Unzue w Celcie Vigo

Katalońska prasa w minionych miesiącach poświęciła wiele miejsca spekulacjom dotyczącym następcy Luisa Enrique na Camp Nou. Ostatecznie działacze Barcelony obdarzyli kredytem zaufania Ernesto Valverde, który swoje największe sukcesy odnosił z Olympiakosem oraz Athletikiem. Wybór ten potwierdza tezę o nowym początku w ekipie wicemistrza Hiszpanii. W związku z zaistniałą sytuacją na boczny tor odsunięty został natomiast Carlos Unzué, zmuszony niejako do znalezienia kolejnego pracodawcy w innym rejonie Półwyspu Iberyjskiego.

Jeżeli ktoś chciałby prześledzić karierę seniorską byłego asystenta „Lucho”, to w głównej mierze powinien skupić się na zespole z Estadio Ramón Sánchez Pizjuán. Co ciekawe, w Sevilli zmiennikiem Carlosa Unzué była ikona klubu z Andaluzji – Monchi, a więc aktualny dyrektor sportowy Romy. Swoją poważną przygodę z futbolem w roli golkipera Nawarczyk rozpoczynał jednak w miejscowej Osasunie, której jest wychowankiem i co najlepsze, także w Pampelunie udało mu się zawiesić buty na kołku, dokładnie w 2003 roku.

O tym, że Unzué nie zrobił zawrotnej kariery najlepiej świadczy fakt, iż nigdy nie zadebiutował w seniorskiej reprezentacji La Roja (grywał wyłącznie w kadrach juniorskich – przyp. red.). Zdecydowanie bardziej skomplikowana jest jego karta trenerska. 50-latek jest związany z Blaugraną od czasów, gdy pierwszym menedżerem był Frank Rijkaard – Unzué zajął się wówczas pracą z młodszymi kolegami po fachu. W międzyczasie próbował jeszcze swoich sił w roli pierwszego trenera Numancii, ale po niezbyt udanym, a wręcz rozczarowującym dla obydwu stron epizodzie ponownie zawitał na Camp Nou.

To właśnie z Luisem Enrique Unzué świętował swoje największe sukcesy nie tylko w karierze szkoleniowej, ale i w życiu. Decyzja „Lucho” o zakończeniu przygody z Barceloną naturalnie spowodowała spory szum wokół jego asystenta, który z racji piastowanej funkcji teoretycznie stał się świetnym kandydatem do kontynuacji koncepcji trenera rodem z Gijón. Paradoksalnie to jednak współpraca z Enrique, przesiąknięcie jego filozofią i możliwość powielania wszelakich schematów stały się najpoważniejszym problemem Carlosa w walce o fotel opiekuna pierwszego zespołu Blaugrany. Na jego korzyść nie działało także doświadczenie. Unzué oczywiście od lat jest w środowisku szanowany i mógł podpatrywać rozwiązania największych szkoleniowców, ale jeśli chodzi o bycie liderem szatni poważnego zespołu jego karta prezentuje się nadzwyczaj blado.

Ponadto europejska prasa podchwyciła temat rzekomego konfliktu, jaki zaognił się w ostatnich tygodniach pracy Luisa Enrique w Barcelonie, a więc poważnego spięcia na linii Neymar – Unzué. Według medialnych doniesień, między innymi dziennikarzy serwisu Goal.com, Brazylijczyk wprost wyeksplikował swój punkt widzenia działaczom FCB, stawiając ich w pewnym stopniu pod ścianą i grożąc, że jeżeli Carlos będzie dalej pracował z ekipą Dumy Katalonii, to on tego nie zaakceptuje i znajdzie sobie nowego pracodawcę.

Decyzja Barcelony mogła być tylko jedna, bo któż znający wartość sportową wychowanka Santosu rozstałby się z Neymarem tylko po to, aby zatrzymać na stanowisku Unzué, przy całym szacunku do trenerskich umiejętności Hiszpana? Możemy się domyślać, że zabiegi mające na celu pogodzenie obu panów zostały jednak podjęte, ale jak pokazały minione tygodnie, zabrakło jakichkolwiek efektów. Było o nie tym trudniej, że 50-latek lubił stawiać na swoim i często na siłę próbował podnosić wagę osobistego autorytetu. Jeżeli wierzyć relacjom hiszpańskiej prasy, po jednym z treningów Unzué rzucił w kierunku Neymara takie oto słowa: „Chłopie, ogarnij się, bo inaczej skończysz jak Ronaldinho!”.


Pytanie, czy owa polemika była dla niedoświadczonego szkoleniowca gwoździem do trumny na Camp Nou, czy jedynie zwieńczeniem i kwintesencją fatalnych relacji z Brazylijczykiem. Z pewnością nie można mu odmówić charyzmy, która wielokrotnie przejawiała się w trakcie spotkań Primera División czy Ligi Mistrzów przy linii bocznej boiska. Carlos w swoich reakcjach często przypominał przełożonego – reagował bardzo żywiołowo i starał się nieraz wchodzić w buty samego Enrique. Współpraca obu panów, oparta na wzajemnym szacunku oraz nieskrywanej sympatii, zwłaszcza w pierwszych miesiącach, przebiegała niezwykle okazale i przynosiła oczekiwane owoce, czego dowodem świetne wyniki Barçy i gabloty pełne pucharów.

Powodów, przez które miniony sezon był dla Barcelony nieudany, bo zakończony „tylko” triumfem w Pucharze Króla, jest wiele i można by o nich debatować godzinami, gdyż to temat rzeka. Jednym z nich i pewnie najłatwiejszym do zauważenia jest niewystarczająca oraz zbyt słaba jakościowo ławka rezerwowych, nawet pomimo wielu milionów wydanych w trakcie letniego okna transferowego. Katalońscy decydenci uznali więc, że nie ma sensu dalej ciągnąć etapu, który nie przynosi oczekiwanych efektów, a trzeba jak najszybciej zakończyć wszystkie spory w szatni i ze świeżą głową na ławce trenerskiej przystąpić do kolejnej fazy budowy zespołu praktycznie od fundamentów. Z Unzué za sterami Messi i spółka prawdopodobnie nie byliby w stanie przeskoczyć pewnego pułapu, złamać określonych granic, jeszcze raz wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności. Konflikty w szatni z największymi gwiazdami, których ego często wykracza poza wszelkie znane człowiekowi skale, z pewnością uniemożliwiłyby także nadanie drużynie odpowiedniego kształtu i stworzenie z niej bezbłędnie funkcjonującego kolektywu.

Ernesto Valverde daje srebrnym medalistom minionej kampanii LaLiga więcej możliwości, nawet jeśli sporo racji mają sceptycy jego zatrudnienia twierdzący, że wychowanek Deportivo Alavés nie osiągnął jeszcze niczego wielkiego w menedżerskiej karierze, wszak z solidną firmą z San Mames nie zdołał awansować do Champions League, a jedynie utrzymał Los Leones w czołówce wśród drużyn występujących regularnie w Lidze Europy. Jednego można być pewnym – zatrudnienie byłego opiekuna Athletiku będzie skutkowało zwrotem o 180 stopni w stosunku do definiowania Katalończyków pod rządami Enrique z asystentem Unzué u boku.

Valverde wielką wagę przykłada do organizacji poczynań defensywnych, a więc tego aspektu gry, którego mankamenty ekipa z Camp Nou zawsze nadrabia śmiercionośną ofensywą. Komentator Eleven Sports Maciej Kruk w jednym z wywiadów stwierdził, że Ernesto jest lepszym kandydatem od Unzué właśnie z uwagi na możliwość spojrzenia na zespół z zupełnie innej, szerszej perspektywy, a fakt, iż 53-letni szkoleniowiec przykłada wielką wagę do wariantów gry obronnej może się Barcelonie wyłącznie przysłużyć. To jednak kwestia niedotycząca już trenera rodem z Pampeluny. Unzué zapewne nadal będzie uważnie śledził poczynania Blaugrany, ale już nie tak emocjonalnie i nie tak żywiołowo, bez niepotrzebnej ekscytacji czy palpitacji serca, ponieważ teraz na jego głowie znajdzie się kolejna długa lista obowiązków.


Miniony sezon znacznie zwiększył apetyty kibiców Celty Vigo, którzy liczą na to, że historyczny awans do półfinału Ligi Europy nie będzie szczytem marzeń, a jedynie trampoliną w kierunku coraz poważniejszych celów.


Estadio Balaidos powinno być zatem świetnym miejscem na pierwsze samodzielne kroki Unzué z zespołem poważnego kalibru w hiszpańskiej rzeczywistości. Praca w Vigo w szybkim czasie pozwoli zweryfikować umiejętności szkoleniowe oraz potencjał, jaki drzemie w głowie oraz sercu 50-latka, który dotychczas mógł pobierać nauki u znakomitych szefów, przy jednoczesnym odcinaniu się od presji oraz oczekiwań spadających zawsze na barki pierwszego menedżera. Z drużyną Celestes Unzué może pokazać działaczom z Camp Nou, że popełnili błąd pozbywając się go z klubu i jednocześnie wysłać sygnał, że w bliżej nieokreślonej przyszłości będzie w stanie objąć stery w wielkiej Barcelonie, czego zapewne życzą mu w znacznej mierze fanatycy Dumy Katalonii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *