DZ9qXTHXkAEJWNQ

Po emocjonujących wtorkowych pojedynkach Juventusu z Realem i Sevilli z Bayernem, kolejnego dnia należało się spodziewać w Lidze Mistrzów nie mniejszych emocji. Szczególnie interesująco dla wszystkich, poza zarządem TVP, zapowiadała się rywalizacja Liverpoolu z Manchesterem City. „Bitwa o Anglię” rozgrywana na europejskim firmamencie zakończyła się wspaniałym, wielominutowym popisem gospodarzy, którzy trzema bramkami zdobytymi w pierwszej połowie zgłosili poważny akces nawet do końcowego triumfu w najbardziej prestiżowych rozgrywkach na Starym Kontynencie. Pozostaje jedynie żałować, że tak wiele ćwierćfinałów tegorocznej edycji Champions League rozstrzygnęło się już na poziomie pierwszych spotkań.

Jeszcze dwa miesiące temu ekipa dowodzona przez Jürgena Kloppa wysłała światu wyraźny sygnał, że rywalowi z niebieskiej części Manchesteru można nie tylko zaaplikować cztery bramki, ale także go pokonać. Do tego niezbędna była odpowiednia siła rażenia, którą tercet Sadio Mané – Roberto Firmino – Mohamed Salah z pewnością uosabia. Wysoką dyspozycją strzelecką imponuje zwłaszcza Egipcjanin otwierający peleton walki o koronę króla strzelców Premier League oraz przewodzący klasyfikacji „Złotego Buta”.


Do odniesienia sukcesu, a tym niewątpliwe byłby awans do grona czterech najlepszych ekip Europy, potrzebna jest również szczelna defensywa. A wobec urazów Ragnara Klavana, Joe Gomeza, a przede wszystkim Joëla Matipa, niemiecki szkoleniowiec został skazany na Dejana Lovrena, któremu daleko do miana skutecznego, a przede wszystkim bezbłędnego obrońcy.


Pep Guardiola, mimo że posłał w bój niemal najsilniejszy skład, nie mógł przystępować do starcia na Anfield z sercem pełnym optymizmu. Wszystko dlatego, że z 12 dotychczasowych starć aż połowę rozstrzygał na swoją korzyść trener Borussii Dortmund. Katalończyk zapowiadał przed meczem, że kluczem będzie powstrzymanie szybkich ataków The Reds. W przeciwieństwie do Allegriego opiekun City nie zamierzał mówić, że ma plan na zatrzymanie najlepszego strzelca rywala. Słusznie, wszak ten dał o sobie znać jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa wtorkowej batalii.


Goście mogli jednak błyskawicznie doprowadzić do wyrównania, ale Leroy Sané nie był w stanie wykrzesać z siebie większego pokładu altruizmu i dostrzec lepiej ustawionego partnera. Niezbyt odpowiedzialne zachowanie niemieckiego skrzydłowego zemściło się już po kilku kolejnych minutach, gdy z niespodziewanej połaci wolnej murawy postanowił skorzystać krytykowany w ostatnich meczach Alex Oxlade-Chamberlain.



Drugi cios wyprowadzony przez liverpoolczyków znacząco zamroczył lidera angielskiej ekstraklasy. Doprawdy trudno było uwierzyć, że przeciwko drużynie z miasta Beatlesów stanęła najlepsza defensywa na Wyspach. Zwłaszcza, że tuż po upływie pół godziny gry Ederson Moraes musiał po raz trzeci zrezygnowanym krokiem ruszyć za linię bramkową, kiedy to do kapitulacji zmusił go Sadio Mané.


To był szok nie tylko dla graczy The Citizens, ale także dla wszystkich kibiców i ekspertów. Po raz pierwszy w tym sezonie główny faworyt do mistrzostwa Anglii został aż tak zdominowany przez przeciwnika i z każdą kolejną sekundą coraz mocniej staczał się w przepaść. To była bardzo trudna lekcja także dla Guardioli, który miał tylko piętnaście minut przerwy na wstrząśnięcie swoimi podopiecznymi i przynajmniej częściowe zredukowanie przewagi Liverpoolu przed przyszłotygodniowym rewanżem. Dość powiedzieć, że dopiero po raz piąty w swojej karierze menedżer rodem z Santpedor musiał się mierzyć z tak trudnym wyzwaniem.


Euforię w szeregach miejscowych zmąciło jednak to, co wydarzyło się na początku drugiej części rywalizacji. Nieatakowany przez nikogo Salah nabawił się urazu i musiał przedwcześnie opuścić boisko. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało to na poważną kontuzję, a raczej zapobiegliwość i troskę Kloppa o swojego najlepszego zawodnika.

Nawet pod nieobecność reprezentanta Faraonów nic nie wskazywało na to, że losy wtorkowej rywalizacji diametralnie się odmienią. Przyjezdnym nie pomogła ofensywna zmiana i wprowadzenie Sterlinga w miejsce Gündoğana. Obywatele wciąż byli bezradni i ani razu nie zmusili Lorisa Kariusa do zaprezentowania swoich umiejętności! Dominowali jedynie w aspekcie posiadania piłki oraz liczby podań, ale te statystyki już dawno przestały odgrywać w futbolu nadrzędną rolę.

Liverpool zagrał tak, jakby w najmniejszym detalu chciał odwzorować plan swojego mentora, stawiając efektywność ponad efektowność. Do zdobycia trzech bramek The Reds wystarczyły bowiem tylko cztery celne strzały.


Trudno stwierdzić, czy pięciokrotny zwycięzca Ligi Mistrzów jest gotowy na wygraną także w tej edycji. Niemniej jednak Liverpool wysłał czytelny sygnał do rywali, że w ewentualnym półfinale z pewnością nie będzie przystępował z pozycji straceńca błagającego o jak najniższy wymiar kary – bez względu na to, czy los przydzieli im Bayern, Real czy Barcelonę.



W cieniu rywalizacji na Anfield, a zdaniem prezesa Jacka Kurskiego nawet ponad nią, naprzeciwko siebie stanęły FC Barcelona oraz AS Roma. Podopieczni Eusebio Di Francesco z każdym kolejnym tygodniem ukazywali swój progres, ale tym razem przyszło im dokonać niemal niemożliwego. Mimo że w ostatnich miesiącach potrafili pokonać Napoli, rywalizować na równi z Juventus czy wyeliminować w fazie grupowej Atlético, niewielu dawało Giallorossim szansę w konfrontacji z rywalem, który nie przegrał jeszcze w tym sezonie LaLiga żadnego spotkania.

Na domiar złego były opiekun Sassuolo nie mógł liczyć na dwa kluczowe elementy swojej układanki: Radję Nainggolana oraz błyskotliwego Cengiza Ündera. Z tego względu przed atakami faworyzowanych gospodarzy udało się rzymianom obronić tylko przez nieco ponad dwa kwadranse.


Cztery stracone bramki przeciwko zespołowi Messiego ujmy jednak nie przynoszą i choćby za sprawą honorowego trafienia Edina Džeko goście mogą wracać na Półwysep Apeniński z podniesionym czołem.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *