1516831124_605104_1516831173_noticia_normal

Mimo że większość sympatyków futbolu żyje już rosyjskim mundialem, to pod koniec maja oczy piłkarskiej społeczności skierowane zostały nie na Moskwę czy Petersburg, a na Madryt. W Boże Ciało Zinédine Zidane oznajmił w obecności samego Florentino Péreza, że kończy swoją misję w najbardziej utytułowanym klubie na świecie. Decyzja podjęta na zwołanej w trybie nadzwyczajnym konferencji prasowej wprowadziła całe środowisko w konsternację, a dla fanów Królewskich była niczym cios prosto w serce. Warto więc zastanowić się nie tylko nad tym, dlaczego „Zizou” postanowił zrezygnować z posady zaledwie pięć dni po wygraniu trzeciej z rzędu Ligi Mistrzów, ale także nad tym, w jakim stanie ekipę z Estadio Santiago Bernabéu zastanie jego następca, Julen Lopetegui.

O powodach swojej decyzji były znakomity rozgrywający wypowiedział się dość klarownie, ale tym zajmiemy się nieco później. Najpierw należy odbyć małą podróż w czasie. 4 stycznia 2016 roku. Zinédine Zidane zostaje ogłoszony trenerem Realu Madryt niedługo po tym, jak zatrudnienie Rafy Beníteza okazało się koszmarnym błędem.

Źródło: El Nuevo Diario
Źródło: El Nuevo Diario

Z racji swojej bogatej kariery, ale także pozytywnego usposobienia Francuz zostaje bardzo dobrze przyjęty przez kibiców Los Blancos. Warto przy tym wspomnieć, że swoje pierwsze doświadczenie trenerskie Zidane zdążył zebrać w drużynie rezerw stołecznego klubu. Następnie piastował rolę jednego z asystentów Carlo Ancellotiego, który wygrał z Realem Ligę Mistrzów w sezonie 2013/14. Jak się później okazało, była to dla niego pierwsza, ale absolutnie nie ostatnia okazja do zobaczenia z perspektywy ławki trenerskiej najcenniejszego klubowego trofeum.

W swoim pierwszym sezonie na Estadio Santiago Bernabéu, w którym marsylczyk miał w zasadzie tylko uniknąć kompromitacji, sięgnął po Champions League, pokonując w finale na San Siro odwiecznego rywala, Atlético. Dodatkowo, po szalonym pościgu, zaledwie o jeden punkt Królewscy musieli ustąpić miejsca na szczycie LaLiga Barcelonie.

Kolejne rozgrywki to już prawdzie pasmo sukcesów: Superpuchar Europy, mistrzostwo Hiszpanii, Klubowe Mistrzostwo Świata, a przede wszystkim to, czego nie dokonał jeszcze nikt, od kiedy Liga Mistrzów rozgrywana jest w obecnej formule – obrona tytułu najlepszej klubowej ekipy na Starym Kontynencie.


W związku z tym nawet najmniejszego rozgoryczenia nie wzbudziła porażka z Celtą i dość wczesne pożegnanie się z Copa del Rey. Priorytetowe cele udało się bowiem zrealizować w wybornym stylu.

Rozgrywane w sierpniu 2017 roku znakomite potyczki z Dumą Katalonii o Superpuchar Hiszpanii zdawały się sugerować, że jesteśmy właśnie świadkami narodzin wieloletniego hegemona światowego fubolu.


W zakończonej niedawno kampanii madrytczykom udało się wprawdzie uzupełnić klubową gablotę o najcenniejsze, ale tylko jedno trofeum. Z całą pewnością daleka od oczekiwań była postawa Realu na boiskach LaLiga Santander, skutkująca tylko trzecią lokatą i aż siedemnastoma punktami straty do Blaugrany. Całość uzupełniła upokarzająca porażka z CD Leganés w Pucharze Króla, po której przyszłość Zidane’a zawisła na niezwykle cienkim włosku. Niepowodzenia na krajowym podwórku Ronaldo i spółka zrekompensowali kibicom pod koniec maja, po raz trzeci w rzędu zwyciężając w Lidze Mistrzów.


Wtedy nikomu nawet w najmniejszy sposób nie przeszło przez myśl, że niebawem zakończy się trwająca dokładnie 876 dni współpraca ukoronowana aż dziewięcioma trofeami. Z argumentacją „Zizou” trudno jednak polemizować. Były znakomity reprezentant Les Bleus zostawia stołeczny zespół po historycznych osiągnięciach, ale być może także w przededniu niezwykle chudych lat. Nie tylko jego zdaniem Realowi potrzebny był nowy impuls, który dokonać się mógł tylko w jeden sposób – za pomocą nowego trenera.


Poprzez chłodną kalkulację Zidane doszedł do wniosku, że lepiej odejść w glorii i chwale, zostawiając swojemu następcy poważne materiały pod przebudowę. Na ile dogłębną? Na to pytanie można odpowiedzieć jedynie poprzez wnikliwą analizę stanu, w jakim Francuz zostawia Real.

Mistrz świata z 1998 roku niezwykle mocno przywiązał się do nazwisk, dlatego obecny skład Królewskich niewiele różni się od tego ze stycznia 2016 roku. Owszem, do kadry pierwszego zespołu przebijają się nowi zawodnicy, tacy jak Marco Asensio czy Lucas Vázquez, ale niewątpliwe widoczna była potrzeba zmian, które swoim zasięgiem w pierwszej kolejności obejmą linie obrony i ataku. Zupełnym niewypałem okazał się Theo Hernández, a cały czas brakuje wartościowego zmiennika dla duetu stoperów Ramos – Varane. Kluczową kwestią będzie również znalezienie jeśli nie następcy, to przynajmniej wartościowego rywala dla Karima Benzemy, zwłaszcza że cały czas pod dużym znakiem zapytania pozostaje przyszłość Cristiano Ronaldo w Madrycie. Portugalczyk zaczyna mieć coraz bardziej absurdalne oczekiwania finansowe.


Przez długi czas wydawało się, że idealnym kandydatem do tej roli, nie tylko dla polskich kibiców, będzie Robert Lewandowski. Hiszpańskie media coraz mniej piszą jednak o rzekomych przenosinach snajpera Bayernu na Półwysep Iberyjski, a zdaniem niektórych dziennikarzy Real całkowicie zrezygnował już z pozyskania kapitana kadry Adama Nawałki.

Niewykluczone zaś, że na Concha Espina 1 przeniesie się największa gwiazda grupowego rywala Biało-Czerwonych na rosyjskim mundialu, czyli Sadio Mané. Królewscy mieli nawet nawiązać pierwszy kontakt z reprezentantem Senegalu, ale ostateczna decyzja co do powodzenia tej misji znajdzie się w rękach następcy Zidane’a.


Wymarzonym i najważniejszym kandydatem na to eksponowane stanowisko był aktualny opiekun Tottenhamu Mauricio Pochettino, znający hiszpańskie realia za sprawą wcześniejszej pracy w Espanyolu. O odejściu 46-letniego menedżera nie chce jednak słyszeć prezes Kogutów Daniel Levy i zdaniem angielskich mediów całą historię przenosin Argentyńczyka do Madrytu szybko należało traktować jako nieaktualną.


W zatrważającym tempie zaczęła się także kurczyć lista z kolejnymi nazwiskami sukcesorów „Zizou”, na której mieli się znajdować Antonio Conte, Arsène Wenger, Guti, czy nawet Julian Nagelsmann. Przed długi czas, wydawało się że na „pole position” przesunął się Massimiliano Allegri. Próba odbicia trenera urodzonego w Livorno z rąk Starej Damy zakończyła się jednak niepowodzeniem. Nie wynikało to jednak ze sceptycznego podejścia decydentów klubu ze stolicy Piemontu, którzy w Simone Inzaghim widzą nawet potencjalnego następcę Toskańczyka. Na pomyślności całej operacji zaważyła sytuacja rodzinna 50-letniego szkoleniowca, związana z niedawną śmiercią jego matki.


12 czerwca okazało się zaś, że zrealizowany został zupełnie inny scenariusz. Zgodnie z tym, co sugerowało chociażby radio „COPE” w audycji „El Partidazo”, prestiżową nominację dostał ktoś, kogo nikt na samym początku nawet nie wymienił w gronie kandydatów.


Na gorąco, wydaje się, że włodarze Realu Madryt podjęli trudną, ale właściwą decyzję i znaleźli właściwego dowódcę, który nie tylko przeprowadzi spokojną, ale niezbędną rewolucję kadrową, ale przede wszystkim dotrze do grupy piłkarzy niezwykle mocno nasyconych ostatnimi sukcesami.


Autor: Bartłomiej Cichecki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *