logo_copadelrey_900x570_seat

Za nami pierwsze mecze ćwierćfinałowe Copa del Rey, po których dwie drużyny są blisko awansu do najlepszej czwórki. Nie zabrakło również niespodzianki w postaci drugiego z rzędu niepowodzenia Realu Madryt po kilkudziesięciu spotkaniach bez porażki. Zadowolona na pewno może być FC Barcelona, która po wielu latach w końcu przełamała baskijski impas i zdołała odnieść zwycięstwo na Estadio Anoeta.

AD Alcorcón 0:2 Deportivo Alavés

Na papierze, a właściwie także w praktyce jest to najsłabsza para ćwierćfinałowa Pucharu Króla. Drugoligowiec miał nieco szczęścia w poprzedniej rundzie, gdyż trafił na inny zespół z Segunda División, Córdobę. Trzeba jednak oddać Alfareros, że wcześniej potrafili wyeliminować występujący w elicie Espanyol. Z kolei piłkarze Mauricio Pellegrino awans wywalczyli w dwumeczu z Deportivo dzięki dwóm remisom, a w rewanżu przez 45 minut musieli nawet walczyć w „dziesiątkę” po czerwonej kartce dla Theo Hernándeza.

W starciu outsiderów od początku piłkarzom obu zespołów brakowało szczęścia w polu karnym. W 51. minucie impas przełamali Babazorros, ale sędzia słusznie nie uznał bramki z powodu spalonego. Kiedy wydawało się, że spotkanie zakończy się bezbramkowym remisem, w 90. minucie szybką akcję przeprowadziło Alavés, a skutecznie wykończył ją Ibai Gómez. Po chwili Alcorcón straciło jeszcze zawodnika, gdyż za ordynarny i zupełnie niepotrzebny faul do szatni został odesłany Carlos Bellvis. Na domiar złego rywale z Baskonii zdążyli jeszcze podwyższyć prowadzenie, a dublet stał się udziałem Gómeza, który skutecznie wykonał rzut wolny.

Do półfinału najpewniej awansują piłkarze z Vitorii, lecz najnowsza historia nie daje im szans na nic więcej. W ostatnich latach w finale CdR grały bowiem najbardziej renomowane hiszpańskie kluby i trzeba cofnąć się aż do 2008 roku, aby odnaleźć w decydującej rozgrywce taki zespół jak Getafe. Spisywanym na pożarcie drużynom z pewnością łatwiej byłoby osiągnąć sukces, gdyby w poszczególnych fazach rozgrywano tylko jedno spotkanie. Konsekwencją tego byłoby oczywiście więcej niespodzianek i emocji dla postronnych sympatyków hiszpańskiego futbolu.


Real Madryt 1:2 Celta de Vigo

Królewscy jeszcze do niedawna byli na fali – rozegrali aż czterdzieści kolejnych spotkań we wszystkich rozgrywkach, w których nie zaznali goryczy porażki! Pierwszym od kwietnia pogromcą drużyny Zinédine’a Zidane’a okazała się w lidze Sevilla. To, że seria Realu nie będzie trwała wiecznie wiedział każdy. Z tego względu przegrana Los Blancos na trudnym terenie, jakim jest Estadio Ramón Sánchez Pizjuán, nikogo przy zdrowych zmysłach nie zaniepokoiła. Inaczej sprawa wyglądała jednak po drugiej z rzędu porażce, w dodatku na własnym boisku.

Triumfatorzy ostatniej edycji Ligi Mistrzów przystąpili do środowego meczu w bardzo mocnym zestawieniu, z Cristiano Ronaldo, Sergio Ramosem czy Tonim Kroosem na czele. Na prowadzenie pierwsi wyszli jednak goście za sprawą niezawodnego ostatnio Iago Aspasa. Po kilku minutach wyrównał Marcelo, który wcześniej przy stracie bramki nie najlepiej wybijał piłkę. Radość piłkarzy ze stolicy trwała jednak niespełna minutę, gdyż po stracie piłki w środku pola, Celestes wyprowadzili szybką kontrę zakończoną trafieniem Jonny’ego Castro.

Eduardo Berizzo i jego piłkarze osiągnęli zatem fenomenalny wynik przed rewanżową potyczką na Balaídos. Oprócz wygranej, Celta strzeliła bezcenne dwa gole na wyjeździe, które nawet w obliczu minimalnej porażki na własnym terenie mogą dać awans do ½ finału. Rok temu gracze z Galicji na tym samym etapie rozgrywek potrafili wyeliminować Atlético, więc ich szanse w konfrontacji z drugą z madryckich ekip są całkiem spore.


Atlético Madryt 3:0 SD Eibar

Sprawa awansu właściwie została już rozstrzygnięta na Vicente Calderón. Eibar przyjechało do Madrytu osłabione brakiem kilku podstawowych graczy, a wyrwy były szczególnie widoczne w bloku obronnym. Diego Simeone nie potraktował jednak pucharowego rywala ulgowo i desygnował do pierwszego składu wielu podstawowych graczy z Antoinem Griezmannem i Koke na czele. To był dzień napastników. Wyżej wymieniony Francuz otworzył wynik spotkania, co potwierdza jego formę zwyżkową w ostatnim czasie po wcześniejszej indolencji strzeleckiej. Na 2:0 podwyższył Ángel Correa, a wynik ustalił zmiennik Argentyńczyka Kévin Gameiro.

Los Rojiblancos mają dodatkową motywację, aby sięgnąć po puchar, gdyż włodarze ATM walczą o organizację finału na własnym obiekcie, który po sezonie zostanie przeznaczony do wyburzenia (Atlético przeniesie się na będący w budowie Wanda Metropolitano – przyp. red.). Byłaby to ogromna szansa na godne pożegnanie z Calderón, któremu mogłaby dodatkowo towarzyszyć huczna feta po ewentualnym triumfie. W ostatnich dniach prezydent madryckiego klubu Enrique Cerezo przyznał, że trwają intensywne starania o organizację finału, lecz nie dał żadnych gwarancji na końcowy sukces.

W rewanżu trudno oczekiwać nagłego zwrotu akcji. Rusznikarze wprawdzie zagrają przed własną publicznością, ale godne pożegnanie z krajowym pucharem jest maksimum, o które powalczą podopieczni José Luisa Mendilibara. Zresztą awans do ¼ finału już jest historycznym osiągnięciem dla drużyny z Ipurura, bowiem Los Armeros po raz pierwszy znaleźli się w najlepszej „ósemce”.


Real Sociedad de Fútbol 0:1 FC Barcelona

Po losowaniu kibice z San Sebastián mieli prawo uśmiechnąć się pod nosem, gdyż pomimo skojarzenia ich ulubieńców z mistrzem kraju, doskonale wiedzieli, że mają jeden ważny atut w postaci Estadio Anoeta. Duma Katalonii nie zdołała wywieźć stąd trzech punktów od maja 2007 roku, zatem już pierwszy mecz w baskijskiej twierdzy miał dać odpowiedź, o co powalczą w tej edycji Copa del Rey popularni Txuri-Urdin. Podczas czwartkowej potyczki nie zabrakło kontrowersyjnych orzeczeń arbitra, a RFEF chyba po raz kolejny szukała obsady sędziowskiej w którymś ze związków zrzeszających osoby niewidome i słabowidzące…


Goście bardzo dobrze rozpoczęli spotkanie, gdyż już w 20. minucie rzut karny wywalczył Neymar. Sam poszkodowany chwilę później podszedł do piłki ustawionej na jedenastym metrze i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Obie drużyny miały jeszcze swoje szanse, ale ostatecznie minimalną zaliczkę wywiozła Barça.

Mimo zaledwie jednej bramki przewagi, za zdecydowanego faworyta przed rewanżem należy uznać podopiecznych Luisa Enrique, gdyż tak jak Barcelonie trudno gra się na Anoeta, tak La Real fatalnie radzi sobie na Camp Nou. Baskowie potrzebują zwycięstwa, a to po raz ostatni udało im się na terenie Blaugrany w… 1991 roku. Ponadto dziewiętnaście ostatnich pojedynków w stolicy Katalonii kończyło się porażką Sociedadu. Dość powiedzieć, że w całej historii Biało-Niebiescy pokonali Barcelonę na wyjeździe tylko trzy razy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *