csm_60431-Lewandowski_8b4a37a663

Czasy w których polski kibic cieszył się z każdego rodaka, który choćby symboliczną rolę pełnił w topowym europejskim klubie to już zamierzchła przeszłość. Choć wówczas nadzwyczaj bolesna. Przeżyliśmy i pożegnaliśmy również okres wielkich sukcesów wielkich drużyn odnoszonych z udziałem polskich piłkarzy, w które aż ciężko było uwierzyć. Tegoroczna edycja Ligi Mistrzów pokazuje, że za sobą zostawiliśmy już kolejny etap we współczesnej historii polskiej piłki – duma i świadomość, że nasi rodacy są kluczowymi postaciami najlepszych klubów świata bardzo nam spowszedniała. Dziś dla kibica znad Wisły Robert Lewandowski już nie jest tylko Polakiem w szeregach Bawarczyków – jest gwiazdą światowej piłki, ale przede wszystkim niezastąpionym ogniwem w Bayernie Monachium. Każdy polski sympatyk Bayernu w obliczu kontuzji Lewego przed pierwszym meczem ćwierćfinału LM z Realem wstrzymał oddech z przerażenia. Nie tym, że nie zagra Polak. Ale tym, że w najciekawszym meczu 1/4 finału Champions League pomiędzy dwoma faworytami do wygrania trofeum zabraknie najważniejszego i najskuteczniejszego piłkarza jednej z drużyn.

Robert Lewandowski został piłkarzem Bayernu Monachium latem 2014 roku. Od wtedy Gwiazda Południa  rozegrała 149 oficjalnych spotkań, w których zdobywała średnio 2,35 punktu na mecz. W 24 spośród tych 149 spotkań w wyjściowej jedenastce bawarskiego zespołu brakowało polskiego napastnika. W tych 24 potyczkach mistrzowie Niemiec inkasowali średnio po 1,83 punktu. W 16 z owych 24 meczów kapitan reprezentacji Polski pojawiał się na boisku w późniejszych fazach meczu. Pozostałe osiem to jedyne przypadki na przestrzeni tych trzech sezonów, w których Lewy w ogóle nie wybiegł na murawę w meczu Bayernu. Średnia zdobywanych przez Bawarczyków punktów w tych ośmiu spotkaniach wynosi 1,75. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko mecze, które nasz rodak zaczynał od pierwszej minuty współczynnik punktów na mecz Bayernu wzrasta do 2,49.

„On jest bez wątpienia jednym z trzech najlepszych napastników na świecie. Udowadnia to w każdym sezonie. To dla nas niezwykle ważne, że mamy w ataku piłkarza, który potrafi strzelać decydujące gole i właśnie w tych najważniejszych momentach prezentować się najlepiej. On rzadko kiedy zdobywa bramki na 4:0, a znacznie częściej na 2:1 w ostatniej minucie, tak jak chociażby w meczu z Freiburgiem. Jeśli popatrzymy na to, ile Lewandowski wnosi do drużyny i jak ważne bramki zdobywa, to jest wart tych pieniędzy. On praktycznie nigdy nie jest kontuzjowany, do tego strzela dużo goli.” – Karl-Heinz Rummenigge


Fakt – Robert Lewandowski jest fenomenem pod względem odporności na kontuzje. Zaledwie osiem opuszczonych meczów przez trzy lata to oszałamiający wynik. Tym bardziej gdy zauważymy, że tylko trzykrotnie absencja spowodowana była urazem mechanicznym. Pozostałe pięć to decyzje trenera, zawieszenia za kartki, lub urazy takie jak złamanie nosa. Dlatego gdy szefowie Bayernu ogłaszali decyzję o niesprowadzaniu drugiego napastnika na Alianz Arena, tłumaczenia opierane na niezawodności Lewego  przyjęto ze zrozumieniem. Bo po co drugi? Skoro jest jeden fenomenalny. Gotowy zawsze wtedy gdy jest potrzebny.

Ale czy na pewno? Polski napastnik jest sprawny i gotowy do gry przez ogromną większość czasu. Jego absencje to odosobnione przypadki. Ale tak się akurat złożyło, że w ciągu trzech lat pobytu w Monachium dwa razy pech dopadał go akurat wtedy gdy nadchodziły kluczowe mecze w Lidze Mistrzów. Tak było w 2015 roku, kiedy przed półfinałowymi meczami z Barceloną poturbował go i uszkodził kości czaszki Mitchell Langerak i tak było również w tym roku – okoliczności są wszystkim doskonale znane. Co ciekawe w obu przypadkach Lewy  urazów doznawał w meczach z Borussią Dortmund, po faulach bramkarzy. Wówczas, przed dwoma laty, Polak wystąpił ostatecznie w obu nadchodzących spotkaniach Champions League, ale z mocno ograniczającą komfort gry maską na twarzy, która jak spekulowano przeszkodziła mu w zdobyciu jeszcze co najmniej jednej bramki.


Za czasów  Josepa Guardioli luka po Robercie była zapełniana w różnoraki sposób. Czasem grał za niego Müller, czasem jako „fałszywa dziewiątka” pojawiał się Götze, a czasem Katalończyk wpadał na inne innowacyjne pomysły. Carlo Ancelotti jest mniej skłonny do eksperymentów i gdy przychodzi mu radzić sobie bez Polaka sięga po jedynego spośród swoich piłkarzy, który ma lub miał cokolwiek wspólnego z grą na „szpicy” – Thomasa Müllera. Abstrahując od kompletnego braku formy, jaki wykazywał aż do lutego reprezentant Niemiec, taka roszada jest z góry skazana na niepowodzenie w zderzeniu z zespołem takiej klasy jak Barcelona, czy Real. Mowa bowiem o graczu, który w formie jest bardzo wartościowym piłkarzem, ale tylko, gdy u jego boku w ataku biega inny, bardziej „typowy” napastnik. Tylko wówczas jest w stanie wykorzystać swoje atuty.

Bayern bez Lewandowskiego traci coś więcej niż strzelca – traci kluczowy element układanki. Dwumecz z Realem wyraźnie pokazał, że w tym bawarskim gmachu wznoszonym przez Ancelottiego Lewandowski jest jednocześnie fundamentem i ornamentem. Bawarczycy po raz pierwszy od sześciu lat odpadli z Ligi Mistrzów przed półfinałem. Nie mogło więc być inaczej – niemieckie media biją na alarm i szukają winnych. Tym razem dostaje się zarządowi, który nie zadbał o odpowiednio przygotowaną kadrę. Przez wszystkie sportowe gazety i portale przewija się apel do władz klubu: Kupcie zmienników!


Nie trudno zrozumieć rozgoryczenie opinii publicznej za naszą zachodnią granicą – po raz pierwszy od trzynastu sezonów w półfinałach europejskich pucharów zabraknie choćby jednej niemieckiej drużyny. Nieszczęść jest zbyt wiele, aby ot tak wybaczyć Bayernowi tę porażkę, gdy są podstawy, aby wytknąć mu spore zaniedbania. Polityka transferowa Bawarczyków  w ostatnich latach była dosyć niezrozumiała, a na pewno mało produktywna – do trójki świetnych stoperów (Hummels, Boateng, Martinez) Bayern dokupuje czwartego (Süle), zamiast wzmocnić boki obrony, na których bieda aż piszczy. Ogromne pieniądze wydane  z kolei na Sanchesa miałyby sens, gdyby Bayern stać było na czekanie aż ten dojrzeje do seniorskiej piłki. A nie było go na to stać, bo Xabi Alonso przeoczył odpowiedni moment na zejście ze sceny i ostatnio więcej szkodził niż pomagał w Monachium, w wyniku czego Ancelotti dysponuje tylko dwoma klasowymi środkowymi pomocnikami.

Pośród tych i wielu innych zarzutów wobec działaczy Bayernu tkwi ten kluczowy – jak można marzyć o Pucharze Ligi Mistrzów mając w kadrze literalnie jednego napastnika?! Pytanie wydaje się retoryczne – przecież wiadomo, że nie można. Jakiś zmiennik musi w kadrze figurować. Lewandowski zbyt mocno rozpieścił swoich pracodawców – dziś ta sprawa jest na tapecie, ale przecież taki stan rzeczy utrzymuje się już od dwóch lat. W 2015 roku wygasł kontrakt Claudio Pizarro i od wtedy Lewy pozostaje jedynym napastnikiem w Monachium. Karl-Heinz Rummenigge ma rację – ewentualny zmiennik Roberta musiałby zaakceptować, że 30 z 34 ligowych meczów w sezonie zacznie na ławce rezerwowych, ale przecież dokładnie tak samo, ma się rzecz ze zmiennikiem Manuela Neuera, którym niedawno był przecież Pepe Reina, a aktualnie jest Sven Ulreich, swojego czasu zbierający bardzo przyzwoite oceny za występy w Stuttgarcie. Bayern Monachium długo uchodził za wzór harmonijnie rozwijającego się i doskonale zorganizowanego klubu. Ostatnio jednak zdaje się odrobinę zagubiony w pewnych działaniach. Być może nieobecność w 1/2 finału LM po raz pierwszy od 2011 faktycznie wstrząśnie Bawarczykami i zmusi ich do podjęcia odpowiednich kroków w stronę… normalności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *