Juventus i Bayern w części pucharowej. Po pokonaniu wyjątkowo skomplikowanych przeszkód Los Merengues pozostało już tylko jedno – spokojne oczekiwać na rywala w decydującej batalii.


Real Madryt 2:2 FC Bayern

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *