DQNqcyOXUAA8Qg5

Gdy w 2008 roku w wieku zaledwie 21 lat znacząco przyczynił się do zdobycia przez Villarreal historycznego wicemistrzostwa Hiszpanii, wszystko wskazywało na to, że będzie topową „dziewiątką” na Starym Kontynencie. Trzy kolejne lata zdawały się zresztą potwierdzać te przypuszczenia – Giuseppe Rossi stał się pierwszą strzelbą Żółtej Łodzi Podwodnej, która w latach 2008-2011 regularnie kwalifikowała się do europejskich pucharów. Kolejny rok można nazwać przełomowym zarówno dla klubu z El Madrigal, jak i dla samego piłkarza – niestety w najgorszym rozumieniu tego słowa. O ile jednak spadający do Segunda División klub z prowincji Castellón po roku wrócił na swoje miejsce, o tyle dla urodzonego w stanie New Jersey Włocha był to początek wieloletniego zmagania się z bardzo poważnymi kontuzjami, z powodu których na dłuższą metę już nigdy nie zasmakował regularnej gry. Przed trzydziestoletnim snajperem, wracającym właśnie do zdrowia po kolejnym rozbracie z futbolem, znów pojawiła się szansa na odbudowanie – chętna do skorzystania z jego usług okazała się bowiem ekipa Genoi.

Pobyt w Villarrealu to zdecydowanie najlepszy fragment kariery Rossiego, jednak już wcześniej Włoch przejawiał wielki talent, czego efektem było podpisanie kontraktu z Manchesterem United w wieku zaledwie 17 lat. Po okresie aklimatyzacji i coraz częstszych treningów pod okiem Sir Alexa Fergusona przyszedł czas na debiuty – w Pucharze Ligi, a następnie w kolejnych rozgrywkach na czele z Premier League, gdzie swój premierowy występ okrasił zdobyciem pierwszego gola na angielskich boiskach. Finalnie jako „Czerwony Diabeł” zdobył cztery gole i w sezonie 2006/07 powędrował na dwa półroczne wypożyczenia – najpierw do Newcastle, a na rundę rewanżową do Parmy, w której zbierał pierwsze szlify i miał uratować przed spadkiem do Serie B.

Przez niespełna pięć miesięcy w barwach Gialloblù rozegrał 19 spotkań w Serie A i walnie przyczynił się do utrzymania drużyny ze Stadio Ennio Tardini w najwyższej klasie rozgrywkowej zdobywając dziewięć bramek. Dobra gra utalentowanego napastnika zaowocowała transferem do hiszpańskiego Villarrealu, który wyłożył za dwudziestoletniego wówczas piłkarza 10 mln €. Przeprowadzka na Półwysep Iberyjski okazała się strzałem w dziesiątkę – Rossi grał dobrze, strzelał dużo bramek, a jego nowy klub osiągnął największy sukces w historii sięgając po wicemistrzostwo Hiszpanii, by w kolejnym sezonie dotrzeć nawet do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

Kariera młodego snajpera układała się nader obiecująco, a nieudana przygoda w deszczowym Manchesterze mogła posłużyć jako nauka i cenne doświadczenie. Rossi dość szybko odnalazł miejsce, w którym czuł się dobrze, rozwijał się i osiągał dobre wyniki, rokrocznie notując dwucyfrową liczbę strzelonych bramek. Rezultatem tego były częste powołania do Squadra Azzurra, w której zadebiutował jesienią 2008 roku i występował w miarę regularnie przez kolejne trzy lata (niestety dla samego zainteresowanego, z przerwą na Mistrzostwa Świata w RPA, podczas których Marcelo Lippi postawił na innych atakujących – dod. red.). Kolejna kampania była dla urodzonego w Stanach Zjednoczonych zawodnika najlepszą w karierze – w sumie rozegrał dla Żółtej Łodzi Podwodnej 54 spotkania, w których zdobył aż 31 bramek.


Kwestią czasu wydawał się być zatem transfer do któregoś z czołowych klubów europejskich, czego nie ukrywało najbliższe otoczenie piłkarza, jak i on sam.

„Z Blaugraną mieliśmy prawie wszystko gotowe – byliśmy dogadani jeśli chodzi o szczegóły kontraktu. Wybierali między nim a Alexisem Sánchezem i w końcu zdecydowali się na Chilijczyka. Szkoda, było bardzo blisko…”

Andrea Pastorello, agent Rossiego o możliwych przenosinach swojego klienta do Barcelony latem 2011 roku


„Myślę, że każdy gracz marzy o występach w renomowanym klubie. Manchester United, Real Madryt i przede wszystkim FC Barcelona to wielkie zespoły, w których każdy piłkarz chciałby zagrać. Nadal wierzę, że tego lata do takiej drużyny trafię

Giuseppe Rossi po nieudanym transferze do ekipy Dumy Katalonii

Ostatecznie Włoch pozostał na El Madrigal, co okazało się być początkiem końca jego świetnie zapowiadającej się kariery. 26 października 2011 roku w meczu wyjazdowym z Realem Madryt po raz pierwszy zerwał więzadła krzyżowe. Lekarze informowali początkowo o półrocznym rozbracie z futbolem, a ostatecznie Rossi pauzował przez bagatela 557 dni!


Podczas pierwszej, najdłuższej przerwy w treningach naszego bohatera Villarreal zdążył spaść z ligi i do niej powrócić, a Rossi przeprowadzić się do Florencji, która zaryzykowała i za 10 mln € sprowadziła do siebie kontuzjogennego napastnika. Do pełni zdrowia Włoch doszedł pod koniec sezonu, przez co zdążył zaliczyć tylko jeden krótki epizod w ostatniej kolejce ligowej (26 minut przeciwko Pescarze – przyp. red.). Pełną parą miał przystąpić natomiast do przygotowań do kolejnej kampanii, w której Viola zamierzała bronić świetnego, czwartego miejsca z campionato 2012/13. Pierwsze półrocze faktycznie było znakomite – Rossi grał w każdym meczu i strzelał mnóstwo bramek (do końca roku aż 15!), demolując chociażby ówczesnego mistrza Italii.

W styczniu doszło jednak do kolejnej paskudnej kontuzji, w wyniku której popularny „Pepito” wypadł ze składu Fiorentiny na cztery miesiące i wrócił dopiero na trzy ostatnie kolejki. Scenariusz miał być bliźniaczy – do nowych rozgrywek Rossi miał przystąpić jeszcze mocniejszy i po przepracowanym w pełni okresie przygotowawczym. Rzeczywistość znów okazała się o wiele bardziej ponura i w sierpniu 2014 roku wychowanek Parmy po raz kolejny zerwał więzadła – tym razem wypadając na cały sezon, a w międzyczasie opuszczając kolejny już mundial…

Powrót po kolejnym urazie nie był tym razem bezbolesny. Rossi był wprawdzie zdrowy, ale w ekipie ze Stadio Artemio Franchi grywał najczęściej ogony, co skłoniło obie strony do zmian. Tym razem wybór filigranowego reprezentanta Italii padł na hiszpańskie Levante, które rozpaczliwie – i jak się potem okazało nieskutecznie – broniło się przed spadkiem. Dla samego piłkarza kluczowa była jednak możliwość ponownego regularnego kontaktu z murawą, co udało się całkiem przyzwoicie i zaowocowało wypożyczeniem do mającej wyższe aspiracje Celty Vigo.

Długi rozbrat z futbolem pozostawił spory ślad – Rossi bardzo rzadko przypominał bowiem tego napastnika, który zachwycał całą Hiszpanię kilka lat wstecz, od czasu do czasu przesiadując wręcz całe spotkania na ławce rezerwowych. Dla gracza zbliżającego się do trzydziestki, który trzy wcześniejsze lata spędził prawie wyłącznie w gabinetach lekarskich, sama możliwość w miarę regularnych występów i tak była niemałym sukcesem. Sporadycznie też udawało się udowodnić piłkarskiemu światu (i sobie?), że instynkt strzelca wyborowego jednak pozostał.

Kwiecień przyniósł kolejny koszmar – zerwane więzadło krzyżowe w meczu z Eibar wykluczyło Włocha z gry na kolejne sześć miesięcy. W tym czasie zawodnik rozstał się z Fiorentiną i od lipca pozostawał bez klubu. Po odzyskaniu pełnej sprawności, co z racji liczby przebytych operacji i powagi odniesionych urazów graniczy z cudem, snajper rozpoczął przymiarki do powrotu na boisko. Kilka dni temu media obiegła dość niespodziewana informacja o trwających testach medycznych w Genoi, a podpisanie kontraktu miało być kwestią czasu.

„Nic mi nie jest – czuję się dobrze i jestem szczęśliwy. Nie potrafię się już doczekać, gdy przywitam się z kibicami Genoi!”

Giuseppe Rossi o powrocie na boisko

Wypada mieć nadzieję, że tym razem będzie to już powrót na stałe, a problemy zdrowotne Rossiego są jedynie koszmarną przeszłością, wszak z wielkiego talentu, który zapowiadał się na czołowego bombardiera Europy, wyrósł bodaj najbardziej pechowy piłkarz świata. Chyba każdy sympatyk calcio będzie teraz mocno trzymał kciuki za kolejny, tym razem trwały powrót do zdrowia i na boiska Serie A napastnika, który jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. I znając jego charakter, pewnie długo jeszcze nie powie. Powodzenia „Pepito”!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *