Dd91QvwVMAAInK-

Przed kilkoma dniami poznaliśmy ostateczne rozstrzygnięcia w najsilniejszych ligach Starego Kontynentu. Dowiedzieliśmy się również, że rozgrywki Ligi Europy mają jednak jakieś znaczenie dla Atlético, a na polskich stadionach znów przestało być bezpiecznie. Do rozpoczęcia najważniejszego piłkarskiego turnieju w tym roku, czyli Mistrzostw Świata w Rosji pozostało już mniej niż trzy tygodnie. Zanim jednak wszyscy fani futbolu w pełni przesiąkną atmosferą mundialu i zaczną poważne rozważania na temat szans swoich ulubieńców, czeka nas finisz najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych w Europie. Nadchodzi zatem idealny moment, aby zastanowić się nad najważniejszymi kwestiami przed kijowskim finałem.

Co jest ważniejsze: doświadczenie czy fantazja?

Trudno znaleźć w poprzednich finałach rywali, których jeszcze kilkanaście miesięcy temu dzieliłoby tak wiele. Podopieczni Zinédine’a Zidane’a zaczęli traktować rozgrywki Ligi Mistrzów jako walkę z własnymi słabościami, rozpoczynając trudną do powtórzenia hegemonię, zaś dla The Reds jedynymi poważnymi sukcesami były… medale przywożone przez jednego z ich najwierniejszych kibiców – Kamila Stocha.

Istotną zmianę przyniosło jednak w czerwonej części Mersyside przyjście Jürgena Kloppa, który w krótkim czasie mozolnie, skrupulatnie eliminując niedziałające elementy, zbudował zespół potrafiący wzbudzać respekt nie tylko u derbowego rywala. Do tego niezbędna była jednak prawdziwa rewolucja.


Kluczem okazało się wydobycie pełnego potencjału z niezwykłego tercetu ofensywnego: Mohamed Salah – Sadio Mané – Roberto Firmino, który tylko w Premier League zapewnił 57 bramek i 24 asysty. Czy kolejny koncert heavymetalowy wystarczy jednak do przełamania „królewskiej” dominacji?


Można poprawić grę w defensywie, co w przypadku liverpoolczyków nastąpiło w ostatnich tygodniach (3 gole stracone w sześciu ostatnich ligowych meczach – przyp. red.), ale są pewne rzeczy, których nie da się nadrobić nawet długimi godzinami spędzonymi w ośrodku treningowym. Doświadczenie – to ono odgrywa niebagatelną rolę na takim poziomie. Owszem, może zabrzmi to nieco banalnie, ale przypomnijmy chociażby finały z Juventusem i Atlético oraz tegoroczne dwumecze fazy pucharowej z Paris Saint-Germain i Bayernem. Los Blancos idealnie wyczekali, aż rywal w znacznej części opróżni swój magazynek, a następnie sami postanowili zadać decydujący cios – w momencie, gdy ten zupełnie się tego nie spodziewa i nieco nonszalancko, niczym Artur Szpilka w niedawnej walce z Adamem Kownackim, zabezpiecza swoją szczękę Nieprzypadkowo zwracał na to uwagę były opiekun Borussii Dortmund, któremu raz już przyszło przeżyć gorycz finałowej porażki.

„Doświadczenie Realu? Nie ma wątpliwości, że mają je większe niż my. Gdyby istniał jakikolwiek rynek piłkarski, to z pewnością mogliby je tam sprzedawać. Owszem, zapewnia pewnego rodzaju przewagę, jest niezwykle ważne, ale nie najważniejsze. Gdybyśmy nie byli odpowiednio przygotowani mentalnie, to nie znajdowalibyśmy się w tym miejscu”

Jürgen Klopp podczas przedmeczowego spotkania z dziennikarzami


Która gwiazda rozbłyśnie największym blaskiem?

„Gwiezdne starcie”, „Piłkarski gwiazdozbiór” – zapewne niejednokrotnie w ten sposób określano decydujący bój pomiędzy Realem Madryt a Liverpoolem. Nie ma w tym jednak ani krzty przesady – jak wyliczyli bowiem piłkarscy analitycy, oba składy warte są ponad 1,5 mld €! Nie będzie także żadnym zaskoczeniem, gdy przedstawiciele właśnie tych ekip – Cristiano Ronaldo i Mohamed Salah – zajmą większość, jeśli nie dwa najważniejsze miejsca na podium plebiscytu „Złotej Piłki”.


Pojedynek lidera klasyfikacji strzelców tegorocznej edycji Champions League i zdobywcy Złotego Buta na angielskich boiskach z pewnością całkowicie zdominuje sobotnią rywalizację. Często bywało jednak, że głównymi bohaterami finału LM okazywali się Ci, na których nikt nie stawiał. Wystarczy chociażby przypomnieć EURO 2016, na którym Francuzów doprowadzili do decydującej rozgrywki anonimowi wówczas dla wielu kibiców Dimitri Payet i Moussa Sissoko, a gola na wagę tytułu zdobył Éder, którego na tegorocznym mundialu w ogóle zabraknie.

Dlatego niech nikt nie będzie zdziwiony, gdy bramkę na wagę najważniejszego klubowego trofeum zapisze na swoim koncie zawodzący przez cały sezon Gareth Bale albo Karim Benzema. Chyba, że los postanowi całkowicie zakpić z różnej maści ekspertów i na piedestale znajdzie się Dejen Lovren. W takim wypadku do opisania wszechobecnej konsternacji nie wystarczy nawet taki mistrz słowa pisanego jak Tomasz Hajto.


Czy będzie to najbardziej bramkostrzelny finał w historii?

Brytyjska fantazja to tylko jeden z argumentów przemawiających za tym, że czeka nas wyjątkowo obfity w gole finał. Byłoby to zresztą doskonałe ukoronowanie wspaniałego sezonu i jednej z najlepszych edycji Champions League: z fantastycznym comebackiem Romy, nieudaną pogonią Juve, ale też głośnymi błędami arbitrów.


Dla samych kibiców byłaby to również pewnego rodzaju miła odmiana. Z ostatnich dziesięciu finałów tylko w czterech w regulaminowym czasie gry padło więcej niż 2 gole. W tym roku można to traktować niemalże jako pewnik i okazję do optymistycznej wizyty u bukmachera. Aby dotrzeć do Kijowa, Real i Liverpool musiały bowiem zaaplikować rywalom odpowiednio 30 i 40 bramek, zdobywając średnio 2,5 i nieco ponad 3 trafienia na jeden mecz.


Czy „BBC” wróci w wielkim stylu?

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu trio Cristiano Ronaldo – Karim Benzema – Gareth Bale uważano na jeden z dwóch najlepszych ataków na świecie. Spekulowano nawet, że po przenosinach Neymara do Francji to właśnie w madryckim klubie znów wysforuje się lider peletonu. Kończący się sezon wydatnie jednak pokazał, jak bardzo przesadzone były to rozważania. Owszem, „BBC” zapewniło Realowi 47 ligowych bramek, ale biorąc po uwagę, że ponad połowa padła łupem Portugalczyka, nie było dla nikogo zaskoczeniem, iż Zidane rzadko decydował się ostatnio na taki wariant taktyczny. Więcej do zaoferowania drużynie Królewskich, niż były gracz Tottenhamu, a przede wszystkim francuski napastnik, mieli w tym czasie chociażby Marco Asensio, Lucas Vázquez czy Isco.

Warto jednak zwrócić uwagę, że portugalsko-francusko-walijski tercet wychodził w „podstawie” zarówno w finałach w 2014, jak i 2016 roku, a przed rokiem Bale wszedł na boisko z ławki. Niewykluczone zatem, że podobnie będzie także dziś na Stadionie Olimpijskim. Zwłaszcza, że pozwoliłoby to Los Blancos na idealną realizację głównego wariantu ofensywnego.


Hiszpańskie media spodziewają się w wyjściowym składzie Ronaldo i Bale’a, który powrócił w ostatnim czasie do wysokiej formy. W efekcie zanotował 5 trafień w ostatnich czterech pojedynkach tego sezonu. Niewykluczone zatem, że triumfalny powrót Walijczyka nastąpi w najlepszym możliwym momencie.


Czy ramadan będzie miał wpływ na ostateczne rozstrzygnięcie?

Nie można jednak wykluczyć, że cała sobotnia rywalizacja zostanie storpedowana z zupełnie niespodziewanej strony. Nie jest bowiem tajemnicą, że finałowa batalia odbywa się w czasie najważniejszego okresu w religii islamu. Wiadomo również, że niezwykle ortodoksyjnym muzułmaninem jest najlepszy strzelec Liverpoolu w tym sezonie. Gwiazdor reprezentacji Egiptu zapowiedział zresztą, że zamierza rygorystycznie przestrzegać zasad postu, czyli powstrzymać się od pokarmu i napojów od świtu do zmierzchu. Zaznaczył jednak, wbrew orzeczeniom wielu dietetyków, że nie odbije się to negatywnie na jego dyspozycji.


Nieprzypadkowo w wielu mediach wspominana jest wypowiedź byłego gracza The Reds, Nabila El Zhara, który mówi o „oczyszczeniu i wewnętrznym spokoju”.


Jakie znaczenie będzie miała historia?

O ile wątek religijny nie tylko można, ale nawet trzeba traktować nieco z przymrużeniem oka, to trudno już zbagatelizować najważniejszą wśród niepotrzebnych kwestii w futbolu, czyli statystykę. Będzie to bowiem piąty w historii finał Ligi Mistrzów pomiędzy przedstawicielami Anglii i Hiszpanii, i co ciekawe, Wyspiarze wygrali zaledwie raz: w 1981 roku, gdy Liverpool podejmował właśnie Real Madryt.

Media nad Tamizą dość chętnie podjęły także inny wątek. Dopatrzono się bowiem dość interesującej analogii: w tamtym czasie również doszło do królewskiego ślubu, a Eintracht Frankfurt sięgnął po Puchar Niemiec. Trudno powiedzieć, czy tym właśnie kierowała się oficjalna strona Europejskiej Federacji Piłkarskiej, która już na początku maja poinformowała o zwycięzcy tegorocznej edycji najbardziej prestiżowych rozgrywek na Starym Kontynencie…


Im bliżej będzie jednak momentu pierwszego gwizdka sędziego Milorada Mažicia, tym tego rodzaju ciekawostki będą stopniowo traciły znaczenie. Tradycyjnie zadecyduje nie odpowiednie przygotowanie i lepsza dyspozycja dnia, ale większe szczęście i umiejętność wykorzystania błędów rywala. Dlatego albo Real udowodni, że opanował ją do perfekcji, albo Liverpool pokaże, że skrupulatnie odrobił lekcje, które otrzymały w poprzednich latach Atlético i Juventus.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *