DCQ7ulsW0AAmEd_

Stało się! Wielu kibiców Romy już od dłuższego czasu było przekonanych, że pewnego dnia Eusebio Di Francesco zostanie szkoleniowcem ich ukochanego klubu. Po zeszłorocznym sukcesie w skromnym Sassuolo 47-letni Włoch tylko ugruntował swoją pozycję na rynku trenerskim, a teraz przejmuje stery w zespole, wobec którego nigdy nie krył sympatii.

Nie ma co się bawić w okrągłe słowa – urodzony w Pescarze szkoleniowiec to zadeklarowany romanista. Od kiedy Di Francesco rozpoczął swoją karierę na ławce trenerskiej, często podkreślał, że chciałby pewnego dnia poprowadzić Romę. To właśnie w stołecznym klubie w 2001 roku świętował swój największy sukces w roli piłkarza – mistrzostwo Włoch. Było ono zwieńczeniem czteroletniego pobytu w Rzymie i chociaż Eusebio nie należał do głównych architektów tego triumfu, medal otrzymał.


Do Trigorii sprowadzał go w 1997 roku Zdeněk Zeman, który został mentorem Di Francesco. W mistrzowskich rozgrywkach Czecha na ławce już nie było, a środkowy pomocnik wystąpił w zaledwie pięciu meczach, ale we wcześniejszych latach był bardzo ważnym ogniwem Giallorossich, rozgrywając każdego roku przynajmniej 30 meczów w lidze. Trafił też do reprezentacji Italii, zaliczając łącznie 13 spotkań, w tym siedem w eliminacjach do EURO 2000, jednak na turniej finałowy nie pojechał. Niemniej na przełomie wieków przesiąkł klimatem Romy na tyle, że w 2005 postanowił przyjąć funkcję team managera w sztabie… Luciano Spallettiego. Di Francesco wchodzi więc do ekipy aktualnego wicemistrza Serie A po raz trzeci i znowu w innej roli – tym razem to on będzie głównodowodzącym. Po niedawnym odejściu wspomnianego Spallettiego w okolicznościach, o których pisaliśmy w poprzednim artykule, przejęcie drużyny przez człowieka świetnie rozumiejącego Romę, jej kibiców i wartości wydaje się najbardziej rozsądnym ruchem. To jednak nie był jedyny ani też najważniejszy argument przemawiającym za zatrudnieniem 47-latka.

Źródło: Roma Press
Źródło: Roma Press

Od kiedy amerykański kapitał zainwestował w trzykrotnych mistrzów Włoch, kierownictwo pragnęło drużyny nie tylko zdobywającej trofea, ale też grającej ładnie dla oka. Nieprzypadkowo angażowano na stanowisko szkoleniowca takich ludzi, jak Luis Enrique, Zdeněk Zeman, Rudi Garcia czy ostatnio Spalletti. Hiszpan miał przenieść na Stadio Olimpico barcelońską tiki-takę, Czech to wręcz wyznawca ofensywnego futbolu, który wymyka się wszelkim schematom, ale zawsze w oparciu o formację 1-4-3-3. Francuz osiągał sukcesy w niewielkim Lille, prowadząc je do mistrzostwa kraju, a Spalletti wszystkim tifosim z Curva Sud kojarzył się z Romą grającą najładniejszą piłkę w XXI wieku. Podczas jego pierwszej kadencji wielu ekspertów to właśnie w ekipie Lupich widziało najefektywniejszą drużynę we Włoszech. Di Francesco natomiast to jeden z uczniów Zemana i ogromny zwolennik „Zemanlandii” – z tą różnicą, że potrafił ją „ugrzecznić”.


Jego Sassuolo, od kiedy pojawiło się w Serie A w sezonie 2013/14, tylko raz – właśnie wtedy – znalazło się w gronie zespołów mających najgorszą defensywę (72 stracone bramki – więcej dało sobie wbić tylko ostatnie w stawce Livorno – przyp. red.). W poprzednim campionato jego Neroverdi stracili nawet mniej bramek niż trzecia w tabeli Roma (41 do 40). Rozgrywki 2015/16 były zresztą przełomowymi nie tylko dla klubu z Mapei Stadium, ale też trenera, bo przy nazwisku Di Francesco widnieje obecnie notka: „Wprowadził Sassuolo z Serie B do Ligi Europy”. Ogromny sukces, który osiągnięty został przy słabości wielkich, jak Milan czy Lazio, ale przede wszystkim przy świetnej formie piłkarzy dowodzonych przez trenera rodem z Pescary. Można teraz tylko gdybać, co stałoby się w minionej kampanii, gdyby nie permanentny szpital w zespole Sasol, który mimo kłopotów personalnych wszedł do fazy grupowej europejskich rozgrywek bez większych problemów. W pierwszym meczu w Europa League Zielono-Czarni rozbili wręcz faworyzowany Athletic Club aż 3:0, ale zaraz rozpoczął się koszmar związany z urazami najlepszych graczy – Alfreda Duncana, Simone Missiroliego, Davide Biondiniego i przede wszystkim Domenico Berardiego, co w połączeniu z przyśpieszającym sezonem musiało dać o sobie znać. Ambitni piłkarze z prowincji Modena odpadli z europejskich zmagań już na etapie fazy grupowej, a w Serie A niebezpiecznie zbliżyli się do strefy spadkowej. Di Francesco kryzys jednak zażegnał i spokojne utrzymał swoich podopiecznych w elicie.


Za mały sukces można także uznać ósme miejsce w tabeli rundy rewanżowej. Tym samym przez drugie półrocze Sassuolo wróciło w rejony, z których zdecydowanie bliżej do europejskich pucharów niż degradacji. Co warte podkreślenia, nie był to pierwszy kryzys, z jakim musiał się mierzyć wciąż zbierający doświadczenie menedżer. W pierwszym sezonie wśród najlepszych Neroverdi punktowali tak słabo, że po 21. kolejkach znaleźli się w strefie spadkowej. Wówczas właściciel klubu, Giorgio Squinzi, zdecydował się zwolnić szkoleniowca, który wywalczył awans do Serie A. Jego miejsce zajął Alberto Malesani i z pięciu meczów przegrał… wszystkie. Ostatnie miejsce w stawce, cztery punkty straty do dającej utrzymanie lokaty, a na koncie porażki z towarzyszami niedoli: Chievo czy Livorno. Nie brzmi to zbyt optymistycznie, ale właśnie wtedy, po paru tygodniach przerwy, do szatni Sasol wrócił Di Francesco.


47-latek zdecydowanie postawił na osławione 1-4-3-3 (wcześniej eksperymentował też z 1-3-5-2 i 1-3-4-3 – przyp. red.) i zdobył do końca sezonu 17 punktów, a więc o dwa oczka więcej niż Catania, która właśnie kosztem jego drużyny spadła z włoskiej ekstraklasy. Efektownym finiszem Eusebio zapracował sobie na kredyt zaufania władz i kibiców Sassuolo. A że w kolejnych latach dał im sporo radości, to pożegnany został na Mapei Stadium z olbrzymimi honorami. Trzeba jednak oddać panu Squinziemu, że wobec propozycji z Romy poszedł na rękę swojemu podwładnemu. Di Francesco miał jeszcze do wypełnienia roczny kontrakt, w którym zawarta była klauzula o możliwości jego wykupu przez kogoś zainteresowanego w kwocie 3 mln €. Właściciel Sassuolo postanowił jednak zrezygnować z tej kwoty i oddał swojego pracownika do konkurencji bezpłatnie! Piękny gest z jego strony, który szkoleniowiec na pewno docenia.

Co czeka Di Francesco w Rzymie? Pierwszy sezon od 24 lat, kiedy w kadrze Romy nie będzie już Francesco Tottiego. Tym samym będzie to inna szatnia niż ta, do jakiej przyzwyczaili się piłkarze grający z Wilczycą Kapitolińską na piersi. Nowy opiekun Lupich na pierwszej konferencji prasowej wyraził nadzieję, że będzie mu jeszcze dane współpracować z „Il Capitano”, który ma zająć jedno z kierowniczych stanowisk w stołecznym klubie.


Wracając do szatni Giallorossich, w tej chwili ciężko stwierdzić, który z ważnych piłkarzy opuści Rzym i czy którykolwiek. Podczas wspomnianego spotkania z mediami głos w tej sprawie zabrał także dyrektor sportowy Monchi, który jasno zadeklarował, że nie toczą się żadne pertraktacje z Interem w sprawie Antonio Rüdigera, a w kwestii Mohammeda Salaha to Roma dyktowała warunki (czyli cenę), a skoro te były zadowalające, to Egipcjanina zdecydowano się sprzedać do Liverpoolu. W jego miejsce mógłby przyjść Domenico Berardi, który dobrze czuje się zarówno na skrzydle, jak i na środku ataku. Na pewno zmiana nastąpi w bramce, bo choć Wojciech Szczęsny rozegrał fantastyczny sezon, to w ciągu minionych dwunastu miesięcy sztab szkoleniowy Romy przygotowywał do roli „tego pierwszego” Alissona i przesądzone jest, że Brazylijczyk dostanie swoją szansę. Wiele wskazuje również na to, że na Stadio Olimpico zostanie też Radja Nainggolan. Od Strootmana z kolei nowy trener będzie wymagał dowodzenia zespołem. W środku pomocy niepodważalną pozycję będzie miał także Daniele De Rossi – obaj zresztą niedawno przedłużyli umowy z rzymskim klubem.


Hiszpański dyrektor sportowy na pewno będzie szukał piłkarzy na boki obrony i kogoś, kto wzmocni rywalizację w ataku, gdzie póki co bezkonkurencyjny jest Edin Džeko. Właśnie brak wartościowych zmienników był w ostatnim sezonie piętą achillesową Romy. Luciano Spalletti skorzystał tylko z 22 piłkarzy na przestrzeni całego campionato, co było zdecydowanie najmniejszą liczbą w stawce. Di Francesco ma także zamiar poprawić wyniki w europejskich pucharach, po których pozostał wśród kibiców Lupich ogromny niedosyt. Sam szkoleniowiec przyznaje, że przejmuje drużynę, która ma za sobą rekordowy sezon pod względem zdobytych punktów w lidze i to chce kontynuować, ale widzi, że sporo do poprawy jest zwłaszcza na arenie międzynarodowej i na Starym Kontynencie także chciałby odcisnąć swoje piętno. Nikt na pewno nie wymaga od niego zwycięstwa w Champions League, ale jeżeli doprowadziłby Romę chociażby do ćwierćfinału LM, to w stolicy Italii będzie to poczytywane za spory sukces. Gdyby jednak Giallorossim powinęła się noga już w fazie grupowej, to gra o zwycięstwo w Lidze Europy stałaby się jednym z priorytetów. Jednego możemy się spodziewać – Roma powinna grać na posiadanie piłki, próbować kontrolować mecz, ale też być na tyle elastyczna żeby szybko i sprawnie przystosować się do wydarzeń boiskowych. Di Francesco wyjaśnił niedawno swoje podejście nie tylko do taktyki, ale też innych celów i presji:

„Mecz piłki nożnej zawsze zależy od tego, z kim grasz, gdzie grasz i jak wygląda sytuacja na placu gry. Będziemy pracowali nad tym, żeby być przygotowanym na wszystko. Formacją wyjściową może być 1-4-3-3, ale chcemy momentalnie dostosować się do wydarzeń boiskowych i potrafić zagrać 1-4-2-4, 1-4-2-3-1 czy jak jeszcze chcecie to definiować. Gra zawsze zależy od piłkarzy, którzy będą delegowani do wykonywania swoich zadań”

Jak słowa Eusebio sprawdzą się w praktyce, pokaże dopiero przyszły sezon. Jedno nie ulega wątpliwości – przed Di Francesco i Romą pracowite lato, ale szkoleniowiec z uśmiechem na ustach zakomunikował, że uwielbia ciężko pracować i tylko w takiej sytuacji czuje się dobrze. Przed nim z pewnością najważniejszy sprawdzian w dotychczasowej karierze trenerskiej. Jeszcze w kwietniu miał być podobno po słowie z Fiorentiną, w której angaż byłby pokonaniem kolejnego szczebelka na menedżerskiej drabinie. Wtedy wdawało się, że harmonijne przejście ze średniaka do klubu z określonymi aspiracjami będzie w jego przypadku optymalne.


Tymczasem podejmując pracę w Romie Di Francesco zeskoczył z drabiny prosto na ruchome schody i tylko od niego zależy, czy będą go one komfortowo wiozły na szczyt, czy też trzeba będzie z nich zejść i wrócić do punktu wyjścia. Na razie spełnia swoje marzenia – chce grać atrakcyjną dla oka piłkę, jaka jest wymagana w Rzymie, a przede wszystkim, jak zaanonsowano go na powitalnej konferencji prasowej, wraca do domu, co było mu pisane od lat. Pytanie, czy udźwignie presję i poradzi sobie wśród swoich, wszak najtrudniej być prorokiem we własnym kraju.

Autor: Łukasz Szymański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *