17818878_1782521488731913_2150112047726067712_n

Pięć porażek z rzędu i zaledwie jedno ligowe zwycięstwo na wiosnę sprawiły, że Arka Gdynia osunęła się na trzynaste miejsce w tabeli LOTTO Ekstraklasy. Piłkarzom Żółto-Niebieskich poważnie zajrzało w oczy widmo spadku, więc nawet takie osiągnięcie, jak finał Pucharu Polski, nie mogło uratować posady Grzegorza Nicińskiego. Trener, który wcześniej wywalczył również dla Gdyni awans do elity, pożegnał się z klubem z Pomorza w przykrych okolicznościach, przegrywając w Szczecinie z Pogonią aż 1:5. Zarząd Arki postanowił powierzyć zespół w ręce człowieka, który walkę o utrzymanie ma we krwi. Przed Leszkiem Ojrzyńskim stoi trudne zadanie poprowadzenia sterów gdyńskiej łodzi tak, aby spokojnie dopłynęła do ligowego brzegu, a później być może zabawiła się jeszcze na warszawskim balu 2 maja. Jeśli ta misja zakończy się powodzeniem, kontrakt, który na razie został podpisany do końca sezonu, będzie mógł zostać przedłużony.

Z nowym szkoleniowcem Arki rozmawiamy kilka chwil po powrocie z dwudniowego mini-zgrupowania w Cetniewie, na które 44-letni trener zabrał zespół na początek swojej pracy.

Za Panem pierwsze dwa dni treningów w roli szkoleniowca Arki. Udało się bliżej poznać drużynę?

Na pewno tak. Ten okres był dobrym wprowadzeniem do pracy. Miałem kilka odpraw z całą drużyną, trenowaliśmy cztery razy, więc czas był nieźle zagospodarowany. Coś więcej wiem i teraz pracujemy dalej, bo już w poniedziałek wielki mecz przed nami.

Jakie ma Pan wrażenia po tych treningach?

Same pozytywy, nie ma z niczym problemu. Można powiedzieć, że jestem zadowolony z tego, co zobaczyłem. Piłkarze wiedzą, że przyszedł nowy człowiek i pokazują się z dobrej strony – w końcu pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Możemy to przekuć w dobre wyniki, ale musimy być mocni mentalnie. Każdy musi walczyć do upadłego i wierzyć w to, że stać nas w każdym meczu na trzy punkty.

ojrzyński3

Bardzo się Pan stęsknił za pracą przez ten czas rozłąki?

Można tak powiedzieć. Wiadomo, że człowiek wybrał sobie taki zawód, a nie inny, więc ciągnie go do ławki. Na pewno jednak ta przerwa była mi bardzo potrzebna. Inaczej patrzę teraz na pewne rzeczy i jako trener również się zmieniłem. Czuję, że jestem lepszy niż wtedy, gdy odchodziłem z Górnika, ale wszystko zweryfikują wyniki i boisko.

Jak Pan wykorzystał okres przerwy?

Kiedy nie masz drużyny, której poświęcasz dużą część życia, to wtedy możesz zająć się innymi sprawami. Dużo czytałem i oglądałem. Byłem w Manchesterze, w Liverpoolu, w Norwegii – sporo się dowiedziałem i poznałem ciekawych ludzi. Przerwy są na pewno potrzebne, bo to jest zawód, który potrafi odcisnąć piętno na psychice. Można wtedy nabrać do wszystkiego dystansu. Pierwszy przykład z brzegu to Guardiola, który musiał rok odpoczywać po pracy w Barcelonie, podobnie zapowiedział Enrique. Oni pracowali z najlepszą drużyną na świecie mając znakomitych graczy i też ich to wypaliło. Ja natomiast w każdym klubie w Ekstraklasie walczyłem o byt. Wiązało się to z problemami i ogromnym ciśnieniem, bo kluby były biedne. Nie było tak, że wybierałeś sobie dowolne boisko czy sprzęt, tylko raczej nieustanna walka. To na pewno wywierało na człowieka duży wpływ, dlatego potrzebowałem oddechu. Takie doświadczenia mogą pomóc teraz w Arce. W klubie z Gdyni też się nie przelewa, ale na pewno jest stabilnie. Tutaj stawia się na pracę, na ludzi – każdy się z klubem utożsamia i chce dla niego jak najlepiej.

Dużo było ofert w międzyczasie?

Miałem jedną propozycję w okresie zimowym z Ekstraklasy, ale nie doszliśmy do porozumienia. Było też pięć-sześć ofert z I ligi, ostatnio również trochę zapytań z II ligi. Czekałem jednak na Ekstraklasę i można powiedzieć, że się doczekałem.

Czym w takim razie przekonała Pana Arka?

Była najbardziej konkretna. Porozmawiałem z prezesem i niemal od razu dostałem sygnał, że jest zainteresowanie. Wcześniej nie było takich konkretów, a tutaj tylko przespałem się z całą sytuacją i na drugi dzień podpisaliśmy kontrakt. Jeszcze dwa dni przed początkiem pracy byłem z synem na testach w Liverpoolu. Musiałem go jednak zostawić, przyleciałem i już w Gdyni zostałem.

Sytuacja Żółto-Niebieskich w tabeli pokazuje, że nie ma czasu na eksperymenty. Punkty są potrzebne drużynie niczym tlen, a ostatnie występy nie napawały optymizmem. Nie boi się Pan, że może się sparzyć?

Lubię takie wyzwania, bo można naprawdę dużo zyskać – również to przyciągnęło mnie do Arki. Za długo byłem już kimś oglądającym z boku. Podjąłem się tego zadania, choć sporo osób mówi mi, że będzie bardzo ciężko. Nie ma jednak łatwej pracy, więc jeśli ktoś chce zarabiać, musi się napocić i poświęcić temu czas. Chcemy pokazać w meczach, że w Gdyni są dobrzy piłkarze, którzy zasługują na Ekstraklasę. Nikt jednak punktów za darmo nam nie odda, więc rywalizacja zapowiada się ciekawie.

W ostatnim czasie Arka traciła mnóstwo goli, czego apogeum była wyjazdowa porażka 1:5 z Pogonią Szczecin. To jest w tej chwili największy problem tego zespołu?

Gra obronna to klucz do sukcesu. Ten, kto najwięcej meczów gra na „zero z tyłu”, jest w czubie tabeli – tego nie oszukasz. Czasami brak straconych goli jest nawet ważniejszy niż liczba bramek strzelonych. Na pewno trzeba ten aspekt gry poprawić, bo choćby z Łęczną Arka strzeliła dwa gole, ale to było za mało, bo straciła aż cztery. W Cetniewie również zwracałem na to uwagę.

Jaka będzie Arka Leszka Ojrzyńskiego?

Walka na dole tabeli często jest toczona na noże, więc wierzę, że będziemy charakterni. Nie wyobrażam sobie, by ktoś nie dociągnął albo odstawił nogę – chyba, że już nie widzi na oczy ze zmęczenia. Musimy stanąć na wysokości zadania i pokazywać ambicję na boisku – wtedy zwiększymy szansę na zwycięstwo. Na pewno chłopaki starali się do tej pory, ale chcę, żeby to była walka z wiarą. Oni potrafią grać w piłkę i myślę, że stać nas na zwycięstwo z każdym. Terminarz tak się ułożył, że teraz gramy na Lechii, która najlepiej prezentuje się u siebie – nikt nie punktuje lepiej przed własną publicznością niż drużyna Piotra Nowaka. Tym bardziej mamy więc wysoko postawioną poprzeczkę, ale to nie znaczy, że jesteśmy już przegrani.

Rozmawiając z prezesem ustalaliście dłuższy plan działania, czy skupiacie się na najbliższych tygodniach?

Liczy się tylko tu i teraz. Skorzystałem na problemach Arki i mogłem się tu pojawić, bo przecież gdyby było wszystko w porządku, to pewnie byśmy teraz nie rozmawiali. Musimy zmienić oblicze drużyny i zapunktować. To, co wydarzy się w najbliższych miesiącach, może stanowić o przyszłości klubu. Zresztą ja mam nawet w ten sposób skonstruowaną umowę, że w razie utrzymania zostanie ona przedłużona na przyszły sezon.

Spotkał się Pan z trenerem Nicińskim, aby wymienić pewne spostrzeżenia?

Niestety, na razie się nie udało. Dzwoniłem do Grześka chwilę po podpisaniu kontraktu, ale widocznie wolał się wyciszyć i odetchnąć. Później z kolei przez dwa dni mnie nie było, lecz teraz po powrocie na pewno będę chciał się spotkać. Zawsze to praktykuję, bo można dowiedzieć się czegoś ciekawego. Takie nasze życie trenerskie, że jeden odchodzi, a drugi przychodzi, więc na pewno nikt zadry nie będzie miał.

Gdy się spotkacie, to zapewne będzie okazja, aby podziękować Nicińskiemu za wprowadzenie Arki do finału Pucharu Polski. Dzięki temu będzie Pan mógł wziąć udział w niepowtarzalnym meczu, co nie zdarzyło się jeszcze w pańskiej karierze trenerskiej.

Oczywiście, ale od razu chciałem sprostować: kariery to ja nie mam – to jest po prostu moja praca i sposób na życie. Karierę to może mieć piłkarz, a ja inaczej do tego podchodzę. Na pewno jednak finał będzie dla mnie dużym wyzwaniem i przyjemnym doświadczeniem. Wiadomo, że to Grzesiek wraz z chłopakami do tego etapu doszli, a ja mam w dorobku tylko półfinał Pucharu Polski. Za czasów Podbeskidzia rywalizowaliśmy z Legią, ale niestety się nie udało. Życie napisało teraz taki scenariusz, że bez żadnego meczu będę prowadził drużynę w finale, ale jeśli wygram, to złoty medal trafi w ręce Grześka Nicińskiego.


Pracę zaczyna Pan w dosyć specyficznym momencie. Już w poniedziałek debiut przeciwko Lechii, ale za chwilę również Święta Wielkanocne. Będzie w najbliższych dniach jakaś chwila, żeby spotkać się z rodziną?

Tylko w piątek, bo wtedy mamy dzień wolny. Później znów wracam do pracy, bo terminarz jest bardzo napięty. Trzeba ustalić pewne rzeczy z drużyną i przygotowywać się do derbów. Wiemy, w jakim miejscu jesteśmy i jakie czeka nas zadanie. Trzeba się poznać, a wiadomo, że niektórzy po jednej randce mogą iść do łóżka i się całować, a niektórym trzeba tego czasu więcej.

Zawodnicy będą mieli chociaż chwilę oddechu w niedzielę?

Myślę, że tak. Ja ich przecież nigdzie nie wywożę, tylko teraz ich zabrałem na dwa dni (śmiech). Chłopaki mają blisko do klubu, więc będą mogli spokojnie organizować swoje sprawy rodzinne. Oczywiście muszą pamiętać o tym, że w niedzielę mamy normalnie trening, ale w klubie spędzą maksymalnie 3,5 godziny. Nie będę ich długo trzymał, bo dobrze zagospodarowaliśmy czas w Cetniewie. Będą do dyspozycji swoich rodzin i na pewno mogą iść do kościoła, na spacer czy pobawić się z dzieckiem. Dobre jest też to, że w poniedziałek nie mamy zbyt dalekiego wyjazdu. Piłkarze mogą więc wrócić w niedzielę do domu i poczuć atmosferę Świąt, a nie pędzić przez Polskę autokarem i dzielić się jajkiem w takich okolicznościach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *