D8yiJBKX4AUQ0x5

Futbol już wielokrotnie przysparzał scenariuszy, których nie powstydziłby się sam Steven Spielberg. Historie wyciskające łzy, ale również takie, które kroją serca fanów na drobne kawałki. Zdradzone barwy, bohaterowie znikąd, sezony życia, wielkie rozczarowania… Jednak niezależnie od tego, jak wielki wydawałby się piłkarski świat, okazuje się on w istocie niezbyt przepastny. Nierzadko więc po mniej lub bardziej spektakularnych odejściach mamy do czynienia z wielkimi powrotami, które elektryzują kibiców na całym świecie. Element niepewności, ciekawość oraz nieodzowna w sporcie chęć kolejnych triumfów często ponownie krzyżuje drogi zawodników i klubów. Zapraszamy zatem na zestawienie najbardziej pamiętnych comebacków, które niebawem powinny znaleźć się (lub już zapisały się) na kartach futbolowej historii.

Johan Cruijff

Źródło: At5
Źródło: At5

Największa legenda nie tylko Ajaxu, ale całej piłkarskiej Holandii. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że opinia publiczna dowiedziała się o istnieniu genialnego atakującego z… jednego z czasopism. Od tamtej pory każdy bacznie obserwował talent Cruijffa, który niebawem oczarował cały świat. Zadebiutował w swoim rodzimym klubie jako siedemnastolatek. Reszta jego kariery to już kawał pięknej historii. Z „El Salvadorem” w składzie de Joden zanotowali bezprecedensową serię sukcesów, na czele z najważniejszymi rozgrywkami na Starym Kontynencie (trzykrotny triumf w Pucharze Europy i jeden w Pucharze Interkontynentalnym – przyp. red.), a sam styl prezentowany przez Johana i spółkę okrzyknięto mianem „futbolu totalnego”.

Po owocnym okresie spędzonym w Amsterdamie Cruijff związał się z FC Barceloną, gdzie również uzyskał status klubowej legendy, a następnie wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Końcówkę kariery spędził zaś w rodzinnej Holandii (NEC Nijmegen i Feyenoord). Życie przywiodło jednak wybitnego reprezentanta Oranje w roli trenera zarówno do Wenecji Północy, jak i stolicy Katalonii. Były to jedne z najgłośniejszych i najbardziej wyczekiwanych powrotów w futbolu – jak się później okazało, nie na darmo. Ze swoim macierzystym klubem Cruijff wywalczył dwukrotnie Puchar Holandii oraz Puchar Zdobywców Pucharów, natomiast Blaugranę poprowadził w 306 spotkaniach LaLiga, z których blisko 60% zakończyło się triumfem jego zespołu (183W – 69D – 54L; 4x Mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Hiszpanii, 3x Superpuchar Hiszpanii, Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Europy, Superpuchar Europy – dod. red.). W 1987 roku został uznany najlepszym trenerem na świecie.


Zinédine Zidane

Źródło: Stadium Astro
Źródło: Stadium Astro

W 2001 roku wielki „Zizou” przechodził po raz pierwszy do Realu Madryt z łatką najdroższego wówczas piłkarza na świecie. Wielu obserwatorów doskonale wiedziało, czego będzie można spodziewać się po genialnym Francuzie na boisku, jednak znacznie mniej było tych, którzy wieszczyli scenariusz, jaki miał miejsce nie tak dawno. Rodowity marsylczyk reprezentował barwy Los Blancos do zakończenia swojej piłkarskiej kariery, po czym nie opuścił definitywnie madryckiego klubu. Zidane zdecydował się bowiem poświęcić swoje dalsze lata pracy szkoleniowej.

Zidane trophies

Źródło: Bleacher Report

Mistrz świata z 1998 roku systematycznie piął się po kolejnych szczeblach kariery trenerskiej, prowadząc na początku zespoły młodzieżowe, by w końcu po fatalnym w wykonaniu Realu Madryt starcie sezonu 2015/16 objąć jedną z najgorętszych posad w futbolowym świecie. Konia z rzędem temu, kto wtedy przewidział, że pod wodzą Zidane’a Królewscy dokonają czegoś, co od początku istnienia obecnego formatu Ligi Mistrzów pozostawało jedynie w sferze marzeń. Real nie tylko jako pierwszy klub od 1990 roku obronił zdobyte 12 miesięcy wcześniej „uszate” trofeum (poprzednio tej sztuki dokonał AC Milan – przyp. red.), ale triumfował nawet 3 razy z rzędu! Przez wiele lat wydawało się to niemożliwe, wręcz surrealistyczne, tymczasem dzięki 47-letniemu taktykowi i jego podopiecznym przybrało postać kolejnego dnia w biurze.

Po paśmie sukcesów francuski szkoleniowiec zdecydował się na krótką przerwę, po której ponownie wrócił na Concha Espina 1, gdzie znów będzie pełnił rolę strażaka. Pomysł z Lopeteguim kompletnie nie wypalił, zakotwiczyć na dłużej nie udało się również Santiago Solariemu, co złożyło się na katastrofalny sezon dla 33-krotnego mistrza Hiszpanii. Nadchodząca kampania ma być zatem nowym początkiem, któremu kurs wyznaczać będzie właśnie on – „Boski Zizou”.


Jakub Błaszczykowski

Źródło: Twitter
Źródło: Twitter

Nie od dzisiaj wiadomo, że Kuba Błaszczykowski to człowiek o wielkim sercu. Jako zawodnik zawsze profesjonalny, oddany drużynie, w szczególności reprezentacji Polski. Facet, który ma określone zasady, jest lojalny, a przy tym nie zapomina o swoich korzeniach. Gdy w 2007 roku jako obiecujący piłkarz wyjeżdżał do Dortmundu, wiele osób po cichu wieszczyło, że nie jest to jeszcze jego ostateczne pożegnanie z krakowskim klubem i nastanie dzień, gdy popularny „Błaszczu” znowu przywdzieje czerwony trykot z „16” na plecach.


W ubiegłym roku, gdy na światło dzienne wyszły problemy finansowe przy Reymonta 22, widziano już Białą Gwiazdę w czwartej lidze. Nadzieja była nikła. Wisła znajdowała się na skraju upadku i wtedy właśnie pojawił się on. Nie dość, że 33-letni skrzydłowy zdecydował się na sporą pożyczkę na rzecz swojego ukochanego klubu, to jeszcze podpisał kontrakt, na mocy którego zarabiał jedyne… 500 złotych! Dzięki nieocenionej pomocy Błaszczykowskiego 13-krotnemu mistrzowi Polski udało się spełnić warunki finansowe umożliwiające dalszy udział w rozgrywkach Ekstraklasy i utrzymać w lidze, co zaowocowało nieco większym optymizmem. Nie jest to oczywiście koniec wiślackich problemów, ale jeśli ostatecznie uda się je zażegnać, byłej gwieździe BVB powinni wybudować pomnik w bezpośrednim sąsiedztwie Stadionu Miejskiego im. Henryka Reymana. Jedno jest pewne – serca krakowskich kibiców Kuba już dawno podbił.


Frank Lampard

Źródło:  Fox Sports
Źródło: Fox Sports

Tego człowieka nikomu w Anglii nie trzeba przedstawiać. Wielka postać i legenda nie tylko klubu z niebieskiej części Londynu, ale również reprezentacji Synów Albionu. 13 lat spędzonych w Chelsea, blisko 450 spotkań w koszulce The Blues, prawie 150 bramek, pierwsza i jedyna jak dotąd Liga Mistrzów na Stamford Bridge – to osiągnięcia, które są gwarancją szacunku kibica (zwłaszcza angielskiego), czego nie naruszył nawet transfer do nielubianego na Wyspach Manchesteru City.

Po karierze piłkarskiej, którą popularny „Lamps” zakończył grając w New York City FC, nie mógł obrać innej drogi niż „trenerka”. W ubiegłym roku objął stanowisko pierwszego trenera w drugoligowym Derby County. Pod jego wodzą klub z East Midlands zapewnił sobie miejsce w barażach o awans do Premier League, a w międzyczasie – w obliczu napiętych relacji Maurizio Sarriego z szefostwem Chelsea – pojawiła się okazja powrotu do Londynu. Frank nie mógł oczywiście odmówić. Włodarze DCFC zachowali się jednak bardzo wielkodusznie, bo doskonale wiedzieli, że w żyłach byłego pomocnika płynie niebieska krew. To, co było nieuniknione, stało się faktem, choć nie brakuje głosów, że to jeszcze zbyt wysokie progi dla wychowanka West Hamu.




Gianluigi Buffon

gianluigi-buffon-pavel-nedved_1so7w7mmdd3ty1sbe8h6itw1r9

Człowiek instytucja. Mówisz Juventus – myślisz Buffon. To związek niewymagający żadnego komentarza, tak idealny, że równie dobrze wystarczyłoby wymienić samo nazwisko i zostawić puste pole. Każdy fan futbolu wie przecież, jaki status „Gigi” osiągnął w stolicy Piemontu. Rok temu, gdy opuszczał swoją ukochaną Starą Damę, płakali wszyscy – kobiety, dzieci i najwięksi twardziele. W tamtym momencie każdy w Turynie chciał zatrzymać czas. Każdy był świadomy tego, że zakończył się pewien rozdział. Kawał pięknej, prawdziwej miłości do klubu, ale przede wszystkim do piłki. Ta historia nie znalazła jednak swojego ukoronowania w postaci upragnionego triumfu w Champions League (obok Mistrzostwa Europy to jedyne prestiżowe trofeum międzynarodowe, którego Buffonowi wciąż brakuje – dod. red.).


Po rocznej przerwie do Turynu wrócił pełny uśmiech, bo wróciła legenda. Wszyscy wiedzą, że nie będzie już tak samo, jak wcześniej, choć wielu ucieszył sam fakt, że Buffon ponownie znalazł się w kręgu Bianconerich. Buffon opuścił wprawdzie Juventus na kilkanaście miesięcy, ale jak widać ani on, ani klub nie mogą bez siebie żyć. To jedna z tych historii, których w futbolu jest coraz mniej. Polecamy więc cieszyć się tym szczęściem razem z 41-letnim bramkarzem oraz całą społecznością La Vecchia Signora. Gdyby tylko udało się wygrać Ligę Mistrzów…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *