Piłkarze LaLiga obierają kurs na Anglię - foto główne (Kopiowanie)

W ostatnich latach w europejskim futbolu rządzą kluby hiszpańskie, które nie pozwalają wydrzeć sobie pucharu Ligi Mistrzów. Zwiększa się również wewnętrzna rywalizacja w LaLiga, co jeszcze bardziej podnosi poziom rozgrywek. Pod względem finansowym wciąż lepsze są jednak kluby Premier League, gdzie nawet przeciętniaki, czy wręcz słabeusze dysponują ogromnymi środkami dzięki wpływom z praw telewizyjnych. Udaje im się w ten sposób ściągać graczy z Primera División, którzy nawet kosztem rywalizacji na arenie międzynarodowej decydują się na kontrakt w Anglii i wyższą pensję.

Siła funta

W Primera División do niedawna lwią część pieniędzy z praw do transmisji zgarniały Real Madryt i FC Barcelona. Giganci w ten sposób górowali pod względem finansowym nad resztą stawki, a różnice coraz bardziej się pogłębiały. Zbierającym resztki z pańskiego stołu taki stan rzeczy coraz bardziej się nie podobał. W końcu biedniejsze kluby wywalczyły korzystniejsze dla siebie warunki, a jednocześnie najbardziej utytułowane zespoły na tym nie straciły. Było to możliwe dzięki zwiększeniu puli przeznaczonej do podziału. Zdecydowano, że połowa z 1,3 mld € zostanie podzielona po równo, a kolejne 650 mln będzie uzależnione od pozycji ligowej oraz popularności. To sprawiło, że procentowo najwięcej zyskały mniejsze zespoły, co w założeniu ma zmniejszać dysproporcje finansowe w LaLiga.


Biorąc pod uwagę wszystkie przychody z praw telewizyjnych, większość zespołów hiszpańskiej elity może liczyć na około 40-50 mln €. Kwota wydaje się przyzwoita, dopóki nie zestawimy jej ze startowym w lidze angielskiej. Na Wyspach każda z dwudziestu ekip najwyższej klasy rozgrywkowej na dzień dobry „przytula” aż 95 mln € (w Hiszpanii zapewniona jest kwora trzy razy niższa – przyp. red.). W sezonie 2016/17 każdy klub Premier League zarobił na prawach telewizyjnych ponad 100 mln €. Dlatego też „potęgi”, jak Crystal Palace czy West Ham United, mogą na rynku transferowym konkurować z Atlético, Sevillą czy Villarrealem, które stale występują w europejskich pucharach.


Zwęszyli okazję

Transfery pomiędzy klubami ligi angielskiej potrafią przyprawić o zawrót głowy. Romelu Lukaku według wcześniejszych doniesień miał odejść z Evertonu do Chelsea nawet za ponad 100 mln €, a ostatecznie najpewniej wyląduje w Manchesterze United za 85 mln €. Mowa jednak o reprezentancie Belgii, który z roku na rok coraz śmielej poczyna sobie pod bramką przeciwnika, a nie gra przecież w topowym zespole. Tę transakcję można jeszcze zrozumieć przy wszechogarniającej gorączce zakupów panującej także w innych krajach.


W tym okienku byliśmy już świadkami dwóch wątpliwych transferów, których dokonali The Toffies. Ekipa z Liverpoolu za około 29 mln € sprowadziła Jordana Pickforda ze zdegradowanego Sunderlandu. Dla porównania: rok temu Sevilla zapłaciła spadkowiczowi Getafe za Pablo Sarabię… milion euro. Kluby, które spadają z najwyższej ligi muszą obniżać swoje wymagania, więc jeśli i Czarne Koty tak uczyniły, aż strach pomyśleć, jaką kwotę zażyczyliby sobie za swojego golkipera, gdyby nadal występowali w Premier League. Anglii nie kojarzymy raczej w ostatnich latach z bramkarzami najwyższych lotów. Za podobną kwotę na Goodison Park trafił także obrońca Michael Keane. 24-letni defensor ma na koncie jeden pełny sezon w najwyższej klasie rozgrywkowej, dwa występy w kadrze i zero doświadczenia na arenie międzynarodowej…


W opozycji do tego ekipa z Liverpoolu zakontraktowała Sandro Ramíreza za 6 mln €, bo tylko tyle wynosiła klauzula jego wykupu. Pochodzący z Wysp Kanaryjskich napastnik marzył o powrocie do Barcelony, chciało go także Atlético, ale zakaz rejestracji nowych graczy przez Rojiblancos sprawił, że młodzieżowy reprezentant Hiszpanii zdecydował się zasilić siódmą drużynę Premier League sezonu 2016/17. Szerzej o transferach obu klubów z miasta Beatlesów pisaliśmy w poprzednim artykule.

Również inne angielskie zespoły skierowały swój wzrok na Półwysep Iberyjski i rozpoczęły polowanie na graczy najlepszej ligi świata. Beniaminek Newcastle zapragnął sprowadzić obrońcę Eibaru, Floriana Lejeune. Francuz w Kraju Basków występował zaledwie przez rok, a oferty w wysokości 10 mln € włodarze Rusznikarzy nie mogli odrzucić. Ambitny klub z prowincji Guipúzcoa był bliski awansu do europejskich pucharów, lecz wyższe zarobki skusiły 26-letniego piłkarza.


Stabilnym, ale niezbyt bogatym zespołem, podobnie jak Eibar, jest Las Palmas. I również w tym przypadku wykorzystano ten fakt, aby wyciągnąć jednego z najlepszych graczy Los Amarillos. Roque Mesa miesiąc temu skończył 28 lat, ale stosunkowo długo czekał na swoją szansę w Primera División. Kanaryjczyk przez ostatnie lata był związany z ekipą z Gran Canaria, a w ostatnim sezonie błyszczał pod względem liczby podań przy zachowaniu wysokiej skuteczności. Zawodnika w swoich szeregach widziała Sevilla, która zaoferowała 12 mln €, z kolei media przymierzały pomocnika do Atlético, ale zakaz transferowy ponownie skomplikował sytuację. Kibice LaLiga w przyszłym sezonie nie będą jednak oglądać wychowanka Levante w hiszpańskiej ekstraklasie, gdyż ten podpisał umowę ze Swansea, która ledwo utrzymała się w angielskiej elicie. Las Palmas zarobiło jednak w ten sposób 12,5 mln €.


Niespodziewany mistrz Anglii z sezonu 2015/16, Leicester City, zatracił swój błysk i w kolejnych rozgrywkach wrócił do miejsca w szeregu. Mimo tego Lisy również odważnie ruszyły do Hiszpanii po zakupy i zdołały wyciągnąć z Sevilli jej kapitana – Vicente Iborrę. 29-latek na boisku odpowiada głównie za destrukcję, ale w meczu z Celtą Vigo jako rezerwowy (!) potrafił ustrzelić hat-tricka. Działacze Leicester zgodzili się zapłacić 14 mln € za piłkarza, który w ten sposób pozbawił się szansy na kolejny występ w Lidze Mistrzów.




Szansa na sukces?

W 2004 roku stery Liverpoolu objął Rafael Benítez, który zdecydował się ściągnąć ze sobą rodaków. Na Anfield Road zawitali wówczas Xabi Alonso, Luis García, Josemi, Antonio Núñez, a pół roku później dołączył do nich Fernando Morientes. Szczególnie dwaj pierwsi z wymienionych byli kluczowymi graczami drużyny, która sięgnęła po zwycięstwo w Lidze Mistrzów już w pierwszym sezonie. Był to pamiętny finał przeciwko Milanowi, kiedy The Reds przegrywali do przerwy 0:3.

Źródło: mirror.co.uk
Źródło: mirror.co.uk

Szkoleniowiec z Madrytu nie zatrzymał się i przed następnymi rozgrywkami sprowadził kolejnego krajana. Młody golkiper Pepe Reina przybył wówczas z Villarrealu i zastąpił między słupkami Jerzego Dudka. Przed kampanią 2006/07 grono Hiszpanów powiększyło się jeszcze o Álvaro Arbeloę, a LFC osiągnął kolejny finał Champions League, jednak tym razem musiał uznać wyższość Milanu.

Prawdziwą bombą było następne lato, kiedy Liverpool wygrał wyścig po Fernando Torresa, który po wieloletniej grze zdecydował się opuścił Atlético Madryt. Wychowanek Los Rojiblancos nie mógłby odejść do Barcelony czy Realu Madryt, więc obrał kurs na Wyspy i swój ulubiony klub poza Hiszpanią. Zresztą pod jego opaską kapitańską widniały nieco zmienione słowa hymnu Liverpoolu: „We’ll never walk alone”. Kwota 38 mln € w tamtych czasach robiła wrażenie, ale blondwłosy napastnik w pełni się sprawdził, wykręcając liczby, których żaden piłkarz spoza Zjednoczonego Królestwa wcześniej nie był w stanie na Anfield osiągnąć.

Benítez lubił się otaczać rodakami, więc później sprowadził jeszcze do czerwonej części Merseyside Alberta Rierę. Wyniki The Reds na arenie międzynarodowej dobitnie pokazują jednak, że był to czas powrotu klubu do czasów świetności. Przygoda byłego trenera Valencii zaowocowała bowiem zwycięstwem w Champions League, przegranym finałem i półfinałem tych elitarnych rozgrywek. Gorzej wiodło się jednak Liverpoolowi na krajowym podwórku, gdzie przeciwnicy prezentowali inny styl gry.


Ziemia nie zawsze obiecana

O tym, że zmiana ligi nie zawsze wychodzi na dobre przekonał się Borja Bastón. Hiszpan był rewelacją LaLiga w sezonie 2015/16, kiedy plasował się w czołówce najlepszych strzelców, grając na wypożyczeniu w Eibarze. Po udanej kampanii wrócił do macierzystego Atlético, ale Diego Simeone nie widział dla niego miejsca, więc 24-letni napastnik odszedł do Swansea za 18 mln €. Bastón miał w teorii wszystko, aby poradzić sobie w Wielkiej Brytanii, a 191 cm wzrostu miało być dodatkowym atutem. Niestety dla niego, przed sezonem doznał kontuzji, która odłożyła jego debiut do 5. kolejki. Drużyna Łabędzi grała słabo, więc brak adaptacji madrytczyka nie był widoczny. W czwartym meczu udało mu się nawet zdobyć bramkę, co było dobrym prognostykiem. Na więcej wychowanka Los Colchoneros jednak nie było stać i w końcu przegrał rywalizację ze swoim konkurentem. Pewnym „pocieszeniem” może być fakt, ze był to również Hiszpan, Fernando Llorente.


Borja po nieudanej temporadzie zdecydował się wrócić do rodzinnego kraju, a konkretnie do Málagi na zasadzie rocznego wypożyczenia. W Andaluzji jego zadaniem będzie zastąpienie Sandro, który… właśnie wyemigrował do Anglii.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *