DboVpWsXUAEFTB4

Za nami pierwsza część najważniejszej rundy UEFA Champions League. Już tylko dwa pojedynki dzielą nas od poznania uczestników bitwy w Kijowie, która wyłoni najlepszy klubowy zespół w tym sezonie. Mimo że jeden z półfinałów został w zasadzie rozstrzygnięty, to emocji, zaskakujących zwrotów akcji, niespodziewanych zrywów i pięknych bramek zdecydowanie nie brakowało. Które wydarzenia najmocniej utkwiły w pamięci kibiców po wtorkowej i środowej rywalizacji?

Salah, czyli najmniej spodziewana „egipska plaga”

O przebycie trasy śladami bohaterów „Pamiętników z wakacji”, czy innego rodzaju ekskluzywnych wczasów, mógłby się pokusić ten, kto przewidział taką formę 25-latka po powrocie na Wyspy. We wtorek Mohamed Salah nie tylko urządził sobie swoiste „One man show”, ale także zaliczył już siódmy z rzędu mecz ze zdobyczą bramkową.


Jest to o tyle zaskakujące, że podczas sezonów spędzonych na Półwyspie Apenińskim Egipcjanin rzadko prezentował nawet zalążek takich umiejętności, choć liczby wykręcał więcej niż przyzwoite. Nie wiadomo, czy będzie w stanie utrzymać wysoką dyspozycję również w kolejnej kampanii, jednak obecnie nie ma wątpliwości, że ociera się o wyjątkowy poziom Ronaldo i Messiego.


Z dużą dozą pewności można zatem przypuszczać, że tym razem działacze Legii nie mieliby wątpliwości odnośnie zatrudnienia Salaha i nie targowaliby się o kilkanaście tysięcy euro. A Manu zyskałby wartościową alternatywę…




Liverpool to wciąż „tylko Liverpool”

Zejście z murawy Anfield reprezentanta Faraonów i największej nadziei Egipcjan na udany występ na rosyjskim mundialu pokryło się z zadyszką złapaną przez The Reds. Trudno stwierdzić czy wynikało to z rozluźnienia, czy wyjątkowego poczucia misji humanitarnej. Jednakże nie trzeba było posiadać dyplomu piłkarskiego analityka, ani przebywać na ostatnim stażu u Michała Probierza, aby stwierdzić, u kogo znajdują się największe pokładu dobroczynności, sugerujące nawet zgłoszenie do Pokojowej Nagrody Nobla.

Gdyby zagadnąć Dejana Lovrena o jego najlepsze mecze w karierze, zapewne zawiesiłby się na dłużej niż Grzegorz Schetyna zapytany o sukcesy poprzedniej ekipy rządzącej.


Długie momenty bezradności i całkowitej dominacji przyjezdnych znów pokazały, że stare demony nadal lubią się odezwać w czerwonej części Mersyside. Ten fakt zdawał się nieco lekceważyć sam Klopp, zapewniając przy na pomeczowym spotkaniu z dziennikarzami, że jego podopieczni podejdą w rewanżu z odpowiednim szacunkiem do rzymskiego rywala.

„Gdybyśmy wygrali 5:0 lub 5:1, to byłbym bardziej zadowolony. Przed meczem taki wynik wzięlibyśmy jednak w ciemno. Nie spodziewałem się, że możemy zagrać aż tak dobrze. Pojawił się jednak gorzki smak, a Roma jest groźna u siebie. My jednak nie jesteśmy Barceloną i pojedziemy po zwycięstwo!”

Jürgen Klopp



Di Francesco też człowiek i pomylić się może

Po nieprawdopodobnym odrobieniu strat i wyeliminowaniu Barcelony w „Wiecznym Mieście” rozpoczął się niemal kult aktualnego opiekuna Romy. Nie jednemu z kibiców Giallorossich marzył się pewnie pomnik, do którego pilnowania mogłoby być zaangażowanych więcej policjantów niż na placu Piłsudskiego w Warszawie. Nie brakowało też głosów, że niebawem 48-letniemu szkoleniowcowi zostanie powierzona znacznie poważniejsza i bardziej prestiżowa misja.


Wtorkowa rywalizacja na Anfield Road udowodniła jednak dobitnie, że o ile człowiek może wyjść z prowincjonalnego klubu, to takie Sassuolo na zawsze w nim pozostanie. Di Francesco pomylił odwagę z odważnikiem i zdecydował się na zaskakująco ofensywne ustawienie. Ponadto zbyt długo okazywał także zrozumienie wobec Juana Jesusa, który tego dnia popełnił więcej błędów niż Dariusz Szpakowski podczas środowej transmisji. Zapłacił więc za to nie tylko wiszącym nad głową widmem klęski, ale także solidną porcją krytyki, zafundowaną przez rodzime media.


Pomocną dłoń, gdy był już po szyję zanurzony w cieczy niekoniecznie przypominającej zapachem najnowszą kolekcję perfum od Hugo Bossa, wyciągnął w jego kierunku angielski rywal. Częściowo takie zachowanie wymusił sam Włoch, gdy od początku drugiej części gry zdecydował się postawić na Patricka Schicka. Była to najlepsza decyzja, jaką podjął tego wieczora, wlewając w serca fanów Lupich choć cień szansy na awans do wielkiego finału.



Królewski występ Jamesa

Jeszcze długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego Björna Kuipersa stało się jasne, że bój na Allianz Arenie będzie szczególnie ważny dla dwóch zawodników: Toniego Kroosa i Jamesa Rodrígueza. Nie było najmniejszych wątpliwości, że to właśnie ten drugi będzie miał więcej do udowodnienia tego wieczora: sobie, kibicom Realu, a przede wszystkim Florentino Pérezowi i Zidane’owi, którzy bez większego żalu zafundowali mu przymusowe „zesłanie” na wypożyczenie do Bawarii.

Tam miał go odbudować były opiekun Los Blancos, Carlo Ancelotti, ale jedna z największych gwiazd poprzedniego mundialu zaczęła błyszczeć dopiero, gdy do Monachium ponownie zawitał Jupp Heynckes. To właśnie pod jego opieką Kolumbijczyk zaczął zmywać jeden ze swoich głównym grzechów, który doprowadził do odejścia z najbardziej utytułowanego zespołu w historii Champions League. Na Półwyspie Iberyjskim zarzucano mu, że zawodził w najważniejszych momentach, wtedy gdy jego właściwa obecność była szczególnie potrzebna. W Niemczech nikt takich zarzutów wysnuwać nie mógł. Reprezentant Los Cafeteros miał udział przy bramkach zarówno w starciach z Borussią Dortmund i Schalke 04, jak również z Lipskiem czy Bayerem Leverkusen.


Pierwsza połowa półfinału to był właśnie popis Jamesa. Mnóstwo otwierających podań, niewiele strat, dobra praca w defensywie, z której przecież nigdy nie słynął, a pieczęć na świetnym występie stanowiła asysta przy trafieniu Kimmicha.


W drugiej części gry nieco przygasł i znalazł się w cieniu Ribery’ego, ale dalej pozostaje najważniejszy argumentem przemawiającym za kolejnym udziałem Bayernu w wielkim finale.



Real błędów nie przebacza

Bayern miał wyjątkową szansą, aby rywalizację w półfinałowym dwumeczu zamknąć już na własnym obiekcie. Do tego potrzebna była jednak zdecydowanie większa skuteczność pod bramką Keylora Navasa i nieco więcej szczęścia w spornych sytuacjach, które rozstrzygał arbiter.

Zamiast tego przyszła powtórka z poprzednich dwóch rund i pojedynków podopiecznych „Zizou” z PSG i Juventusem. 11-krotny zwycięzca najbardziej prestiżowych rozgrywek na Starym Kontynencie znów idealnie potrafił przetrzymać najtrudniejsze momenty i wyczekał na błędy rywala, które następnie bezlitośnie wykorzystał.


Już niedawna batalia ze Starą Damą wydatnie pokazała, że korzystny wynik przywieziony z delegacji może raczej paraliżować niż dodatkowo motywować. Nie ma jednak wątpliwości, że madrytczycy wywożą z Niemiec znakomity rezultat i znów, bez względu na formę i sytuację z lidze, wykonują kolejny krok do trzeciego z rzędu finału. W dodatku bez Cristiano Ronaldo, który zaliczył pierwszy mecz w tym sezonie Champions League bez gola.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *