Bundesliga i Chiny - foto główne

Wydaje się, że tylko dwie nacje na świecie byłyby w stanie wpaść na pomysł uczynienia swoim sportem narodowym dyscyplinę, którą prawie nikt w kraju się nie interesuje, a jeszcze mniejszy odsetek ludności ją uprawia. Obserwując wciąż rosnącą popularność piłki nożnej na świecie, taką właśnie koncepcję postanowili wcielić w życie Amerykanie i Chińczycy – tyle tylko, że w USA skończyło się na zapowiedziach, a Azjaci zabrali się do pracy. Cel? Do 2050 roku stać się piłkarską potęgą. A skoro najlepszy futbol od lat skoncentrowany jest na Starym Kontynencie, oczywistym jest, że droga do tego celu poprowadziła Chińczyków właśnie przez Europę. Jak do tej pory, kawałek po kawałku, próbowali Europę „sprowadzić do siebie” poprzez kontraktowanie kolejnych gwiazd z renomowanych klubów, ale ostatnio znaleźli również sposób na podróż w drugą stronę. Dzięki zawartemu z niemiecką federacją porozumieniu będą mieli okazję poznać system i specyfikę gry oraz strukturę ligową w jednym z najbardziej rozwiniętych piłkarsko krajów świata.

W niemieckim środowisku zawrzało. Pomysł w rzeczywistości większości klubów i działaczy się podoba, ale prześmiewczych i krytykujących głosów też nie brakuje. Nic dziwnego, w końcu reprezentacja olimpijska obcego kraju grająca w lidze razem z normalnie funkcjonującymi klubami to sytuacja bez precedensu. Wedle projektu, do południowo-zachodniej Regionalligi, gdzie w stawce na najbliższy sezon znalazło się miejsce tylko dla 19 ekip, miałaby dołączyć drużyna… Chin U-20. Przybysze ze wschodu mieliby rozgrywać wszystkie mecze na wyjazdach i za każdy z nich płacić przeciwnikowi 15 tys. €! Ich zdobycze punktowe nie będą nigdzie rejestrowane, a zespół stacjonować ma w okolicach Heidelbergu. To wszystko ma mieć przede wszystkim na celu optymalne przygotowanie drużyny do Igrzysk Olimpijskich w 2020 roku. Ten pomysł jest naturalną konsekwencją umowy, którą podpisały chińskie i niemieckie władze piłkarskie, za zgodą i pod nadzorem władz cywilnych, w listopadzie ubiegłego roku. Obie strony zobowiązują się w niej do podejmowania obopólnie korzystnych inicjatyw piłkarskich na przestrzeni kolejnych pięciu lat.


Rozpoczęcie budowy nowego piłkarskiego imperium prezydent Chin Xi Jinping ogłosił już w 2015 roku. On sam jest sympatykiem tego sportu, ale przede wszystkim chodzi mu o ogromny potencjał gospodarczy, z jakim wiąże się aktywna i okraszona sukcesami obecność w świecie futbolu. Opracowano szczegółowy, 50-punktowy plan rozwoju piłki nożnej w najludniejszym kraju świata, a jednym z jego punktów jest staranie o organizację mundialu w 2026, lub 2030 roku. Jeszcze w 2014 w europejskich klubach ulokowana była przez chińskich biznesmenów równowartość 34 mln zł. Zaledwie rok później, po zapowiedziach Jinpinga, ta kwota wzrosła do 2 mld zł, a dziś wynosi 6 mld zł, a więc jakieś 0,6% chińskiego produktu krajowego brutto. Celem jest inwestowanie w futbol pełnego procenta PKB, ale na to azjatyccy stratedzy dają sobie czas do 2020 roku.


Chińska ekspansja na europejską piłkę klubową trwa zatem już jakiś czas i w pewien sposób fanom piłki spowszedniała. W końcu inwestorzy z dalekiego wschodu przejęli znaczne udziały w takich klubach, jak Atlético Madryt, Inter Mediolan, AC Milan czy nawet Manchester City. Jeden z chińskich potentatów produkujący lampy LED wyłożył ogromne pieniądze na portugalską drugą ligę, która teraz na wzór jego firmy nosi nazwę „Ledman Proliga”, a w kadrze każdego z dziesięciu najlepszych klubów stawki musi znajdować się Chińczyk i regularnie występować w pierwszym zespole. Mało tego, do sztabów szkoleniowych tych ekip mają obowiązkowo zostać dołączeni chińscy szkoleniowcy!


Historie tego typu zakrawają o absurd, ale można w nich dostrzec wspólny mianownik: inwestorzy z Państwa Środka nie pytają, czego nam, Europejczykom, trzeba. Oni przychodzą, wykładają na stół absurdalnie wielkie sumy pieniędzy i mówią, co chcieliby dostać w zamian: piłkarza, klub, ligę – cokolwiek. Tymczasem Niemcy, jako pierwsi i jak dotąd jedyni w piłkarskiej materii, dostąpili zaszczytu współpracy z Chinami, podczas gdy reszta kontynentu tylko z nimi handluje i to wyłącznie w jedną stronę.

Różne mogą być tego przyczyny. Jako pierwsza nasuwa się myśl, że być może dla biernego obserwatora wydarzeń w światowej piłce to nasi zachodni sąsiedzi prezentują najlepsze przygotowanie merytoryczne i posiadają najlepiej funkcjonujący system szkolenia, który tak bardzo interesuje chińskie władze. Miniony czerwiec i triumfy reprezentacji Niemiec w Pucharze Konfederacji oraz na EURO U-21 zdają się tylko podtrzymywać taką hipotezę.


Równie prawdopodobne jest również to, że przyczyny są bardziej przyziemne, a więc związane z pieniędzmi. W przypadku niemieckiej piłki klubowej problem Chińczyków polega na słynnej zasadzie „50+1”, wedle której ponad pięćdziesiąt procent udziałów w klubie musi należeć do jego członków. Bardzo konsekwentne i surowe egzekwowanie tej zasady uniemożliwia inwestorom z zagranicy objęcie kontroli nad którymkolwiek z klubów Bundesligi. W chińskich rękach znajdują się topowe kluby ze wszystkich najsilniejszych lig Starego Kontynentu (5 z Anglii, 4 z Francji, po 2 z Hiszpanii i Włoch oraz po jednym z Holandii i Czech – przyp. red.), poza Niemcami właśnie. Być może pomysł współpracy Azjatów z DFL wynikał zwyczajnie z braku innej możliwości poznania tamtejszych struktur od środka. A przecież budując futbolową potęgę od zera grzechem byłoby nie zapoznać się z dziedzictwem tak wybitnej w tej dziedzinie nacji, jak Niemcy.

Z pięciu czołowych lig Europy, Bundesliga była ponadto ostatnią, z której chiński klub zdołał wyciągnąć którąś z gwiazd. Z Anglii czy Włoch już od dłuższego czasu masowo migrowali na wschód klasowi zawodnicy, tymczasem dopiero tego lata doszło do spektakularnego transferu jednego z czołowych graczy niemieckiej ekstraklasy. Po nieskutecznych staraniach o największe gwiazdy, jak Robert Lewandowski, Pierre-Emerick Aubameyang czy Arjen Robben, Chińczykom udało się wreszcie skusić trzeciego strzelca minionego sezonu – Anthony’ego Modeste’a, choć jego również długo trzeba było przekonywać.


Nic dziwnego, że do tej transakcji ostatecznie doszło, bo właśnie Niemcy, a w szczególności Bayern Monachium spośród klubów w całej Europie czynią największe starania o zaistnienie na azjatyckim rynku. Podczas gdy takie gwiazdy, jak Neymar czy Cristiano Ronaldo, nie mają założonych kont na najpopularniejszych chińskich portalach społecznościowych, takowe posiada niemal każdy bardziej znaczący w Bundeslidze piłkarz czy klub. W raporcie Mailman Group „Red Card 2016 – China Digital Football Index” mierzącym stopień obecności klubów na chińskim rynku cyfrowym, Bayern zajął pierwsze miejsce, a w najnowszym wydaniu tego rankingu dał się wyprzedzić tylko Manchesterowi United. W klasyfikacji lig niemieckie rozgrywki uplasowały się na szczycie zarówno w 2016 roku, jak i w najświeższej klasyfikacji. Całkiem niedawno, bo w kwietniu 2017, Zhang Jindong, właściciel Suning Group (ten sam, który przejął kontrolę nad Interem Mediolan) wyłożył 250 mln € za prawo do transmisji meczów Bundesligi od 2018 roku.


Topowe kluby z półwyspu Iberyjskiego, co dosyć oczywiste, największy potencjał marketingowy odnajdują w krajach Ameryk Północnej i Południowej. Również angielskim klubom bardzo długo bliżej było do rynku amerykańskiego i to tam przedstawiciele Premier League starali się promować w pierwszej kolejności. Tymczasem kluby Bundesligi już od dawna regularnie wyruszają na letnie tournée po Azji i z sezonu na sezon w coraz większej liczbie. Osobną kwestią jest to, jak problematyczne są owe marketingowe wycieczki dla pionu sportowego. Uli Hoeneß zapewnia, że wypady do Azji do koszmar dla każdego trenera, ale zyski najwyraźniej znacznie przewyższają straty, skoro ta praktyka staje się coraz bardziej popularna. W końcu ten sam Hoeneß nie bez dumy opowiadał o gigantycznych szkółkach piłkarskich, które Bayern założył w Chinach i o tym, że w perspektywie kilku lat Bawarczycy planują śmiało korzystać z efektów pracy tych placówek. Piłkarze z Państwa Środka w szeregach Gwiazdy Południa mają pojawić się już wkrótce i wnieść popularność FCB na chińskim rynku na zupełnie inny poziom.


Chociaż na pierwszy rzut oka najnowszy projekt niemiecko-chińskiego tandemu przynosi korzyści tylko tym drugim, a w Bundeslidze sieje wyłącznie zamęt, okazuje się, że również za Odrą na tej współpracy wydatnie skorzystają. W końcu obecność chińskiej reprezentacji na niższym szczeblu rozgrywek wymusi na rodakach przyjezdnych zawodników zainteresowanie tą właśnie ligą. Oczywiście trudno skalę korzyści dla niemieckiej piłki wytłumaczyć choćby piłkarzom FK Pirmasens, czyli klubu, który w dużym uproszczeniu spadł z Regionalligi właściwie po to, aby… zrobić miejsce dla Chińczyków. Przeciwników innowacji jednak nigdy nie będzie brakowało, a pomysł Niemców, aby dogadać się z Chińczykami zamiast prowadzić bezsensowną wojnę, bez dwóch zdań zasługuje na uznanie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *