21435775_162889264266311_964710295324852224_n

Za wielkimi nazwiskami w futbolu powinny iść adekwatne umiejętności, a w kwestii pozasportowej odpowiednia wartość marketingowa. Zdarza się jednak, że piłkarze, którzy zdobędą szybko renomę, później mają problem z udowodnieniem swojej jakości, lecz wciąż istnieją w świadomości kibiców. Są również przypadki zawodników, którzy zmierzają ku końcowi kariery, ale poszczególne zespoły wciąż wierzą w magię ich nazwisk. Kilku takich graczy latem dołączyło do Las Palmas oraz Deportivo Alavés.

Kanaryjskie próby odbudowy

Los Amarillos lubią stawiać na piłkarzy znanych, ale z problemami. Trudno jednak dziwić się takiej polityce kadrowej ligowego średniaka z ograniczonymi środkami finansowymi. Zawodnicy pokroju Kevina-Prince’a Boatenga, Alena Halilovicia czy Jesé Rodrígueza, jeśli znajdowaliby się w najwyższej formie, Las Palmas odwiedzaliby co najwyżej dwa razy w roku: przy okazji meczu wyjazdowego ich klubu oraz ewentualnie w celu wakacyjnego wypoczynku. Ich kariery nie potoczyły się jednak idealnie, głównie przez własne przewiny, więc łaskawszym okiem spojrzeli na drużynę z Gran Canarii.

Najwięcej pożytku ekipie Quique Setiéna przyniósł niewątpliwie Boateng, który został liderem zespołu. 30-latek spędził w Las Palmas tylko jeden sezon, w którym zdołał zanotować aż dziesięć ligowych trafień. Po udanej dla siebie kampanii kontrowersyjny pomocnik z Ghany odszedł bowiem na zasadzie wolnego transferu do Eintrachtu Frankfurt. Krótki okres obowiązywania umowy 30-latka był mankamentem, na który Las Palmas musiało jednak przystać. Wychowanek Herthy na Wyspach Kanaryjskich ponownie przypomniał o sobie piłkarskiemu światu i znowu futbol stał się dla niego najważniejszy.


Tak dobrych wyników nie osiągnęli natomiast Halilović oraz Jesé. Chorwacki rozgrywający w styczniu został wypożyczony na półtora roku z HSV, gdzie narzekano na jego leniwe podejście do obowiązków. Kolejne cudowne dziecko Dinama Zagrzeb szybko podpisało kontrakt z Barceloną, lecz po dobrym okresie na wypożyczeniu w Sportingu Gijón zanotowało zjazd. Również na Estadio Gran Canaria Halilović nie prezentuje najwyższych umiejętności. Przez ostatnie pół roku nie zdołał wywalczyć sobie miejsca w podstawowym składzie Los Amarillos, a w dziewiętnastu występach nie zanotował ani jednej bramki i tylko dwie asysty. Obecne rozgrywki rozpoczął zaś od… czerwonej kartki.

W tym samym czasie, co reprezentant Vatrenich, do zespołu z Kanarów dołączył Jesé, lecz i on nie potrafił odnaleźć formy mimo dużego zaufania ze strony szkoleniowca.


Kolejne eksperymenty

Letnie okienko transferowe upłynęło w Las Palmas pod znakiem poważnych osłabień. Oprócz Boatenga na odejście zdecydował się Roque Mesa, który był jednym z filarów drugiej linii, a także trener Setién. Klubowi włodarze postanowili więc, że o bramki zadba m.in. Loïc Rémy, który dołączył na zasadzie wolnego transferu z Chelsea po tym, jak The Blues zgodzili się rozwiązać z Francuzem kontrakt mający trwać jeszcze przez dwa lata. Talent wychowanka Olympique’u Lyon eksplodował w Nicei, co w 2010 roku skłoniło działaczy Marsylii do wyłożenia za niego ponad 15 mln €.

Reprezentant Trójkolorowych po dwóch dobrych kampaniach doświadczył jednak poważnego załamania formy. W obliczu ciągnącego się marazmu został sprzedany do Queens Park Rangers, gdzie znowu zaczął zdobywać bramki, po czym przeniósł się do Newcastle. Na St James’ Park wiodło mu się jeszcze lepiej – w 26 meczach Premier League w sezonie 2013/14 strzelił 14 goli. Dorobek z pewnością byłby okazalszy, gdyby nie kontuzja, której napastnik doznał w końcówce zmagań.


Remy’ego zdecydowała się wówczas zatrudnić Chelsea. Dla 27-letniego wtedy piłkarza transfer do zespołu siedmiokrotnego zdobywcy Pucharu Anglii miał być kolejnym, wielkim krokiem w karierze. Konkurencja na Stamford Bridge okazała się jednak zbyt silna i Francuz musiał zadowolić się jedynie rolą rezerwowego. Mimo małej liczby szans, Remy potrafił utrzymać dobrą skuteczność notując trafienie co 116 minut. Ostatnie dwa lata to już ciągłe pasmo porażek. Jego rola w drużynie The Blues została zmarginalizowana, a nadzieja, jaką było wypożyczenie do Crystal Palace, szybko zgasła w obliczu poważnej kontuzji.


Urazami naznaczona była również futbolowa przygoda Alberto Aquilaniego. Jeszcze w czasach występów w Romie Włoch miał problemy z rozegraniem pełnego sezonu, co było także przyczyną niepowodzenia w Liverpoolu. Dopiero na wypożyczeniu w Juventusie udało mu się zanotować rozgrywki bez pauz spowodowanych kłopotami zdrowotnymi, ale kolejne lata ponownie hamowały rozwój kreatywnego pomocnika. Dziś Aquilani jest już cieniem piłkarza, o którego swego czasu pytał nawet Real Madryt. W ostatnim czasie 33-latek reprezentował Pescarę i Sassuolo, a od nowego sezonu będzie odcinał kupony w Las Palmas, bowiem w jego przypadku już mało kto wierzy, że będzie jeszcze w stanie nawiązać do najlepszych lat. Wychowankowi Giallorossich nie można jednak odmówić doświadczenia i pozytywnego wpływu na atmosferę w drużynie.




Baskijski atak niespełnionych marzeń

Deportivo Alavés również do ostatnich chwil letniego okna szukało wzmocnień. W ten sposób, już po rozpoczęciu ligowych zmagań, do zespołu Babazorros dołączyło dwóch napastników: Bojan Krkić oraz Munir El Haddadi. Obaj szlifowali piłkarskie umiejętności w słynnej La Masii i są potomkami imigrantów. Pierwszy z nich zaprzepaścił ogromny potencjał, a drugi jest na drodze ku temu…

W oficjalnym meczu Blaugrany Krkić debiutował w wieku 17 lat i 19 dni, a wiec uczynił to wcześniej niż Lionel Messi. Jak na zawołanie strzelał już w rozgrywkach juniorskich, gdzie średnio trafiał do siatek rywali ponad trzy razy na mecz! W swoim pierwszym sezonie w LaLiga Bojan grał w wielu spotkaniach, niejednokrotnie od pierwszej minuty.

Źródło: Gaff.TV
Źródło: Gaff.TV

Dziesięć trafień było naprawdę dobrym wynikiem, lecz oczekiwany progres nie następował. Błyskotliwy napastnik nie był bowiem w stanie nawiązać do swojego premierowego sezonu, a jego znaczenie w drużynie stopniowo malało. Po czterech latach postanowił spróbować sił w lidze włoskiej, a konkretnie w AS Roma, gdzie jednak nie potrafił w dłuższej perspektywie grać lepiej niż co najwyżej przyzwoicie. Nazwy kolejnych klubów (AC Milan, AFC Ajax, Stoke City, 1. FSV Mainz) jasno pokazują, że mamy do czynienia z równią pochyłą.

Kolejnym przystankiem w podupadającej karierze Krkicia jest Vitoria, gdzie przybył na zasadzie rocznego wypożyczenia z ekipy The Potters. Jednokrotny reprezentant La Roja ma 27 lat i znajduje się w optymalnym wieku dla piłkarza. Być może powrót do Hiszpanii pozwoli mu osiągnąć pewną regularność, a kilkanaście ligowych bramek na pewno zostałoby potraktowane jako odrodzenie się. Gdyby tak faktycznie się stało, urodzony w Katalonii atakujący wróci zapewne do Stoke City, którego włodarze będą musieli podjąć decyzję odnośnie jego przyszłości. A ewentualna kolejna zmiana otoczenia niekoniecznie musi okazać się korzystna…


Nieco inaczej wygląda sytuacja Munira. Marokańczyk nie był tak przebojowym nastolatkiem jak Krkić, ale również otrzymywał powołania do młodzieżowych reprezentacji Hiszpanii. Jego rozwój przebiegał nieco bardziej harmonijne, co jednak nie okazało się złotym środkiem. Od 2014 roku El Haddadi zaczął grać w pierwszym składzie Blaugrany, lecz kolejne szanse nie były wystarczające. Po odejściu Pepa Guardioli Barcelona nie stawiała już bowiem tak mocno na wychowanków, więc przez dwa lata młody napastnik korzystał głównie na treningach z pierwszą drużyną FCB, wszak o regularnej grze mógł zapomnieć. Wtedy pojawiła się propozycja z Valencii, która wydawała się rozwiązywać problemy piłkarza. I faktycznie, na Mestalla 22-latek grał regularnie, ale w 33 meczach Primera División tylko 6 razy wpisał się na listę strzelców.


Decydenci Nietoperzy nie zdecydowali się ostatecznie na wykupienie Munira, więc ten wrócił na Camp Nou. W stolicy Katalonii wciąż wyżej w hierarchii znajdował się jednak Gerard Deulofeu, a ponadto klub szukał nowych opcji do ataku. Wobec tego gracz ponownie udał się na wypożyczenie – tym razem na Estadio Mendizorrotza. W jego przypadku nie należy jeszcze bić na alarm, gdyż Marokańczyk może być ostoją któregoś z ligowych zespołów. Nawet jeśli nie będzie to ekipa z absolutnej czołówki LaLiga, to Munir nadal ma szansę obrać inną drogę niż Bojan.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *