Mariano Diaz Real Madrid

W obliczu przenosin CR7 do Juventusu i ascetycznego podejścia Florentino Péreza do wzmocnień ofensywnych, stało się jasne, że Królewscy nie będą mieli w najbliższych miesiącach łatwości w skompletowaniu przedniej formacji, a co za tym idzie – trudniej będzie utrzymać dominację w Europie. Remedium na bolączki Realu miał się okazać ściągnięty w końcówce okna transferowego z Olympique Lyon były gracz młodzieżówek Los Blancos – Mariano Díaz. Czy 25-latek podoła jednak presji i sprosta ogromnym oczekiwaniom?

Działacze Les Gones zrobili niemalże złoty interes, gdy rok temu pozyskali z Realu Madryt zapomnianego rezerwowego za 8 mln €, tylko po to, by już sezon później odsprzedać go z powrotem na Estadio Santiago Bernabéu za 22 mln € (źródło: Transfermarkt). Słuszność takiego ruchu Florentino Péreza przez wielu była kwestionowana, ale być może oszczędny prezes Los Blancos ma plan, którego zwykli śmiertelnicy mogą nie rozumieć.


Co prawda urodzony w Hiszpanii Dominikańczyk miał nad Rodanem bardzo owocny okres (w 34 meczach ligowych strzelił 18 bramek i 5 razy asystował – przyp. red.), co pozwoliło mu odcisnąć swoje piętno na pierwszej dziesiątce najskuteczniejszych strzelców Ligue 1, jednak Mariano młodzieniaszkiem już nie jest. 25 lat w metryce to przecież sporo jak na zawodnika, który dopiero zbiera pierwsze szlify w profesjonalnej piłce na najwyższym szczeblu, a tak właśnie jest w przypadku naszego bohatera.

Díaz spędził wiele lat kariery grając w praktycznie wszystkich drużynach Realu, począwszy od ekipy U19, a kończąc na zespole seniorskim. Choć w Castilli zdecydowanie się wyróżniał, to po przejściu do kadry „A” nie zdołał już przekonać do siebie Zinédine’a Zidane’a i szybko został zesłany do Francji. W ojczyźnie Napoleona przeżył mały renesans formy i spisywał się nad wyraz dobrze, co skłoniło zarząd Królewskich do ściągnięcia napastnika z powrotem, z lekkim uszczerbkiem dla klubowego budżetu.


Julen Lopetegui najwidoczniej, w przeciwieństwie do poprzednika, widzi w Mariano potencjał i rozwiązanie na problemy w ofensywie 33-krotnego mistrza Hiszpanii, które tak naprawdę dopiero nadejdą. Przez ostatnie 9 lat za dorobek bramkowy Realu w głównej mierze odpowiadał Cristiano Ronaldo. Los chciał, że tym momencie były selekcjoner La Roja dysponuje zaledwie dwoma klasycznymi „dziewiątkami”. Jedna z nich to trzymany na Santiago Bernabéu przez prywatne sympatie niektórych włodarzy Karim Benzema, którego już wiele razy była okazja zastąpić nie tyle bardziej klasowym, co regularnym w strzelaniu bramek snajperem, choć trzeba przyznać, że w ostatnich tygodniach to właśnie Francuz jest najjaśniejszą gwiazdą na białym, madryckim widnokręgu.


Drugi z nominalnych „lisów pola karnego” to właśnie wspominany Mariano, zatem sytuacja w ataku aktualnego wicelidera LaLiga może nie być zbyt ciekawa. Wprawdzie Ronaldo na boisku zajmował zazwyczaj nieco inną pozycję, niemniej na horyzoncie póki co nie widać piłkarza, który podobnie jak Portugalczyk mógłby zapewniać średnio po 40 goli na sezon. W szerokiej kadrze są jeszcze Isco, Gareth Bale, czy szumnie nazywany przez media następcą CR7 18-letni Vinicius Junior, jednakże w przypadku braku najskuteczniejszego w historii klubu strzelca, to właśnie na barkach rasowego egzekutora spoczywać będzie ciężar zdobywania bramek.


Póki co za sukcesora Cristiano najwyraźniej uważa się Mariano, który z miejsca po powrocie w szeregi Królewskich zażyczył sobie trykotu z numerem „7″, który przez wiele lat przywdziewał portugalski gwiazdor. Swoją drogą, zgoda władz stołecznego giganta na przejęcie numeru od klubowej legendy, zaledwie kilka tygodni po jej odejściu, może być przez niektórych odczytana jako brak szacunku dla pięciokrotnego zdobywcy Złotej Piłki. Pytanie tylko, czy Mariano faktycznie ma papiery na to, by Ronaldo zastąpić, bo na razie wygląda to jedynie na zbyt wybujałą pewność siebie.

Tak prestiżowy numer w wielkim klubie, jakim jest bezapelacyjnie Real Madryt, to nie lada wyzwanie i odpowiedzialność. Wystarczy przypomnieć, że przed mistrzem Europy z 2016 roku koszulkę z „kosą” na plecach zakładały takie legendy Los Blancos, jak Raúl González Blanco czy Emilio Butragueno. To pokazuje również, jak jeden w miarę dobry sezon potrafi wynieść zawodnika na piedestał, nie tylko w środowisku piłkarskim, ale także w jego głowie, bowiem większość piłkarzy z dotychczasowymi „osiągnięciami” Díaza grzecznie by podziękowała i nie przyjęła tego niewątpliwego wyróżnienia, tłumacząc, że na to nie zasługuje.


Ale kto wie, być może właśnie pewność siebie i sportowa bezczelność Dominikańczyka (w rozumieniu mierzenia się z klubowymi świętościami) sprawią, że Real zyska topowego snajpera na długie lata. Snajpera, który pomoże w trzeciej z rzędu obronie Pucharu Ligi Mistrzów i który wyrówna rekordy świętego w opinii Madridistas Cristiano. Pozostaje im zatem mieć nadzieję, iż Mariano udźwignie to nieocenione brzemię, a nie zostanie kolejnym wielkim rozczarowaniem, z jeszcze większą butą, okrzykniętym mianem „one season man”. Nie jest bowiem tajemnicą, że w tym momencie królewska ofensywa potrzebuje wzmocnienia. Jakiegokolwiek.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *