TMD_5996

Ostatnie dni to prawdziwe trzęsienie ziemi na krajowym poletku ligowym. Konieczność ubiegania się o zasiłek dla bezrobotnych spadła na barki Kiko Ramíreza i Radosława Mroczkowskiego, a tylko resztki racjonalizmu we wrocławskim ratuszu uratowały – przynajmniej w tym momencie – Jana Urbana. Czy ktoś jest jeszcze w stanie zatrzymać niszczycielską falę, zanim dopadnie kolejnego nieszczęśnika?

Jaki jest najlepszy czas na powierzenie misji nowemu trenerowi? Oczywiście przerwa między rundami lub sezonami. Świeżo zatrudniony szkoleniowiec zyskuje wtedy czas na poznanie zespołu i może odcisnąć na nim swoje piętno przed inauguracyjnymi pojedynkami. A jaki jest najgorszy okres na dokonanie takowej roszady? Kilka dni przed roztrenowaniem, wszak nic nie można wówczas zyskać, a dodatkowo klubowe konto uszczupla solidna odprawa.

Niepokojący proceder zapoczątkowano w Nowym Sączu, gdzie uznano, że ekipę beniaminka stać przecież na więcej niż utrzymanie. Z jednej strony można próbować to jakoś wytłumaczyć – w końcu rewelacją obecnych rozgrywek jest Górnik Zabrze, notabene ten sam zespół, który w zeszłym sezonie Nice 1 Ligi uplasował się na drugim miejscu, tracąc trzy punkty do popularnych Sączersów

Z drugiej natomiast należałoby wcześniej pomyśleć nad inwestycją w zespół i zatrudnieniu kompetentnego dyrektora sportowego. Już w październikowej rozmowie z „Przeglądem Sportowym” Mroczkowski sugerował, że sytuacja w ekipie nowicjusza z południa kraju daleka jest od idealnej.

„Wierzyłem, że w momencie, gdy awansujemy, wszyscy zrozumieją, iż wymagania są jeszcze większe, bo w wielu sprawach trzeba wskoczyć na ekstraklasową półkę. Brakuje mi tu jasno określonej strategii i większej odpowiedzialności za poszczególne etapy pracy. Odnoszę wrażenie, że większość ludzi, których spotykam w pracy w Nowym Sączu, nie szuka nowych rozwiązań, tylko przyjmuje to, co jest. Ten minimalizm mnie czasami przeraża”

Radosław Mroczkowski

Trudno nie przyznać racji byłemu selekcjonerowi młodzieżowych reprezentacji Polski. Te wszystkie okoliczności dopełniają obrazu, jak bardzo „przaśne” są nadal rodzime rozgrywki piłkarskie. A z takimi personami, jak Grzegorz Baran, Maciej Małkowski, Bartłomiej Dudzic czy Adrian Basta, można skutecznie rywalizować co najwyżej na charytatywnym turnieju sylwestrowym o słynny „Puchar Proboszcza”. Jakby tego było mało, wygląda na to, że w Nowym Sączu nie do końca byli przygotowani na potencjalnego następcę…


Podobnego kalibru konsternację wywołały także sygnały docierające z Wrocławia. Na fali fantazji decydenci WKS-u postanowili, że należy zastąpić Jana Urbana. Bo przecież Arkadiusz Piech, Jakub Kosecki, Michał Chrapek czy Piotr Celeban to potencjał na co najmniej podium Ekstraklasy, a obok serii trzech meczów bez zwycięstwa w żaden sposób nie można przejść obojętnie. A żeby pójść za ciosem, giełdę nazwisk otwierał… Tadeusz Pawłowski. Przy całym szacunku dla popularnego „Tediego”, łatwiej byłoby wytłumaczyć powrót na Konwiktorską na białym koniu Janusza Wojciechowskiego czy zastrzyk zmarszczek na twarzy Silvio Berlusconiego.

Co w takiej sytuacji powinien zrobić sam Urban, zwłaszcza że już w piątek czekało go niełatwe starcie z Jagiellonią Białystok? Były opiekun Lecha i Legii starał się na przedmeczowej konferencji prasowej wyjść z twarzą i sugerował, że rozmów o zwolnieniu… w ogóle nie było!


Opary absurdu dotarły w ostatnich dniach także do Krakowa. I nie chodzi tu bynajmniej o sytuację w Wiśle, która po zaskakującym zatrudnieniu Kiko Ramíreza, w podobnych okolicznościach postanowiła się z nim pożegnać.


Prezes Białej Gwiazdy starała się na łamach prasy zręcznie wytłumaczyć swoją decyzję, nawet jeśli sam zainteresowany miał zupełnie odmienne zdanie.

„Projekt „Kiko Ramírez” zakładał, że w pewnym stopniu polepszymy się w konkretnych aspektach gry. Po dziesięciu miesiącach zaczęliśmy sprawdzać, czy tak się stało i nie do końca tak było”

Marzena Sarapata

Tymczasem kukułcze gniazdo z etykietą „zwolnienie trenera” powędrowało na drugą stronę Błoń. A tam, gdy zakończyło się spektakularne racowisko i opadła już charakterystyczna mgła po derbach miasta, najgorszy możliwy prezent otrzymał Michał Probierz. Nie ma bowiem wątpliwości, że publiczne poparcie ze strony Janusza Filipiaka nie jest najpewniejszą lokatą i swoje ciężko zarobione pieniądze zdecydowanie lepiej byłoby zainwestować choćby w Bitcoiny.


Aż strach pomyśleć, co będzie, kiedy prezesi ekstraklasowych klubów zdadzą sobie sprawę, że nieco infantylne rotacje szkoleniowców mają jednak sens i wezmą pod lupę taki Everton, który wywalczył dziesięć punktów w czterech meczach Premier League pod wodzą okrutnie deprecjonowanego Sama Allardyce’a…


Takie statystyki muszą przecież działać na wyobraźnię ludzi, dla których synonim stabilizacji to zwolnienie, a kolejna odprawa to mało skomplikowane, choć kosztowne hobby.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *