DcN56tUWsAELLL9

Błędy, błędy, błędy – wokół tego słowa jeszcze długo toczyć się będzie analiza tegorocznych półfinałów. W niechlubny poczet pomyłek, do Keylora Navasa, Rafinhy oraz Svena Ulreicha, dołączył w środowy wieczór Radja Nainggolan, który sprawił, że emocje na Stadio Olimpico zakończyły się w zasadzie już po 9. minutach rywalizacji. Mimo tego gospodarze z podniesionym czołem żegnają się z tegoroczną edycją Ligi Mistrzów, ze świadomością, że i tak dokonali rzeczy wielkiej. Rzymianie odpadają z ekipą, która nie bez szans przystąpi do finałowej rywalizacji z Realem Madryt, nawet jeśli w drugiej połowie The Reds całkowicie stracili kontrolę nad tym widowiskiem.

„Oczekiwanie na kolejny cud” – tak w skrócie można opisać stan ducha w stolicy Italii pomiędzy pierwszym a drugim meczem półfinałowym Ligi Mistrzów. Media na Półwyspie Apenińskim szumnie zapowiadały, że Eusebio Di Francesco nie popełni błędu ze starcia na Anfield Road i lepiej zbilansuje ustawienie swojego zespołu, zwłaszcza że szkoleniowiec Giallorossich musiał zmierzyć się z urazami Diego Perottiego oraz Kevina Strootmana. Z tego względu w wyjściowym składzie gospodarzy znalazło się miejsce m.in. dla Lorenzo Pellegriniego oraz bohaterów weekendowego starcia z Chievo: Patrika Schicka oraz Stephana El Shaarawy’ego.


Główną nadzieją rzymian na odrobienie strat i wymarzony awans była postać Edina Džeko. Bośniak nie notuje co prawda tak znakomitych wyników strzeleckich, jak w poprzednich sezonach, ale w ważnych rywalizacjach absolutnie nie zawodzi. W ostatnich miesiącach wychowanek Željezničara zmuszał do rozpaczy chociażby bramkarzy Milanu, Interu, Chelsea, Barcelony, a w zeszły wtorek Lorisa Kariusa.


Mimo korzystnego rezultatu sprzed tygodnia, w czerwonej części Merseyside nie zapanowała euforia, lecz chłodna kalkulacja, że to dopiero pierwszy krok wykonany przez The Reds w kierunku finału najbardziej prestiżowych rozgrywek na Starym Kontynencie. Wynikało to zapewne z doświadczenia wyniesionego z porażki Barcelony w poprzedniej rundzie oraz dobrej postawy Lupich przed własną publicznością. Dość powiedzieć, że na Stadio Olimpico wyższość Romy musiały uznać nie tylko wspomniana Duma Katalonii, ale także Chelsea i Lazio.

Co ciekawe, w tym tygodniu angielskie media równie dużo miejsca co środowej rywalizacji poświęcały rzekomemu konfliktowi na linii Jürgen Klopp – Željko Buvač. Wieloletni asystent niemieckiego szkoleniowca miał odgrywać coraz mniejszą rolę w przygotowaniu zespołu do kolejnych pojedynków, a ostatnio całkowicie odsunął się w cień, argumentując to względami osobistymi. Ogromnym zaskoczeniem okazały się więc rewelacje bośniackich mediów, które błyskawicznie zostały rozkolportowane także nad Tamizą.


50-latek zapewniał na przedmeczowym spotkaniu z dziennikarzami, że jego ekipa z całą pewnością nie zlekceważy przedstawiciela włoskiej Serie A i od pierwszych minut będzie wartościowym oponentem. Początek środowej batalii mającej na celu wyłonienie finałowego rywala dla Realu Madryt upłynął jednak pod dyktando miejscowych, ale nie trzeba było być cenionym wizjonerem, aby przewidzieć akurat taki scenariusz. Zanim jednak graczom Di Francesco udało się sfinalizować przewagę, a na zegarze wybiła 10 minuta, przyszło Giallorossim niemalże pogodzić się z kresem marzeń o kolejnej imponującej remontadzie.


Po niespodziewanej i kuriozalnej stracie Nainggolana, a także następującej po niej błyskotliwej akcji Roberto Firmino i świetnym wykończeniu Sadio Mané „Wieczne Miasto” przeszyła trudna do opisania fala rozczarowania, wszak była to dopiero pierwsza bramka stracona przez rzymian na własnym obiekcie w tej edycji Champions League.


Po raz kolejny w bieżących rozgrywkach Ligi Mistrzów można było przekonać się również, jak wielkie znaczenie dla przebiegu rywalizacji ma tzw. czynnik ludzki. Wystarczy wspomnieć tylko niedawne pomyłki Navasa i Rafinhy w Monachium, czy komiczną interwencję Ulreicha z wtorkowego pojedynku na Estadio Santiago Bernabéu.

Podobnie jak w pierwszym starciu, koło ratunkowe stołecznej drużynie postanowił jednak rzucić Dejan Lovren. Chorwacki defensor to modelowy przykład człowieka, który w swoje DNA ma wpisane tylko jedno słowo: pech. Nie byłoby zaskoczeniem, gdyby potknął się na prostej drodze, spóźnił na pociąg PKP Intercity albo przegrał partię pokera mając w posiadaniu cztery asy. Na najwyższym europejskim poziomie taki gatunek piłkarza spotkać jest coraz trudniej.


Zanim jednak w głowach fanów Romy rozpoczęła się wyliczanka na temat bramek wymaganych do awansu, Liverpool znów wyszedł na prowadzenie. Ponownie nie obyło się bez pomocy trzeciej ekipy obecnej kampanii włoskiej ekstraklasy. Winą za trafienie Wijnalduma należą bowiem obarczyć Džeko, który mimo imponujących warunków fizycznych niespodziewanie przegrał pojedynek we własnym polu karnym.

Mimo iluzorycznej szansy na historyczny wynik, Di Francesco bardzo dobrze przepracował ze swoimi podopiecznymi przerwę pomiędzy obiema połowami. W efekcie już siedem minut po zmianie stron snajper kadry Roberta Prosinečkiego zrehabilitował się za wcześniejszy błąd i zmusił Kariusa do kapitulacji.


Wyjątkowa odwaga w drugiej połowie, szaleńcza pogoń, a nawet odkupienie win przez belgijskiego pomocnika były niewystarczające, aby stołeczna ekipa zameldowała się w wielkim finale. Barierą nie do przeskoczenia okazała się niewłaściwa taktyka obrana przed tygodniem, a przede wszystkim znakomita dyspozycja Salaha i Firmino właśnie w spotkaniu rozegranym w czerwonej części Merseyside.

Pozostaje tylko żałować, że do poziomu prezentowanego przez piłkarzy nie dostosowali się arbitrzy. Wątpliwy spalony Džeko, brak rzutu karnego po zagraniu ręką Trenta Alexandra-Arnolda – to tylko początek sędziowskiej listy wstydu. Trudno oczywiście stwierdzić, jak właściwe decyzje Damira Skominy i jego zespołu wpłynęłyby na ostateczne rozstrzygnięcie angielsko-włoskiej rywalizacji, ale na takim poziomie nie jest niczym nadzwyczajnym oczekiwanie wysokiej dyspozycji także ze strony rozjemców.


Pytanie zatem, ile podobnych sytuacji potrzeba jeszcze Europejskiej Federacji Piłkarskiej, aby ostatecznie przekonała się, że system VAR powinien być wykorzystywany w najbardziej prestiżowych rozgrywkach klubowych w Europie…


Przed Liverpoolem i Realem Madryt okres kilkunastodniowego przygotowania do najważniejszego starcia sezonu. Sytuacja, którą obie ekipy mają w tabelach ligowych sprawia, że mogą się już skupić wyłącznie na kijowskim finale. Biorąc pod uwagę ich dyspozycję w ataku i czasem zupełnie nieoczekiwane błędy w defensywie, należy się spodziewać prawdziwie wyniszczającej walki. Walki, której zwycięzcę równie trudno wskazać. jak w boju o zajęcie miejsca w warszawskim ratuszu po jesiennych wyborach samorządowych. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że niezrozumiałych decyzji i kuriozalnych pomyłek pretendentów w piłkarskim starciu będzie zdecydowanie mniej…


AS Roma 4:2 Liverpool FC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *