1535522802_468396_1535523485_noticia_normal

Od kilku tygodni na całym świecie szaleje koronawirus, który sieje ogromne spustoszenie w wielu dziedzinach życia. Co zrozumiałe, epidemia musiała dotknąć także futbolu. Pod dużym znakiem zapytania stanęło dokończenie sezonu w niemal każdej lidze, a także bieżącej kampanii europejskich pucharów, nie mówiąc już o czerwcowym, rozsianym po wielu krajach turnieju o prymat na Starym Kontynencie. Zupełnie irracjonalne w zaistniałej sytuacji jest natomiast działanie Europejskiej Unii Piłkarskiej, która chyba opacznie zrozumiała polecenie o umywaniu rąk…

Początkowe lekceważenie zagrożenia wynikającego z rozpowszechniającego się w ekspresowym tempie wirusa COVID-19 sprawiło, że wiele krajów stanęło w obliczu katastrofy. Najtrudniejsza sytuacja panuje obecnie na Półwyspie Apenińskim – to właśnie włoskie władze jako pierwsze zdecydowały o zawieszeniu rozgrywek piłkarskich. Pojawia się jednak pytanie, czy nie uczyniono tego zbyt późno, skoro pozytywnie zdiagnozowany w środę Daniele Rugani jeszcze w niedzielę siedział w otoczeniu zawodników rezerwowych podczas rywalizacji Juventusu z Interem.


W czwartek podobną decyzję podjęły władze hiszpańskiej ekstraklasy, choć nie trudno zauważyć, że wpłynęły na to również wydarzenia ze stolicy kraju. U jednego z koszykarzy Realu Madryt badanie na obecność wirusa dało wynik pozytywny, toteż obowiązkowej kwarantannie zostali poddani wszyscy pracownicy klubu, na czele z piłkarzami Królewskich.

Nic zatem dziwnego, że wszyscy oczekiwali zdecydowanej reakcji także ze strony Europejskiej Unii Piłkarskiej (UEFA). Jedyną słuszną decyzją wydawało się zawieszenie rozgrywek Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy. W żaden sposób nie sprawdziły się bowiem warianty z zamykaniem dla kibiców stadionów w Walencji czy Paryżu, skoro nieodpowiedzialni fani i tak zebrali się pod obiektem.


Tymczasem zamiast poinformowania o podjęciu zdecydowanych kroków, najpierw postanowiono tylko… dopełnić formalności. Na inny termin przeniesiono zaplanowane na najbliższy wtorek pojedynki Juventusu z Olympique’m Lyon i Manchesteru City z Realem Madryt. Trudno było jednak o inną decyzję, skoro ze względu na przymusową izolację drużyn Starej Damy i Los Blancos nie było fizycznej możliwości rozegrania tych starć.

Gigantyczną konsternację wywołały zaś doniesienia włoskich mediów. UEFA miała ponoć zwrócić się z prośbą do działaczy Interu i Romy, aby przedstawiciele Serie A dobrowolnie wycofali się z walki o końcowy triumf w Lidze Europy! Wtedy „normalnie” można byłoby dokończyć bieżącą edycję rozgrywek, a przy tym wyłonić uczestnika kolejnej kampanii Ligi Mistrzów i drugiego finalistę zmagań o Superpuchar Europy.


Ostatecznie wspomniane konfrontacje podopiecznych Antonio Contego z Getafe oraz batalię Giallorossich z Sevillą przełożono, ale niesmak pozostał. Tym większy, że z odmową spotkały się prośby działaczy Wolverhampton Wanderers o odwołanie meczu popularnych Wilków z Olympiakosem Pireus, którego właściciel jest przecież jednym z zarażonych koronawirusem. Wiążące decyzje zapadły dopiero w piątkowe przedpołudnie. Ogłoszono wówczas, że odwołane zostały wszystkie mecze Ligi Mistrzów i Ligi Europy zaplanowane na przyszły tydzień.


Do tego momentu narastało jednak wrażenie, iż UEFA nie ma najmniejszego pomysłu, jak rozwiązać niecodzienną sytuację i oczekuje, że któraś z krajowych federacji wyjdzie z własną inicjatywą. W czwartek aż sześć spotkań w ramach 1/8 finału Europa League odbyło się bowiem zgodnie z planem.

Oddzielną kwestię stanowi organizacja zaplanowanych za trzy miesiące piłkarskich Mistrzostw Europy. Ponownie okazało się, że nazbyt pochopna była decyzja Komitetu Wykonawczego z 2013 roku, aby jubileuszowy turniej finałowy został rozegrany w 12 różnych krajach, co w obecnych realiach i przy ograniczonej dostępności do niektórych państw w zasadzie kończy temat rozegrania kontynentalnego czempionatu w zaplanowanym wcześniej terminie. Jedynym racjonalnym wyjściem z całego zamieszania byłoby przełożenie EURO o rok. Tylko w taki sposób można zagwarantować piłkarzom, działaczom i przedstawicielom wszystkich sztabów szkoleniowych bezpieczeństwo, a kibicom atmosferę piłkarskiego święta, na które czeka się długie cztery lata. Ponadto, gdyby pandemia opuściła Europę, można by było pomyśleć o przynajmniej częściowym dokończeniu zmagań w ligach krajowych czy europejskich pucharach. O takim scenariuszu pisała w ostatnich dniach hiszpańska „Marca”.

Czy tego typu rozwiązanie jest w ogólne rozważane przez Aleksandara Čeferina i spółkę? Czwartkowa wypowiedź rzecznika Europejskiej Unii Piłkarskiej dla serwisu goal.com zdaje się sugerować, że w Nyonie zupełnie nie zauważyli narastającego problemu i liczą, iż sytuacja sama się unormuje…

„Na razie nie widzimy powodu, aby przełożyć termin rozgrywania turnieju finałowego Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Jesteśmy cały czas w kontakcie z przedstawicielami krajowych federacji oraz lokalnymi władzami w sprawie dalszego rozwoju koronawirusa. Nie otrzymaliśmy zresztą ani jednej prośby, aby terminarz uległ zmianie.”

Nadszedł najwyższy czas, aby ktoś wreszcie wziął na siebie odpowiedzialność i podjął wiążące decyzje. Nie można oczekiwać, że problem zniknie szybko i bezboleśnie, wszak największy przyrost zachorowań na Starym Kontynencie zapewne dopiero przed nami. Pieniądze i ewentualne naciski ze strony sponsorów nie mogą w żaden sposób zasłonić najwyższej wartości – ludzkiego życia. To nie miejsce i czas, aby kierować się zasadą „show must go on”…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *