Max Stryjek v Derby County (Kopiowanie)

Maksymilian Stryjek – 20-letni kibic Polonii Warszawa z Mokotowa. Człowiek zafascynowany rosyjską kulturą. Ponadto wokalista, specjalista od rozśmieszania i… czyszczenia butów. Przede wszystkim jednak bramkarz Sunderlandu i reprezentant Polski do lat 21. W rozmowie z nami opowiada m.in. o tym, że „monkey” wcale nie oznacza „małpy mailowej”, kulisach przejścia do zespołu Czarnych Kotów, niełatwych początkach na Wyspach czy metodach na odstresowanie.

Nasz Futbol: Dlaczego akurat pozycja bramkarza?

Maksymilian Stryjek: W dzieciństwie zawsze chodziłem grać w piłkę z moimi braćmi, a ponieważ byłem najmłodszy, to wiadomo – stawałem na bramce. Druga sprawa, że po tym, jak nie dostałem się do Legii, poszedłem z moim bratem Bartkiem na testy do Agrykoli, gdzie wysłano mnie do rocznika 1994, a że najmłodszy, to oczywiście na bramkę. Jakoś sobie jednak radziłem i po czasie stwierdziłem, że właściwie to mogę zostać bramkarzem, szczególnie że z wiekiem coraz mniej chciało mi się biegać (śmiech).

Czemu nie wyszło z Legią?

Podczas testów motorycznych okazało się, że na pozycję, pod którą mnie sprawdzano, nie spełniałem określonych wymogów. Do Legii też poszedłem z Bartkiem i jego przyjęli, a skoro ja oblałem, to padł pomysł, żeby postawić mnie na bramkę, ale klub się nie zgodził. Zresztą moja mama i tak stwierdziła, że skoro nie biorą nas dwóch, to jeden nie pójdzie. Logistycznie i czasowo było to wówczas nie do rozwiązania dla moich rodziców.

Były kolejne próby dostania się do klubu z Łazienkowskiej?

Nie, ale pamiętam, że zimą, gdy miałem 6 lub 7 lat, rozgrywałem z Agrykolą swój pierwszy turniej dla rocznika 1996. Stałem już wtedy między słupkami i otrzymałem nagrodę dla najlepszego bramkarza turnieju. Ktoś z Legii musiał mnie wtedy obserwować, bo zgłosili się i chcieli mnie u siebie, ale wtedy, to ja już nie chciałem zmieniać otoczenia. Zżyłem się z chłopakami, mieliśmy super drużynę. Potem były także zapytania, gdy przechodziłem do Polonii, ale wtedy rodzice kładli duży nacisk na moją edukację, a że na Konwiktorskiej poziom szkoły był wyższy niż na Limanowskiego, to do Legii nie trafiłem.

Kibic Legii w Polonii?

Tak jak powiedziałem – moi rodzice zdecydowali, że lepszym rozwiązaniem będzie szkoła przy Konwiktorskiej, ponieważ ta przy Limanowskiego nie cieszyła się dobrą opinią i poziomem nauczania na Sadybie, gdzie mieszkam. Poza tym w Agrykoli szkoliłem się indywidualnie pod okiem trenera Dębca, który również pracował w Polonii. To on namawiał mnie, abym dołączył do Czarnych Koszul. To dzięki niemu cały czas utrzymywałem wysoką formę i jeździłem na zgrupowania kadry wojewódzkiej.

5

Nie miałeś problemów w związku z preferencjami klubowymi?

(Śmiech) Na osiedlu nikt mnie nie zaczepiał, ponieważ mój najstarszy brat kibicował Legii i wszyscy wiedzieli, że w Polonii jedynie gram, nic więcej. Choć wiadomo, że jak się wracało czasami z meczów Polonii, to szaliki chowało się pod bluzę czy kurtkę, bo idąc tak odważnie z klubowymi barwami różnie można było skończyć. Nie od dziś wszyscy wiedzą, że przewaga kibiców Legii w Warszawie była, jest i pewnie będzie.

Opowiedz o kulisach przenosin do Sunderlandu.

Zaczynałem liceum. W Polonii grałem wtedy w roczniku 1994, a o skład rywalizowałem z innym bramkarzem z rocznika 1996. Trenował z pierwszą drużyną, grał w Młodej Ekstraklasie, a mnie odstawiono. Czułem się niedoceniany. Zawsze byłem ambitny i zacząłem się zastanawiać, czemu tak jest, skoro to ja jestem kadrowiczem. Właśnie podczas jednego ze zgrupowań obserwowali mnie przedstawiciele Sunderlandu, którzy wyrazili zainteresowanie moją osobą. W tamtym czasie w klubie prawie w ogóle nie grałem, więc uznałem, że to odpowiedni czas na odejście.

Nie wykazałeś się zbytnią cierpliwością…

Grałem 5 lat w Polonii i jedyne, czego się dorobiłem, to debiut w Młodej Ekstraklasie oraz występy w kadrach narodowych od U-15 po U-19. W klubie twierdzili, że na Ekstraklasę jestem za słaby. Zdecydowałem więc, że odchodzę. Ponadto, jak jest okazja wyjazdu do tak mocnego klubu i ligi, grzechem byłoby nie skorzystać. Poleciałem na tygodniowe testy, po których okazało się, że w klubie są zadowoleni i chcą mnie, jednak warunkiem było, abym stawił się jeszcze raz – tym razem by zagrać w meczu. Na przełomie stycznia i lutego poleciałem zatem do Anglii, w celu spotkania się z dyrektorem sportowym Akademii Sunderlandu i podpisania z nimi kontraktu. Ani ja, ani rodzice, ani chyba też nikt w klubie nie spodziewał się tak szybkiej decyzji Anglików co do mojej osoby. W Polonii mój wyjazd do Wielkiej Brytanii rozwiązał wiele problemów.

Nie towarzyszył ci nikt z dwójki Kołakowski – Michalak?

Nie. Oni jedynie wysłali mnie do Londynu, a tam czekał na mnie ich znajomy agent z Meksyku, którego nazwiska już nawet nie pamiętam. W każdym razie, podczas rozmów z dyrektorem sportowym Akademii Sunderlandu to on towarzyszył mi podając się za mojego agenta. W klubie byli przekonani, że rzeczywiście tak jest, więc po roku czy dwóch to sprostowałem. On jednak dalej przekonywał w klubie, że Max się pomylił i że istotnie reprezentuje moje interesy. Dopiero jak kilkukrotnie to powtórzyłem, to w Sunderlandzie się zorientowali, że facet kłamie i wtedy usunął się w cień. Może zniknął gdzieś w Meksyku… (śmiech)

Jak wyglądały twoje początki na Wyspach? Bałeś się, że sobie nie poradzisz?

Na początku była euforia: „Wow! Jadę do Anglii!”. Niesamowitym było dla mnie to, że będę trenował u boku Simona Mignoleta, bo choć grałem w U-18, to od razu zacząłem trenować z pierwszą drużyną. Początki były jednak ciężkie, ponieważ nic mi nie przypominało domu. Czułem się samotny. Pierwsze dwa miesiące to było wyczekiwanie, kiedy będzie kadra, żebym mógł polecieć do domu, spotkać się z przyjaciółmi, pogadać z rodzicami i braćmi. W Anglii większość czasu spędzałem na Skypie i Facebooku, żeby stale mieć z nimi kontakt. Były nawet takie dni, kiedy myślałem, żeby sobie to wszystko darować, jednak co cię nie zabije, to cię wzmocni!

Miewasz jeszcze takie momenty?

Czasami. Myślę sobie wtedy: „Po co ja tu siedzę?!?”. Przecież w Polsce byłoby łatwiej, miałbym większy komfort. Wiadomo, takie momenty tęsknoty zawsze będą się zdarzać, ale z wiekiem nauczyłem się nad tym panować.

Jak?

Jest jeden sprawdzony sposób – dyskoteka z Pickfordem (śmiech). A tak poważnie, to wtedy zazwyczaj ruszam się z domu na trening albo na siłownię i przychodzi taka myśl, że przecież to jest coś, co zawsze chciałem i chcę robić przez całe życie. Kiedy początkowo miewałem takie momenty, to trener Waldemar Piątek mi uzmysłowił, że czasami po prostu trzeba wypłakać się w poduszkę i rzeczywiście to działa.

Wielu polskich piłkarzy wyjeżdżając za granicę musi zmierzyć się z barierą językową. Jak było u Ciebie?

Ponieważ, jak wspominałem, moi rodzice zawsze kładli spory nacisk na edukację, to angielskiego uczyłem się od siódmego roku życia. Gdy się pierwszy raz pojawiłem w Anglii, sporo już rozumiałem, natomiast niewiele mogłem powiedzieć – głównie dlatego, że brakowało mi słów. Z tym też wiąże się ciekawa historia. Mieszkając już w Sunderlandzie musiałem załatwić sobie telefon, no i byłem w jednym ze sklepów, aby złożyć zamówienie. Kobieta obsługująca mnie potrzebowała mojego adresu e-mail. U nas „małpa” oznacza zwierzę i symbol w adresie mailowym, a w Anglii „monkey” to tylko określenie zwierzęcia, więc była lekko zdziwiona, gdy to wypowiedziałem. Może nawet pomyślała, że chcę ją obrazić (śmiech). Najważniejsze, że udało mi się załatwić telefon.

3

Wracając do spraw piłkarskich. Jak wyglądało Twoje wejście do zespołu?

Jak wspomniałem, trenowałem z Simonem Mignoletem, który bardzo dużo mi pomagał i dawał mnóstwo wskazówek. Swoją drogą, jeden z najlepszych bramkarzy, z jakimi miałem okazję trenować wbrew temu, co piszą o nim kibice Liverpoolu. W U-18 grałem przez jeden sezon. Później wskoczyłem do U-21, gdzie najpierw zagrałem kilka meczów, a w kolejnym sezonie byłem już numerem „1”. Oczywiście cały czas trenuję z pierwszym zespołem, z którym przed sezonem byłem na obozach w Austrii i we Francji, gdzie nie tylko przygotowywałem się do rozgrywek, ale i rozwijałem wokalnie.

Wokalnie? To znaczy?

Tradycją w Anglii jest, że jak jedziesz na pierwszy mecz, obóz seniorów lub U-21, to musisz przed nimi wystąpić i zaśpiewać. Kiedy z U-21 jechaliśmy na mecz z Manchesterem United, przyszła moja kolej. Śpiewałem „Daddy cool” Boney M., a mój występ tak niesamowicie rozbawił kolegów, że wszyscy się śmiali. Swoją drogą, mecz przegraliśmy 0:4. Dzisiaj myślę, że mój występ mógł mieć na to wpływ (śmiech). Gdy o moich wokalnych umiejętnościach dowiedzieli się w pierwszym zespole, to od razu stwierdzili, że przed nimi też mnie to nie ominie. No i dlatego w minione lato przyszło mi śpiewać. Tak im się spodobało, że teraz gdy jadę gdzieś z pierwszym zespołem, a w drużynie jest ktoś nowy, to najpierw każą zaśpiewać jemu, a potem wołają mnie, bo twierdzą, że wolą moje występy (śmiech).

Wiem też, o czym pisał m.in. Steven Gerrard w swojej autobiografii, że tradycją w Anglii jest czyszczenie przez młodych piłkarzy butów należących do graczy pierwszego zespołu.

To prawda. Mi przypadło czyszczenie butów Mignoletowi i trenerowi bramkarzy, a po odejściu Belga, Vito Mannone. Zasada jest taka, że bramkarze czyszczą bramkarzom, obrońcy obrońcom itd. Z Mignoletem dobrze mi się żyło, bo od czasu do czasu dał jakąś parę rękawic, z Włochem było zresztą podobnie. Jeśli np. dostawał próbne partie butów czy rękawic od innych firm niż Adidas, z którym miał podpisaną umowę, to wówczas dawał je mi lub innym młodym. Do dzisiaj czasami chodzę i pytam, czy ktoś mi da buty, ale to w celach charytatywnych, bo jeśli ktoś mi napisze, że robi zbiórkę lub jakąś akcję, to może nie zawsze, ale od czasu do czasu staram się pomagać. Wysyłam rękawice, koszulki z podpisami czy buty.

Takiemu młodemu zawodnikowi na dorobku buty, czy jak w twoim przypadku rękawice, otrzymane właściwie za darmo, mogą pozwolić zaoszczędzić kilka złotych.

Zgadza się. Dostawaliśmy też pieniądze przed świętami i na koniec sezonu. Tak ze 100 £ na głowę. To zawsze miłe, że taki zawodnik daje ci pieniądze, szczególnie przed okresem świątecznym, gdy każdy kupuje prezenty i jest trochę wydatków. Pamiętam też, że przed świętami w U-18 mogliśmy zrobić coś, żeby tych pieniędzy dostać więcej, np. jakieś przedstawienie o charakterze piłkarskim. Przykładowo: wiedząc, że kilku zawodników i trenerów chodzi po nocnych klubach, zakładaliśmy maski i udawaliśmy, że w jednym z takich siedzimy. Pamiętam też, że drukowaliśmy zdjęcia Wesa Browna, gdy miał jeszcze rude włosy, bo w tamtym czasie został złapany w jednym z takich przybytków. Porozwieszaliśmy te zdjęcia na ścianach, z czego oczywiście zawodnicy się śmiali. Pamiętam, że po jednej z takich akcji od Mannone łącznie dostałem 250 £. Wtedy była to dla mnie bajeczna suma.

David Moyes często z Tobą rozmawia w trakcie lub po treningach?

Tak, wielokrotnie mówił mi, że liczy na mnie i że jest zadowolony z mojej pracy na treningach, ale oczywiście jest jeszcze kilka rzeczy, nad którymi muszę pracować. Ostatnio podczas treningu pierwszego zespołu miałem mnóstwo niesamowitych interwencji, którymi sam byłem zaskoczony. Broniłem piłki, których normalnie bronić nie powinienem, więc po treningu Moyes przy wszystkich zapytał mnie w formie żartu, czy w ogóle dzisiaj trenowałem. Uśmiechnąłem się tylko i powiedziałem sobie w myślach, że nie będę komentował, bo musiałbym powiedzieć, że w następnym meczu muszę grać od początku (śmiech).

A jak scharakteryzowałbyś Szkota?

Bardzo spokojny człowiek. Wiadomo, zdarza mu się zagotować, ale zawsze można z nim pogadać, jeśli masz problem. Lubi dawać młodym szanse i jest mocno zainteresowany drużyną U-23. Jak tylko może, to przychodzi nas oglądać, a później przekazuje mnóstwo wskazówek czy instrukcji. Czy jest to idealny trener? Nie wiem, ale na pewno nie jest tak ostry jak Sam Allardyce, który jak ryknął na treningu, to niektórzy młodzi pękali.

Chodzą pogłoski, że jesteś wielkim fanem ligi rosyjskiej i uwielbiasz Rosję jako kraj.

Rosyjskiego zacząłem się uczyć w gimnazjum i choć początkowo średnio mi to szło, bo nie wykazywałem chęci do nauki tego języka, to wszystko zmieniło się w liceum, gdzie uczyła mnie była wychowawczyni mojego brata. Poza tym poznałem też chłopaka, który przyjechał z Petersburga i pomagał mi z nauką, a dodatkowo zainteresowałem się ich kulturą. Do dzisiaj uczę się rosyjskiego. Staram się oglądać rosyjską telewizję. Sporo też czytam w tym języku i słucham piosenek. Co do ligi – interesuję się Prjemier Ligą, a moją ulubioną drużyną jest CSKA. Miałem okazję być na ich meczu z Manchesterem United na Old Trafford w Lidze Mistrzów. W Rosji byłem raz, a konkretniej w Petersburgu. Planuję kiedyś pograć w tamtejszej lidze, najlepiej po trzydziestce, choć gdybym teraz dostał ofertę, to z pewnością bym ją rozpatrzył.

Pomówmy o twoim wypożyczeniu do Boston United. Jak wspominasz pobyt w tym klubie?

Ludzie w Bostonie strasznie mnie lubili. Kibice pisali do mnie na Facebooku, dziennikarze co chwilę tworzyli na mój temat artykuły, nazwali mnie nawet „drugim Tomaszewskim”. Jeśli chodzi o grę, to wiadomo – Boston występuje w Conference North (odpowiednik polskiej czwartej ligi – przyp. red.), więc bywało ciężko, bo tam gra się bardzo fizycznie. Mnóstwo piłek szło w pole karne i trzeba było sobie radzić. Z autu zawodnicy regularnie posyłali piłki na piąty metr. Łącznie zagrałem tam 12 meczów i miałem 6 czystych kont, dzięki czemu graliśmy w play-offach. W tych play-offach to też były niezłe jaja…

Znowu śpiewałeś?

Tym razem nie, ale na pierwszy mecz miałem jechać z kolegą, który grał kiedyś w Sunderlandzie. O 9:30 zapakowaliśmy się w samochód i ruszamy na miejsce zbiórki, które od Sunderlandu było oddalone o 3, może 4 godziny drogi. Utknęliśmy w korku, bo na autostradzie trzy pasy były zablokowane. O 16 mieliśmy być w hotelu, żeby coś zjeść i się przygotować, a o 19:30 rozpoczynał się mecz. Na stadion dotarliśmy o… 19:10. Wpadłem, przebrałem się i wskoczyłem do bramki. Właściwie broniłem na głodnego, bo po drodze wypiłem tylko kawę, żeby się trochę rozgrzać, ale wyszło nie najgorzej – zremisowaliśmy 0:0. W drugim spotkaniu też było ciekawie. Prowadziliśmy 2:0, potem straciliśmy bramkę, a w ostatniej minucie facet z przewrotki wyrównał. Dogrywka, a później karne. Dwa obroniłem, ale my nie strzeliliśmy trzech i przegraliśmy. Chciałem wykonać jedenastkę, ale trener się nie zgodził. Może w przeciwnym razie byśmy awansowali…

Jest jakiś bramkarz, na którym starasz się wzorować?

Podglądam wielu bramkarzy, ale ulubieńca nie mam. Wydaje mi się, że warto śledzić kilku i próbować zapożyczać od nich to, co mają najlepsze. Od Neuera na przykład grę na przedpolu i nogami, od Čecha na linii itd.

A od Szczęsnego? Wiem, że nie cierpisz porównań do niego.

W ogóle nie lubię być porównywany do kogoś. Co do Szczęsnego, fakt – wyjechaliśmy w tym samym wieku, ale mamy różne osobowości. Nie oszukujmy się, Wojtek jest bardzo dobrym bramkarzem, ale pod względem charakteru jest niezwykle pewny siebie. Niektórzy twierdzą, że wręcz arogancki i nie podobają mi się porównania do niego, bo w tej kwestii zupełnie się różnimy, a łączy nas przede wszystkim to, że wyjechaliśmy w tym samym wieku i gramy na tej samej pozycji.

Jak wygląda obecnie twoja sytuacja w hierarchii bramkarzy, jakie stawiasz przed sobą cele i jakie masz plany?

Obecnie rywalizuje z Micą o nr 3, nr 1 i 2 to Pickford i Mannone. Mice swoją drogą sporo pomagam, bo on mało rozumie po angielsku. Wydaje mi się, że mam duże szanse, żeby być w przyszłości numerem dwa czy nawet „jedynką”, ale przede wszystkim brakuje mi doświadczenia, a w Anglii panuje przekonanie, że bramkarz jest bardzo dobry, jeśli rozegra wiele meczów. Pojawia się temat wypożyczenia. Latem to się nie udało, bo Mannone nabawił się kontuzji i chwilowo byłem drugim bramkarzem. Plan klubu jest prawdopodobnie taki, abym wspinał się szczebel po szczeblu, jak Pickford. Póki co koncentruję się na treningach i grze w rezerwach. Liczę jednak mocno na to wypożyczenie, bo mógłbym zacząć ogrywać się na poziomie seniorskim.

Jakbyś siebie scharakteryzował?

Odważny, pewny siebie, ambitny, uparty w dążeniu do celu. Poza boiskiem czasem nieśmiały, przydarzają się też momenty małego lenistwa, ale jak chyba każdemu. Treningów jednak nigdy nie opuszczam. Czasami nawet zostaję dłużej, np. ostatnio z Khazrim. Chciał uderzyć 6 wolnych, trafił tylko jednego (śmiech). Zostaję też często z naszym trenerem bramkarzy, aby sobie jeszcze dokręcić śrubkę, więc generalnie 3 lub 4 razy w tygodniu ćwiczę także po zakończeniu treningu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *