marciniak

Już kilka chwil po losowaniu par ćwierćfinałowych Ligi Mistrzów, wielu kibiców w mediach społecznościowych zaczęło upominać się o to, aby piłkarze jak najszybciej wybiegli na boisko. Fani musieli poczekać ponad trzy tygodnie, jednak już dzisiaj ich oczekiwaniom stanie się zadość. Na pierwszy ogień idą starcia Juventusu z Barceloną oraz Borussii Dortmund z Monaco. Jutro natomiast na Allianz Arenie w największym hicie tej fazy rozgrywek Bayern Monachium podejmie Real Madryt. Nieco w cieniu tej rywalizacji pozostaje walka Atletico z Leicester, jednak również tutaj należy spodziewać się sporych emocji. O tym, co czeka nas już za kilka godzin porozmawialiśmy z Krzysztofem Marciniakiem – dziennikarzem nc+.

Meczem, który z pewnością będzie elektryzował kibiców we wtorkowy wieczór jest powtórka finału Ligi Mistrzów z 2015 roku. Juventus staje naprzeciwko Barcelony uskrzydlonej niesamowitą remontadą w starciu z PSG. Kto w tym pojedynku zasługuje na miano faworyta?

Po tym, co wydarzyło się z PSG, Barcelony absolutnie nie można skreślać w żadnej sytuacji, nawet jeśli dziś przegra wysoką różnicą bramek. Wielu ludzi po tej remontadzie uważa pewnie, że teraz nic już nie zatrzyma Dumy Katalonii i ostatecznie wygra Ligę Mistrzów. Forma zespołu z Katalonii niekoniecznie jednak to potwierdza. Zdarzają się jej wpadki w lidze, tak jak ostatnio z Malagą. Było tam trochę błędów sędziowskich, ale na pewno nie można powiedzieć, że Barcelona grała olśniewająco. Dodatkowo na ten pierwszy mecz wypada im Sergio Busquets, który reguluję grę w środku pola, a to właśnie w tej strefie tkwi przecież największy problem Barcelony. Iniesta nie może odnaleźć swojej formy, a André Gomes stał się kozłem ofiarnym niemal wszystkich fanów. To jest tak wyrównana para, że trudno wskazać jakiegoś faworyta. Juventus musi postarać się o dobry wynik u siebie, a dotychczasowe mecze w tym sezonie potwierdzają, że ich stadion stał się twierdzą. Barcelona też zresztą na Camp Nou potrafi dokonywać cudów, więc jeśli przegra, na pewno będzie gonić. Co do wątku powtórki finału z Berlina, to warto przeanalizować składy z tamtego meczu i porównać je z dzisiejszymi. O dziwo, aż sześciu zawodników w Juventusie się zmieniło i chodzi o naprawdę ważne nazwiska, mam bowiem na myśli Pirlo, Vidala, Moratę, Pogbę, Evrę i Teveza, więc niemal cały szkielet drużyny. Minęły raptem dwa lata, a w Barcelonie do zmiany doszło jedynie na prawej obronie, gdzie nie ma Daniego Alvesa – zresztą grającego dziś w Turynie. To pokazuje z jednej strony stabilność składu, a z drugiej to, że to są ci sami ludzie, ale jednak dwa lata starsi, co też się odbija na wynikach. Tutaj nie mówimy bowiem o doświadczeniu, a raczej o zmęczeniu. Przed nami też kolejny etap pożegnania Luisa Enrique i on na pewno chciałby odejść z przytupem. W lidze o mistrzostwo będzie już bardzo ciężko, więc zostaje Liga Mistrzów.

Ten dwumecz jest ciekawy z perspektywy Juventusu, który pewnie pamięta przegrany finał sprzed dwóch lat, ale również inne edycje LM, gdzie zawsze czegoś brakowało, aby sięgnąć po główny triumf. Starcie z Barceloną może być dla nich egzaminem dojrzałości?

Juventus ma duże doświadczenie w Europie, ale brakuje postawienia „kropki nad i”. Mam wrażenie, że ludziom w Turynie już się trochę znudziło seryjne wygrywanie ligi. Potrzebują sukcesu w Lidze Mistrzów i ten głód wygranej na pewno jest większy w Turynie niż w Barcelonie. To może być przewaga psychiczna dla Juventusu. Na boisku mamy jednak z obu stron prawdziwy gwiazdozbiór, więc rywalizacja na pewno będzie zacięta. Ciekawym pojedynkiem będzie starcie Messiego z Dybalą, czyli tych dwóch pokoleń argentyńskich magików. Smaczków można się doszukiwać wielu, a dla nas Polaków na pewno najważniejszym jest sędzia Szymon Marciniak. To też pokazuje jaką ma wysoką markę, że po raz kolejny dostaje do prowadzenia taki hit.

No właśnie, sędzia. Szymon Marciniak na pewno będzie na celowniku, gdyż sędziuje pierwszy mecz Barcelony w Lidze Mistrzów od starcia z PSG, które obfitowało w kontrowersyjne decyzje. Udźwignie presję?

Pamiętam, że  gdy Marciniak sędziował pierwszy mecz Barcelony z PSG, to wtedy gracze Enrique wywierali na nim ogromne ciśnienie przy stanie 0:3 czy 0:4. Za każdym razem szukali stałego fragmentu, ciągle mieli pretensje, a największe oczywiście znani z tego Neymar i Luis Suarez. Wówczas sędziował dobrze, hiszpańskie media wystawiły mu świetne oceny, co pokazuje, że też potrafili obiektywnie spojrzeć na sytuację. W Paryżu sobie poradził, więc dlaczego miałby tego nie zrobić teraz.

Myślisz, że właśnie ten pierwszy mecz, gdy Marciniak nie dał się sprowokować graczom Barcelony miał wpływ na decyzję UEFA? Włodarze z centrali na pewno chcą teraz uniknąć kontrowersji w meczu z udziałem Dumy Katalonii.

Na pewno ten aspekt miał znaczenie. On ma świadomość, że każdy jego ruch będzie drobiazgowo oceniany i analizowany. Czeka go trudny mecz, bo nie zapominajmy, że włoskie kluby również potrafią prowokować i wywierać presję na arbitrach.

Drugim dzisiejszym meczem jest starcie Borussii z Monaco. Dla podopiecznych Tuchela będzie ono niezwykle ważne, gdyż jest rozgrywane na własnym stadionie. Biorąc pod uwagę ich wyniki w meczach na wyjeździe, gdzie ostatnio przegrywają, to właśnie u siebie muszą sobie wyrobić solidną zaliczkę. Czego się spodziewasz po tym starciu?

Totalnego szaleństwa. Monaco tworzy widowiska, wystarczy sobie przypomnieć dwumecz z Manchesterem City. Borussia również w wielu meczach stawia na ofensywę. Jeśli spojrzymy na liczbę strzelonych przez obie drużyny goli, to stanowią one absolutną europejską czołówkę. Na pewno padnie dużo bramek również teraz, a to choćby ze względu na to, że zarówno Borussia, jak i Monaco nie czują się zbyt dobrze w defensywie. W drużynie z Księstwa zabraknie dwóch kół zamachowych czyli bocznych obrońców. Z jednej strony najprawdopodobniej zagra Raggi, a z drugiej Touré – to zupełnie inna półka niż Sidibé i Mendy. Po stronie Borussii na pewno będą kibice, którzy stworzą świetną atmosferę. Pamiętam ten stadion z meczu przeciwko Legii Warszawa i naprawdę robi duże wrażenie.


Wynik 8:4 jest do powtórzenia?

(Śmiech). Tego się nigdy nie da przewidzieć, ale na pewno nie widzę powodu, dla którego dwanaście goli nie miałoby paść w całym dwumeczu. Borussia u siebie na pewno będzie chciała zdominować przeciwnika i narzucić swój styl gry, ale Monaco stara się robić dokładnie to samo również w Europie, co pokazali na Etihad Stadium. Zapowiada się bardzo widowiskowe starcie także ze względu na trenerów. Thomas Tuchel i Leonardo Jardim to dwóch młodych szkoleniowców, ale myślę, że ich następny klub w karierze to będzie naprawdę coś z tej najwyższej półki. Pierwszy z nich to dla mnie naturalny sukcesor Arsène’a Wengera w Arsenalu, jego pomysł na futbol pasuje do Kanonierów. Inny ciekawy wątek to obecność na boisku dwóch fantastycznych nastolatków, z jednej strony Kylian Mbappé, a po drugiej Ousmane Dembélé. Pierwszy cudownie przedstawił się światu w poprzedniej fazie, ale on przez cały sezon prezentuje się fantastycznie. 18-latek, który strzela 19 goli? Niebywałe, a pamiętajmy, że mamy dopiero kwiecień. Jest świetnie przygotowany fizycznie i psychicznie, na pewno w przyszłości także trafi do wielkiego klubu. Z kolei jeśli chodzi o Dembélé, to widziałem takie określenie, że jest dla Borussii tym, czym dla Bayernu jest Robben. Trudno się z tym nie zgodzić. Niesamowicie dynamiczny gracz, a przecież tych młodych zawodników jest zdecydowanie więcej, choćby Pulisic czy Weigl. Jeżeli chodzi o nazwy, może to nie jest najgłośniejszy dwumecz, ale widowisko może być naprawdę kapitalne.

Ze strony Borussii dużym zagrożeniem rzeczywiście mogą być ich młodzi zawodnicy, ale nie wspomniałeś o chyba największej gwieździe – Pierre-Emericku Aubameyangu. Gabończyk ma w tej edycji Ligi Mistrzów już siedem goli na koncie i nadal marzy o dogonieniu Lionela Messiego. Brakuje mu czterech trafień. Dołoży coś z Monaco?

Nie można tego wykluczyć. Co ciekawe, on kiedyś grał w Monaco, ale nie wspomina tego czasu zbyt dobrze. To był okres, gdy rzucano go z klubu do klubu aż w końcu zakotwiczył w Saint-Étienne i jego talent w pełni się objawił. W tamtym sezonie strzelił dla Monaco tylko dwa gole w dziewiętnastu meczach – statystyki nie rzucają więc na kolana. Nie podejrzewam żeby miał z tym klubem jakieś specjalne przeżycia, więc ani nie należy oczekiwać specjalnej chęci rewanżu, ani powstrzymywania się od radości po strzelonym golu. Jego dokonania w tym sezonie naprawdę robią wrażenie. Gdy odchodził z ligi francuskiej miał świetny sezon w Saint-Etienne, ale wydawało mi się, że to jest zawodnik zbyt chimeryczny, aby zagwarantować dwadzieścia goli w sezonie. W Borussii wskoczył jednak na kolejny poziom – sam fakt, że ściga się w Bundeslidze z Lewandowskim już o czymś świadczy. Na pewno Kamila Glika nie czeka łatwe zadanie, ale też pojawia się pytanie, jak Monaco będzie chciało go zneutralizować. Aubameyang jest najgroźniejszy wtedy, gdy się rozpędzi, więc możliwe, że ekipa z Księstwa zagra nieco bardziej cofnięta.

Największy hit ze wszystkich czeka nas jednak jutro, gdy dojdzie do rywalizacji Realu z Bayernem okrzykniętej przedwczesnym finałem. Naprzeciw Królewskim staje ich największy koszmar – Robert Lewandowski…

23 kwietnia miną dokładnie cztery lata od meczu Borussii z Realem, kiedy Robert po kolei pokazywał cztery palce po strzelanych golach. On ogólnie ma niezły bilans przeciwko Królewskim, bo z pięciu meczów wygrał trzy, a przede wszystkim strzelił pięć goli i miał dwie asysty. Akurat tego przeciwnika Lewy nie powinien się więc specjalnie obawiać, a może się nawet cieszy z takiego losowania. W jego przypadku dochodzi przecież także ciekawy aspekt z życia osobistego, gdyż na dniach będzie mu się rodziło dziecko i pewnie marzy o zaprezentowaniu kołyski dla potomka po strzelonej bramce. Wiemy, że to jest człowiek z żelaza, który bardzo rzadko miewa kontuzje, więc wszyscy wstrzymali oddech po nieszczęśliwym upadku przeciwko Borussii. Lewandowski sam już jednak powiedział, że na sto procent zagra przeciwko Realowi, więc nie wyobrażam sobie, aby było inaczej. Ciekawie zapowiadają się zwłaszcza jego pojedynki z Sergio Ramosem, do których często dochodziło już podczas tych meczów Borussii z Realem. Hiszpan nadal jest gladiatorem w powietrzu, a Robert od tamtej pory jeszcze się wzmocnił, więc każde ich starcie będzie swego rodzaju „meczem w meczu”.

Pamiętam, że na początku sezonu w naszym redakcyjnym typerze napisałem, że chciałbym właśnie taki skład finału. Żałuję, że do tego spotkania dojdzie już w ćwierćfinale, bo obie drużyny zasługują na ten decydujący mecz. Jeśli chodzi o Real, to najlepsze co mu się mogło przytrafić to posada trenerska dla Zinedine’a Zidane’a. Pamiętamy jak przez wiele lat w tym klubie się kotłowało i kolejni szkoleniowcy dolewali oliwy do ognia, choćby Jose Mourinho. Były różne afery, kłótnie czy posądzanie graczy o wyprowadzanie wiadomości z szatni, a teraz na Santiago Bernabéu jest niezwykle spokojnie. Jeśli pojawiają się jakiekolwiek konflikty, tak jak ostatnio z Jamesem Rodriguezem w roli głównej, to Zidane szybko potrafi je ugasić. Ten spokój kojarzy mi się z czasami Vicente del Bosque czy Carlo Ancelottiego, czyli wtedy, gdy w Realu były największe sukcesy. To jest właśnie chyba recepta na ich szatnię, a nie to co wprowadzali Mourinho czy Rafa Benitez. Za Zidanem przemawiają też statystyki, gdyż podczas półtora roku swojej pracy przegrał tyle meczów, że moglibyśmy je policzyć na palcach jednej ręki.


W Realu zawsze trwa również dyskusja na temat tercetu BBC i tego, jak wiele dobrego wnoszą dla drużyny. Okazuje się paradoksalnie, że w meczach, gdy kogoś brakuje, ofensywni piłkarze więcej biegają, bardziej się starają i ich gra wygląda lepiej. Nie wyobrażam sobie jednak oczywiście, żeby będący w pełnym zdrowiu Benzema, Ronaldo i Bale nie zagrali z Bayernem Monachium. Real potrafi się też spinać na wielkie mecze, bo jednak co innego jest grać przeciwko Bawarczykom, a Las Palmas czy Malagą, więc ci lepsi gracze również powinni mocniej wypruwać żyły.

W tym pojedynku również warto chyba zwrócić uwagę na wątek trenerski, gdyż dochodzi do pojedynku ucznia z mistrzem. To właśnie za kadencji Ancelottiego Zidane wszedł do sztabu trenerskiego i zdobywał pierwsze szlify. Ponadto, sam powrót Włocha do Madrytu, po tym jak odszedł w mało przyjemnych okolicznościach, na pewno stanowi dodatkowy smaczek.

Po tym, co robi Zidane widać, że jest naturalnym sukcesorem Ancelottiego. Tak jak wspominałem, również emanuje od niego spokój, w bardzo racjonalny sposób zarządza szatnią. Zidane całymi garściami czerpie z tego, co przekazał mu Ancelotti, bo przecież to jest niezwykle utytułowany szkoleniowiec. Obaj trenerzy znają się na wylot, a to na pewno również pomoże w przygotowaniach.

Co do odejścia Włocha, to również uważam, że potraktowano go nieelegancko po tym, co zdobył dla klubu. Jeszcze gorszym ruchem było powierzenie klubu Benitezowi i ten, kto podjął taką decyzję, powinien szybko zmienić zawód. Czy uczeń przerośnie mistrza? W tym momencie nie sposób tego przewidzieć. W takich meczach często decydują rzeczy, o których teraz nawet nie pomyślimy. Ktoś może się poślizgnąć, ktoś dostanie czerwoną kartkę albo wydarzy się jeszcze coś innego.

Warto również zwrócić uwagę na to, jak mordercza dawka ważnych meczów czeka w kwietniu na Real Madryt. Po derbowym starciu z Atletico i dwumeczu z Bayernem zagrają u siebie w Gran Derbi z Barceloną, więc to właśnie teraz rozstrzygną się losy ich sezonu. Dobrze się składa, bo większość drużyny jest zdrowa, ale na pewno dojdzie do rotacji, na szansę zasługują choćby Morata czy Asensio. Świetnie odbudował się również Benzema, który od początku sezonu schudł bodajże 8 kilogramów, co z jednej strony robi wrażenie, ale z drugiej pokazuje, jak można się zaniedbać nawet grając na takim poziomie.

Czy para Atletico-Leicester jest jedyną ze wszystkich, gdzie można upatrywać zdecydowanego faworyta? Wydaje się, że mimo odrodzenia Lisów pod wodzą Craiga Shakespeare’a przeciwko ekipie Diego Simeone może zabraknąć jej argumentów.

Przed losowaniem Leicester wydawało się być wymarzonym rywalem dla pozostałej siódemki, jednak chociażby taki Gianluigi Buffon stwierdził, że chciałby trafić na wszystkich, byle właśnie nie na Lisy. Nie wiem, ile jest w tym kurtuazji czy przekory, ale na pewno ten mecz stanowi przeciwieństwo rywalizacji Borussii z Monaco. Tam wszystko będzie postawione na grę do przodu, natomiast tutaj spodziewam się meczu bardziej zamkniętego i wyrachowanego. Leicester jest zespołem, który woli czekać na to, co zrobi przeciwnik, a potem kontrować – tak zdobyli mistrzostwo i nie spodziewam się, aby teraz zagrali inaczej. Atletico ma w meczu różne fazy, jednak też jest to drużyna, której niezwykle trudno strzelić gola. Ten dwumecz otworzy się dopiero w momencie, gdy któryś zespół wyrobi sobie przewagę większą niż jednej bramki. Co do Leicester, dla mnie to jest niepojęte jaką metamorfozę przeszedł ten zespół pod skrzydłami Shakespeare’a. Chwilę po odejściu Ranieriego, właściwie z dnia na dzień, powrócili do gry z poprzedniego sezonu. Wygrali z Liverpoolem i znów pokazywali dobrze znane atuty, a przede wszystkim pasję i zaangażowanie. Widać to zwłaszcza po postawie Jamiego Vardy’ego, który biegał zawsze, ale teraz robi to jeszcze szybciej i wrócił do strzelania goli.

Może rzeczywiście w szatni wydarzyło się coś o czym nie wiemy. Shakespeare pracuje teraz jednak na swoje nazwisko, które zresztą ma bardzo ciekawe zwłaszcza dla dziennikarzy – wystarczy znaleźć kilka fajnych cytatów z dzieł Williama i dopasowywać je do gry Leicester. Przeciwko Atlético na pewno jednak nie będą faworytem, głównie ze względu na doświadczenie Rojiblancos. Oni meczów na tym poziomie rozegrali bardzo wiele, trzon drużyny nie zmienia się, a jeśli już ktoś wypadał, to Simeone zawsze potrafił go godnie zastąpić. Leicester na pewno jednak nie zabraknie fantazji, zagrają też z mniejszym obciążeniem psychicznym. Oni w takich warunkach, gdy nikt na nich nie stawia odnajdują się świetnie, a przecież już dokonali bardzo wiele. Sam fakt, że są ostatnią angielską drużyną w Lidze Mistrzów, stanowi na pewno powód do kompleksów dla kibiców Manchesteru City czy Arsenalu. Może ich bajka dalej będzie kontynuowana, jednak myślę, że taki trenerski wyga jak Simeone świetnie sobie poradzi w tym dwumeczu.

Który z tych ośmiu zespołów ma największą szansę na wygranie Ligi Mistrzów?

W piłce nic za zasługi nie dostaniesz, ale gdyby istniała jakaś sprawiedliwość, to zwycięstwo należałoby się właśnie Atletico. Ostatnie dwa finały przegrywali z Realem minimalnie i na pewno nie byli zespołem zdecydowanie gorszym. To na pewno byłby ciekawy scenariusz, podobnie jak w przypadku Juventusu, a już kompletne wariactwo to triumfy Leicester czy Monaco. Pragmatyka podpowiada mi jednak, że Ligę Mistrzów może wygrać zwycięzca tego dwumeczu Bayern – Real. Uważam, że po pokonaniu tak mocnego rywala drużyna dostanie pozytywnej energii i już nie zatrzyma się w drodze po zwycięstwo w całych rozgrywkach.

Lewandowski dogoni Messiego? Polak podobnie jak Aubameyang ma na koncie siedem trafień.

Dużo zależy od tego, czy Barcelona przejdzie dalej. Zarówno Messi, jak i Lewandowski – swoją drogą fajnie, że możemy ich postawić na jednej półce – to są zawodnicy, którzy potrafią w jednym meczu strzelić trzy, cztery czy pięć goli, więc dlaczego miałoby się nie udać? W tej fazie rozgrywek goli już nie zdobywa się jednak tak taśmowo jak wcześniej. Przeciwnicy prezentują większą klasę, a mecze często są też nieco bardziej zamknięte. Biorąc pod uwagę właśnie te czynniki, myślę, że Lewandowski nie dogoni Argentyńczyka.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *