UEFA Champions League quarterfinal 9 maja 2017 - foto główne

Juventus Turyn jest po pierwszym meczu półfinałowym jedną nogą w decydującej rozgrywce Ligi Mistrzów sezonu 2016/17. Mistrzowie Italii pokonali na wyjeździe Monaco 2:0, a scenariusz, w którym tracą taką przewagę ma w sobie zalążki sci-fi. Z drugiej jednak strony, już nie takie niespodzianki i emocje fundował kibicom futbol…

Żeby uzmysłowić sobie skalę wyzwania, jakie stoi przed Monaco, najłatwiej będzie przypomnieć, że w obecnej edycji Champions League Stara Dama dała sobie wbić zaledwie dwie bramki w jedenastu meczach. Teraz tyle samo musiałaby stracić podczas 90 minut rewanżowego starcia i nie strzelić przy tym żadnej, żeby kibice byli świadkami dogrywki. Wynik 3:0 na korzyść Francuzów to już w ogóle rezultat mocno oderwany od rzeczywistości…

Jak gra Juventus u siebie? Od września 2011 roku, czyli od momentu, w którym na gruzach starego Stadio delle Alpi do użytku został oddany nowoczesny J Stadium, Bianconeri rozegrali w roli gospodarza 154 spotkania. Przegrali tylko pięć, z czego jedno w europejskich pucharach! Jedynie Bayern Monachium potrafił zwyciężyć w stolicy Piemontu, pieczętując tym samym swój awans do półfinału Ligi Mistrzów w sezonie 2012/13. Twierdza – takim określeniem śmiało można nazwać turyński obiekt i nie będzie w tym absolutnie żadnej przesady.


Solidny fundament pod takie wyniki położyli gracze odpowiadający za grę obronną. Gianluigi Buffon jeszcze ani razu w fazie play-off tegorocznej edycji LM nie musiał schylać się po piłkę do bramki.


Legendarny golkiper Juve i jego koledzy z defensywy grę na uniknięcie straty gola mają opanowaną do perfekcji. Przypomnijmy: 2:0 i 1:0 z FC Porto, 3:0 i 0:0 z FC Barceloną i niedawne 2:0 w Monaco. Suche liczby i statystki dobitnie pokazują, przed jakiego kalibru wyzwaniem stoją piłkarze Leonardo Jardima. Załóżmy jednak, że Kylian Mbappé i Radamel Falcao zdobędą we wtorek po jednym golu i będą starali się przede wszystkim nie zaprzepaścić rezultatu dającego im dogrywkę…


Ile do tej pory było jednak spotkań, w których mistrz Włoch nie znajdował drogi do bramki rywala grając przed własną publicznością? W pierwszym starciu tegorocznej Champions League bezbramkowy remis ze stolicy Piemontu wywiozła Sevilla, rok temu taki sam wynik zanotowała Borussia Mönchengladbach, a wcześniej Atlético Madryt. Historia także w tym aspekcie jest zatem po stronie gospodarzy meczu rewanżowego, bo jeżeli już Juventus nie strzelał u siebie bramki, to także żadnej nie tracił, chyba że cofniemy się do wspomnianej wyżej potyczki z Bayernem sprzed czterech lat. Bawarczycy wygrali wówczas 2:0, a więc osiągnęli rezultat dzisiejszych marzeń piłkarzy z Księstwa. Być może po czterech latach historia się powtórzy? Dodajmy jednak, że niemiecki zespół nie musiał odrabiać strat z pierwszego starcia, wszak przyjechał do Turynu z zaliczką 2:0.

Claudio Ranieri w rozmowie z dziennikarzem „La Stampy” przekonywał jednak, że w Turynie nikt nie może zlekceważyć francuskiego przeciwnika.

„Juventus jest już jedną nogą w finale i nie sądzę, żeby zaprzepaścił taką okazję. Musi jednak zachować koncentrację, gdyż Monaco ma w swoich szeregach zawodników, którzy mogą sprawić problemy” – ostrzegał twórca jednej z największych niespodzianek w futbolu w ostatnich latach

Wiadomo jednak z codziennej obserwacji, że dominatorowi Serie A raczej to nie grozi. Max Allegri to trener wręcz chorobliwie skupiony na pracy i poważnie podchodzący do wszystkich boiskowych zadań wykonywanych przez swoich podopiecznych. Jedyna nadzieja dla Monaco to ich młodzieńcza fantazja, która jest cechą wiodącą Les Rouges et Blancs w obecnym, tak udanym sezonie. Piłkarze z Księstwa mają na wyciągnięcie ręki tytuł mistrzowski, a Kamil Glik w wielu wywiadach udzielonych polskim mediom podkreślał, że to właśnie triumf w Ligue 1 jest ich celem numer jeden.

„Oczywiście, każdy w klubie wciąż marzy o Cardiff, ale nasz cel od początku jest jasny – chcemy wygrać mistrzostwo. Chcemy 20 maja lub wcześniej cieszyć się z tytułu najlepszej drużyny we Francji. W Turynie będzie ciężko, ale w piłce już nie takie rzeczy się działy” – przyznał filar kadry Adama Nawałki

W tym samym tonie wypowiada się także jego zwierzchnik, który przekonuje, że ewentualny sukces na J Stadium nie zmieni niczego w podejściu do następnego meczu ligowego przeciwko Lille. Monaco czeka bowiem na mistrzostwo kraju już siedemnaście lat i na Stadionie Ludwika II pragną wreszcie przerwać ten przygnębiający impas.


Jak Portugalczyk może natchnąć swoich piłkarzy? Czy w grupie zawodników tak świadomych skali trudności wyzwania kolejne słowa będą mogły przechylić szalę na stronę francuskiej drużyny? Nie wiemy, ale zakładamy, że opiekun ASM przypomni w szatni, iż czternaście lat temu inni piłkarze ubrani w charakterystyczne biało-czerwone stroje potrafili wspiąć się na górę, na którą nikt nie oczekiwał, że wejdą. Pierwszy pojedynek w stolicy Hiszpanii przeciwko Realowi Madryt Monaco przegrało 2:4, by przed własną publicznością zwyciężyć 3:1 i odrobić straty z nawiązką.

Ewentualny awans Les Asémistes we wtorek należałoby rozpatrywać w kategoriach sensacji właśnie takiego kalibru, tym bardziej, że byłby to rewanż za dwie poprzednie porażki sprzed lat. W rozgrywkach 1997/98 Juventus po wygranej 4:1 u siebie, przegrał w Księstwie 2:3, ale i tak awansował do finału, w którym uległ Realowi Madryt. Z kolei dwa lata temu dwumecz rozstrzygnęła tylko jedna bramka zdobyta przez Arturo Vidala. Wtedy Stara Dama również dotarła do samego finału, gdzie ze złudzeń odarła ją Barcelona. Włosi stają więc przed szansą awansu do trzeciego finału Ligi Mistrzów „po trupie” Monaco, a Francuzi mogą odpłacić rywalom pięknym za nadobne i pierwszy raz wyeliminować ich z rozgrywek, ale będzie to niezmiernie trudne do wykonania.

Sędzią wtorkowego spotkania będzie Pan Björn Kuipers z Holandii, który już dwukrotnie gwizdał w meczach z udziałem Juve w tej edycji Champions League, gdy mistrzowie Italii mierzyli się z Olympique Lyon (1:1) i z Barceloną na Camp Nou (0:0). Z graczami Monaco spotkał się tylko raz – przy okazji ich konfrontacji przeciwko Tottenhamowi (2:1).

Autor: Łukasz Szymański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *