Superpuchar UEFA foto wyróżniające

Derby Madrytu już dawno przestały być wyłącznie sprawą wewnątrzhiszpańską. Po finałach w Mediolanie i Lizbonie tym razem przyszedł czas na znacznie mniej renomowaną stolicę i trofeum niższej rangi niż Champions League. Tallińska batalia o UEFA Super Cup będzie jednak doskonałym preludium przed nadchodzącym sezonem, w którym układ sił w europejskim futbolu może zostać istotnie zrewidowany. A wszystko za sprawą niespodziewanej (r)ewolucji, jaka dotknęła nieosiągalny w ostatnich latach dla rywali zespół Los Blancos.

Wydarzenia z minionych tygodni przy Concha Espina dobitnie udowodniły, że 81 dni w futbolu może diametralnie zmienić sposób postrzegania drużyny. Bezsprzecznie najlepsza ekipa pięciolecia, dekady, a dla niektórych nawet we współczesnej historii piłki nożnej będzie pod przewodnictwem Julena Lopeteguiego szukać nowej tożsamości już bez swojej największej gwiazdy, która po kolejne wyzwania wyemigrowała na Półwysep Apeniński. Wnet ruszyła lawina spekulacji – Mbappé, Neymar, Lewandowski, Kane albo Hazard mieli sprawić, że Bernabeu stosunkowo łagodnie przyjmie utratę najlepszego strzelca w historii klubu, wielkiego idola z Madery, który przez 9 lat zapracował na miano absolutnej legendy Los Merengues (450 bramek w 438 meczach, co daje fenomenalną średnią 1,027 gola na spotkanie!). Tymczasem Florentino Perez postanowił tego lata bardzo wytrawnie i bez rozgłosu działać na rynku transferowym, sprowadzając graczy, którzy mają zapewnić Realowi supremację w nieodległej przyszłości, a nie już „tu i teraz”. Nazwiska Viniciusa Juniora, Alvaro Odriozoli, czy Andrija Łunina z pewnością nikogo nie powaliły na kolana, zwłaszcza w konfrontacji z piłkarzami przymierzanymi do zespołu Królewskich. Pokazały natomiast, że koncepcja budowania drużyny w oparciu o wielkie postaci ustąpiła miejsca racjonalności, metodyczności i stabilizacji, której tak długo w białej części Madrytu brakowało.

Źródło: AS English - Diario AS
Źródło: AS English – Diario AS

Nad ich planowym rozwojem czuwać będzie utalentowany szkoleniowiec, który wypłynął w zawodzie właśnie dzięki świetnej pracy z hiszpańską młodzieżą (od kategorii U17, przez U19, U20, U21, aż po stanowisko selekcjonera dorosłej kadry La Roja – przyp. red.). Jego zatrudnieniu w Realu towarzyszyły jednak gigantyczne kontrowersje, a niesmak pozostał do dzisiaj, wszak reprezentacji Hiszpanii pod wodzą Fernando Hierro nie udało się na rosyjskim mundialu przedostać choćby do fazy medalowej, choć aspiracje były znacznie większe. Za głównego winowajcę (i poniekąd zdrajcę narodu) uznano właśnie Lopeteguiego, który za plecami szefa federacji prowadził negocjacje z madrytczykami. Presja na byłym opiekunie FC Porto będzie zatem ogromna, nie wspominając o osiągnięciach wielkiego poprzednika, które będą wyznacznikiem pracy trenera rodem z Baskonii (menedżerski dorobek Zidane’a w Realu to 3 triumfy w LM, 2 Superpuchary Hiszpanii, dwukrotne Klubowe Mistrzostwo Świata, Superpuchar i mistrzostwo Hiszpanii – przyp. red.).

Zanim 51-latek zmierzy się z dziedzictwem Francuza, musi najpierw stawić czoła licznym problemom bieżącym. Pokazowy protest na co dzień rezerwowego rozgrywającego Mateo Kovačicia ostatecznie zaowocował wypożyczeniem do Chelsea, ale to odejście Modricia do Interu byłoby dla stołecznego klubu prawdziwą katastrofą. Mimo 32 lat na karku „Mały Mozart” wciąż pozostawał bowiem mózgiem drugiej linii Los Blancos, niekwestionowanym liderem środka pola i piłkarzem fantastycznie łączącym obowiązki defensywne z kreacją gry. MVP Mistrzostw Świata w Rosji nie zamierzał jednak uciekać się do metod zastosowanych przez młodszego o 8 lat kolegę z kadry i ostatecznie przystał na warunki nowej umowy zaproponowane przez włodarzy Realu. Demontaż ekipy Królewskich został więc (czasowo?) wstrzymany.

„Czeka nas teraz bardzo długa podróż, do której jesteśmy jednak gotowi. Od pierwszego dnia pobytu odczuwam na własnej skórze potęgę Realu Madryt. To klub, którego celem jest zwycięstwo w każdych rozgrywkach i to nie ulega zmianie. Wspólnie to osiągniemy.”

Julen Lopetegui

W zupełnie odmiennych nastrojach do pierwszego meczu o stawkę w kampanii 2018/19 przystępują sąsiedzi Realu zza miedzy. Rojiblancos w cieniu mundialowej gorączki dokonali przemyślanych wzmocnień, a media na Półwyspie Iberyjskim obwieściły nawet aktualną formację pomocy Atletico mianem najlepszej w LaLiga. Nie dość, że działaczom wicemistrza Hiszpanii udało się utrzymać na Wanda Metropolitano wszystkich najważniejszych piłkarzy, to jeszcze do bandy Simeone dołączyli gracze o kapitalnych parametrach wydolnościowych i biegowych – Thomas Lemar, Gelson Martins  oraz Rodri. Internet szybko obiegły nagrania, na których „Cholo” i „Profe” Ortega egzaltują się fizycznością tego ostatniego. Ale dwaj pozostali również zaimponowali słynącemu z katorżniczych metod treningowych tandemowi, dla którego wciąż kluczowym pojęciem w futbolu pozostaje „wydajność”.

„Rozwój klubu obrazuje siła naszego aktualnego składu […], który jest gotowy na wielkie wyzwania. Nowy stadion i inwestycje dadzą naszym sympatykom przekonanie, że pozycjonujemy się wśród najlepszych drużyn w Europie i na całym świecie”

Diego Pablo Simeone

Mówiąc „wielkie wyzwania” argentyński taktyk miał z pewnością na myśli nieosiągalną dla niego dotychczas Ligę Mistrzów, którą dwukrotnie sprzed nosa zabierali mu właśnie Królewscy. Za każdym razem regulaminowy czas gry nie dawał rozstrzygnięcia, a potem – albo w dogrywce (Lizbona), albo w rzutach karnych (Mediolan) – lepsi okazywali się jednak podopieczni Zidane’a. Biorąc pod uwagę jedynie ligowe rozstrzygnięcia z ostatnich 4 lat, wydawało się, że Simeone znalazł wreszcie skuteczną metodę na powstrzymanie Los Blancos (bilans 3W-4D-1L). Ale nie na arenie międzynarodowej. Teraz staje przed trzecią szansą wyrwania europejskiego trofeum znacznie bardziej utytułowanemu rywalowi. Próbę generalną jego podopieczni objali: ulegli Interowi w International Champions Cup, podczas gdy najbardziej utytułowany klub w historii Ligi Mistrzów rozprawił się bez większym problemów z Milanem w pojedynku o Trofeo Santiago Bernabéu.

Wobec znacznego zwiększenia konkurencji w przedniej formacji (9 sierpnia Atlético wzmocnił jeszcze za 14,5 mln € napastnik Nikola Kalinić – przyp. red.) powstaje pytanie, czy „Cholo” pozostanie wierny ustawieniu 1-4-4-2, czy jednak zdecyduje się „odkurzyć” system z trzema atakującymi, który kilkakrotnie stosował w sezonie 2015/16, m.in. w niektórych meczach Copa del Rey. Obserwując mecze tegorocznej pretemporady wydaje się, że nie będzie chciał rozbijać dobrze uzupełniającego się duetu Griezmann – Diego Costa, bowiem Lemar i Gelson Martins szykowani są do gry na bokach w drugiej linii. Zwłaszcza byłego gracza Monaco czeka okres wytężonej pracy nad taktyką i grą w destrukcji, o czym solidarnie poinformował go już podczas mundialu kolega z kadry Les Bleus.

„Myślę, że ze swoim stylem gry powinienem pasować do Atletico. Mogę grać na wielu pozycjach na boisku, nie boję się ciężkiej pracy, a moja mentalność polega na oddaniu wszystkiego zespołowi i fanom”

Thomas Lemar

Po drugiej stronie rzeki Manzanares nie planują zmieniać sprawdzonego 1-4-3-3, ale za to modyfikacji ma ulec styl gry Realu, który w założeniu powinien prezentować jeszcze bardziej bezpośredni futbol oparty na dłuższym posiadaniu piłki (w ubiegłym sezonie było to „tylko” 56 % – przyp. red.). Czołową postacią zespołu ma być Gareth Bale, który mimo prawie 5 lat spędzonych na Estadio Santiago Bernabéu wciąż nie zaprezentował pełni swojego ogromnego przecież potencjału, aczkolwiek spektakularne przebłyski z ostatnich meczów LaLiga przeciwko Barcelonie i Deportivo, a także finału LM wciąż każą stawiać Walijczyka w gronie czołowych futbolistów świata.


Różnica polega na tym, że teraz podatnego na urazy reprezentanta Cymru będzie wspierać w przedniej linii przede wszystkim młody-zdolny Marco Asensio, który w ubiegłych rozgrywkach również miał problem z ustabilizowaniem wysokiej formy (gol i asysta w 12. meczach Champions League, 6 bramek i 5 asyst w 32. meczach LaLiga – przyp. red.). A jeśli dodamy do tego chimerycznego i coraz starszego Karima Beznemę (30 lat), któremu bezgranicznie ufał chyba tylko sam Zidane, wątpliwości co do siły uderzeniowej Królewskich wydają się w pełni zasadne. Ponadto na Mistrzostwach Świata kompletnie zawiódł Toni Kroos, który także u Lopeteguiego ma pełnić rolę piłkarskiego tempomatu. Zadanie, które stoi przed byłym opiekunem FC Porto nie należy więc do najłatwiejszych, choć jeszcze nieco ponad 2 miesiące temu wydawało się, że następca „Zizou” otrzyma w spadku najlepszą i najnowocześniejszą zabawkę świata.

W najbliższą środę Julen Lopetegui może rozpocząć swoją przygodę z najbardziej utytułowanym klubem na Starym Kontynencie jeszcze lepiej niż jego wybitny poprzednik, który w swoich dwóch premierowych spotkaniach gromił rywali wbijając im po 5 goli – od zdobycia trofeum. Ten sam cel przyświeca również udoskonalonej ekipie Simeone, dla której nadchodzący sezon może być… ostatnim w takim zestawieniu personalnym. Nie jest bowiem tajemnicą, że swoją dalszą przyszłość w czerwono-białych barwach najlepszy snajper Atletich uzależnia przede wszystkim od wyniku sportowego (choć nieocenione przy jego pozostaniu w klubie okazały się ponadprzeciętne umiejętności socjotechniczne i motywacyjne „Cholo”). A apetyty na sukces w społeczności Los Indios dodatkowo wzmaga fakt, iż finał najbliższej edycji Ligi Mistrzów odbędzie się właśnie na nowoczesnym Wanda Metropolitano.

Początek być może historycznej dla Los Colchoneros kampanii, zwieńczonej triumfem na kilku frontach, nastąpi w stolicy Estonii, która po raz pierwszy będzie gościć czołowe piłkarskie drużyny Europy. Historia futbolu może przy tym ponownie spiąć klamrą pewien istotny okres. Zaledwie pół roku pracy w Madrycie wystarczyło Simeone, aby zdobyć dwa trofea – Europa League i UEFA Super Cup. Teraz menedżer rodem z Buenos Aires ma szansę rozpocząć kolejny płodny czas w karierze szkoleniowej od powtórzenia tego osiągnięcia. W 2012 roku jego zespół nie pozostawił złudzeń londyńskiej Chelsea, wygrywając aż 4:1 przy skromnej widowni zgromadzonej na niespełna 20-tysięcznym Stade Louis II. Tallińska A. Le Coq Arena może pomieścić blisko 5 tysięcy kibiców mniej, zatem atmosfera powinna być porównywalna. A wynik? Powtórka sprzed sześciu lat na pewno wprawiłaby piłkarskie środowisko w niemałe osłupienie, ale żądza rewanżu po stronie Rojiblancos jest mocno odczuwalna. Czy właśnie przyszedł czas na symboliczne przekazanie tronu? W Paryżu, Manchesterze, Monachium i Turynie także na to liczą, jednak póki co tylko Czerwonym Diabłom udało się chwilowo przystopować pięcioletnią hiszpańską hegemonię w europejskich pucharach. Najbliższy tytuł znów trafi do ojczyzny Pablo Picasso, niewykluczone, że kolejne również.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *