wp-1470778031247.jpeg

Real Madryt po niesamowitym meczu pokonał Sevillę 3:2 i sięgnął po Superpuchar Europy! Spotkanie stało na wysokim poziomie, a zespół Sampaolego, choć od triumfu dzieliły go sekundy, musiał przełknąć gorzką pigułkę. Wybawicielem Królewskich po raz kolejny okazał się Sergio Ramos.


Powiedzieć, że Królewscy z Madrytu przystępowali do spotkania rozgrywanego na stadionie w norweskim Trondheim w mocno okrojonym składzie, to jak nic nie powiedzieć. Drużyna Zidane’a poleciała do Skandynawii bez swoich największych gwiazd – Cristiano Ronaldo (prawdziwego kata Sevilli – 22 gole, 5 hat-tricków w dotychczasowych starciach z Los Nervionenses – przyp. red), Garetha Bale’a, Toniego Kroosa, Pepego i Keylora Navasa. Na murawie stadionu Rosenborga można było zatem spodziewać się dość piknikowej atmosfery.

Triumfatorzy Ligi Europy trzeci rok z rzędu rozgrywali spotkanie o Superpuchar Europy, a wspomnienia sprzed dwóch lat (porażka 0:2 w Cardiff właśnie ze stołecznym klubem) i dwunastu miesięcy (4:5 z Barceloną w Tbilisi) nie mogły optymistycznie nastrajać fanów z Andaluzji.



Dodatkowo ekipa Sevilli od majowego triumfu w Bazylei przeszła gruntowną metamorfozę. Z zespołem pożegnał się główny architekt sukcesów jedenastki z Estadio Ramón Sánchez Pizjuán – trener Unai Emery. Zresztą baskijski szkoleniowiec do swojego nowego miejsca pracy, Paryża, zabrał także kluczowego w poprzednich dwóch sezonach piłkarza Los Nervionenses – Grzegorza Krychowiaka. Miejsce Emery’ego zajął doświadczony Chilijczyk Jorge Sampaoli, a na pozycji Polaka kibice Sevillistas będą oglądać innego Latynosa – Matíasa Kranevittera. 23-letni Argentyńczyk to zresztą jeden z trzech piłkarzy, którzy zamienili Madryt na Sevillę bądź odwrotnie. Uczestnik tegorocznego Copa América w ramach wypożyczenia trafił do stolicy Andaluzji z Atlético, podobnie zresztą jak jego rodak i rówieśnik Luciano Vietto. W drugą stronę powędrował zaś Kevin Gameiro. Były napastnik Lorient i PSG w poprzednim sezonie był najlepszym strzelcem zespołu Emery’ego, więc dla drużyny z południa Hiszpanii jego brak stanowić będzie spore osłabienie.


Mimo że trener Zinédine Zidane mógł wystawić zawodników powracających do formy po przygotowaniach, to zarówno Benzema, jak i Modrić rozpoczęli dzisiejsze spotkanie na ławce rezerwowych. W pierwszym składzie, tak jak przewidywano, pojawił się natomiast Morata, jak do tej pory jedyny transfer klubowych mistrzów Europy. Już wcześniej wiadomo było, że w Trondheim nie wystąpi Jesé wytransferowany do zespołu… Emery’ego.




Trener Sampaoli co prawda postawił na kilku zawodników, którzy zdobywali Ligę Europy w poprzednim sezonie, ale jednak na wielu pozycjach doszło do roszad. Trzon zespołu w postaci Krychowiaka, Gameiro, a także Banegi sprzedanego do Włoch i kapitana Coke, który zasilił niemieckie Schalke, został mocno naruszony i eksperci zastanawiali się, czy chilijski menedżer będzie potrafił szybko znaleźć ustawienie, które wypali.


Początek spotkania nie zaskoczył. To Andaluzyjczycy byli w posiadaniu piłki częściej od rywali, ale pierwszą groźną sytuację stworzyli gracze „Zizou”. Po zamieszaniu pod bramką Rico bliski szczęścia był Ramos. W oczy rzucała się koncepcja taktyczna trenera Sampaolego, który prawdopodobnie chce przenieść schematy z reprezentacji Chile do Sevilli. Za kadencji tego szkoleniowca triumfatorzy Copa América grali trójką w obronie z szeroko ustawionymi bocznymi obrońcami i już pierwsze minuty spotkania w Trondheim potwierdziły, że będzie to taktyka preferowana także przez Los Nervionenses. O ile w fazie ataku Sevilla powinna grać trzema obrońcami, o tyle już w przypadku, gdy to rywal będzie nacierał, linia defensywna będzie liczyć czterech graczy. Przez pierwsze dwadzieścia minut spotkania Andaluzyjczycy potwierdzali główny aspekt filozofii Sampaolego. Argentyńczyk jest bowiem wyznawcą teorii, że należy mieć piłkę dłużej od przeciwnika, dzięki czemu nie ma on szans do kreowania sytuacji strzeleckich.



Jak się okazało, zaledwie minutę później Królewscy objęli prowadzenie nie wymieniając wcale niemożliwej liczby podań. Na uderzenie z dystansu zdecydował się Marco Asensio, a futbolówka nabrała takiej trajektorii, że Sergio Rico nie miał nic do powiedzenia.


Na odpowiedź rywali nie trzeba było długo czekać. Tuż po zmarnowanej szansie Mariano z dystansu kropnął Daniel Carriço, ale Casilla spisał się bez zarzutu. W grze podopiecznych Sampaolego, co naturalne, było widać jeszcze spuściznę po kadencji Unaia Emery’ego. Za czasów baskijskiego szkoleniowca drużyna Sevilli znakomicie wyglądała w elemencie pressingu, zwłaszcza po stracie piłki. Real po bramce nie zdecydował się ruszyć „jak po swoje”, by podwyższyć wynik i przypłacił to stratą gola na 1:1. Andaluzyjczycy dość przypadkowo znaleźli się pod polem karnym Kiko Casilli, Vitolo zgrał futbolówkę do Franco Vázqueza, a nowy nabytek Sevillistas pięknym wolejem pokonał byłego golkipera Espanyolu.


Bramka zawodnika sprowadzonego z Palermo obudziła wicemistrzów Hiszpanii, którzy za sprawą Isco mogli po zaledwie minucie ponownie wyjść na prowadzenie. Do przerwy wynik nie uległ jednak zmianie i więcej powodów do radości powinni mieć Los Blancos. To Andaluzyjczycy mieli więcej z gry, a w zespole Realu brakowało zawodników, którzy byliby wstanie przytrzymać futbolówkę i uspokoić poczynania zespołu.


Początek drugiej połowy to już przewaga Królewskich, którzy wreszcie opanowali środek pola. Brak Luki Modricia nie przeszkadzał w zachowywaniu arytmii gry, gdyż dobrze prezentował się jego młodszy rodak Kovačić. Wciąż jednak najlepsze wrażenie w ekipie Zidane’a sprawiał Asensio, który pojawiał się niczym królik z kapelusza i siał postrach w szeregach defensywnych Sevilli. To właśnie po akcji 20-latka sytuację do zdobycia gola miał Isco.


O ile dyspozycja młodziana mogła imponować, o tyle już gra drugiego z canterano, Alvaro Moraty, wyglądała dużo gorzej. Były napastnik Juventusu był bezproduktywny i notorycznie odcinany od podań. Słabe spotkanie w wykonaniu wychowanka Realu nie umknęło uwadze francuskiego menedżera, który już po kwadransie drugiej połowy zdecydował się wprowadzić do gry Karima Benzemę. Zespół Sampaolego nadal częściej operował piłką, ale w szeregach Andaluzyjczyków mnożyły się niedokładności, które wykorzystywali rywale. Z czasem to Los Blancos zaczęli przejmować inicjatywę, a wejście na murawę wspomnianego już wcześniej Modricia wprowadziło jeszcze więcej spokoju w poczynania Królewskich. Chorwat, który zastąpił Isco, doskonale spisywał się w duecie z młodszym rodakiem. Roszad w swojej ekipie dokonał także argentyński vis-a-vis Zidane’a. Najpierw zameldował się na murawie wicemistrz Europy, doświadczony Adil Rami, a następnie Luciano Vietto zastąpił Yevhen Konoplyanka. 22-letni napastnik zagrał bliźniaczo do Moraty, więc nad jego rolą w meczu o Superpuchar nie ma co się rozwodzić.


Real nie stwarzał co prawda wielu okazji do pokonania Rico, natomiast sam także nie dopuszczał rywali do swojej bramki. Swoją grę zdecydowanie poprawił Dani Carvajal, który jeszcze przed przerwą kilkukrotnie pozwalał Sevilli na dojście do sytuacji strzeleckich. Jakiekolwiek zagrożenie pod bramką golkipera stołecznego klubu były jednak neutralizowane przez Ramosa i Varane’a, choć w jednej sytuacji kapitan Realu się nie popisał, gdy dał się nabrać na zwód Vitolo i powalił skrzydłowego rywali w polu karnym. Serbski arbiter podyktował jedenastkę, którą na gola zamienił rezerwowy Konoplyanka. Ukrainiec zupełnie zmylił Casillę i perfekcyjnym strzałem wyprowadził Sevillę na prowadzenie.


Na reakcję Zidane’a długo nie trzeba było czekać. James Rodriguez zastąpił Kovačicia, by wspomóc kolegów w poczynaniach ofensywnych. Sampaoli odpowiedział młodszemu po fachu koledze ściągając z murawy zmęczonego Iborrę, a wprowadzając Kranevittera. Królewskim wciąż brakowało jednak jakości, choć nie powinno po zmianach dokonanych przez „Zizou”. Dobrze zorganizowani podopieczni trenera Sampaolego nie pozwalali Asensio, Benzemie czy Lucasowi na podejście pod pole karne Sergio Rico. Real nie miał konceptu na złamanie szczelnie zmontowanej konstrukcji argentyńskiego menedżera. Pieczołowicie pilnowany Benzema co prawda robił o wiele więcej niż Morata, ale także nie potrafił pokonać Rico.

Królewscy z czasem zaczęli coraz mocniej nacierać, rzucając do ataku wszystkie posiłki. Bardzo wysoko grali boczni obrońcy, a przy stałych fragmentach gry pod bramkę rywala fatygowali się obaj stoperzy. Realowi uciekał czas, a wraz z nim wynik, wobec czego frustracja stołecznych piłkarzy zaczęła narastać. Bardzo słabą zmianę dał James Rodriguez, a w grze Kolumbijczyka nie było widać kompletnie niczego, co predysponowałoby go do gry w pierwszym składzie.


Mądrość taktyczna Sampaolego górowała nad chaotycznym momentami Realem, co potwierdziło, że były selekcjoner reprezentacji Chile przykłada olbrzymią wagę do zagadnień związanych z ustawieniem drużyny na murawie. Szansę w samej końcówce meczu miał jeszcze Benzema, ale jego strzał zatrzymał grający do tego czasu mocno przeciętne zawody Ramos. O tym, że futbol bywa ironiczny mieliśmy okazję przekonać się w 93. minucie. Piłka trafiła do, jakżeby inaczej, Ramosa, który strzałem głową znów uratował skórę Królewskim.





Już na początku dogrywki Sevillistas przeżyli trudny moment. Sędzia Milorad Mažić kilka chwil po rozpoczęciu dodatkowych piętnastu minut gry został zmuszony do wyrzucenia z boiska Kolodziejczaka. Francuski lewy obrońca polskiego pochodzenia obejrzał drugą żółtą kartkę za agresywny atak na przeciwnika i było wiadomo, że trofeum oddala się Sevilli o kilkadziesiąt kroków. Królewscy przejęli całkowitą kontrolę nad spotkaniem, a do siatki drugi raz trafił Ramos, z tym, że serbski sędzia gola nie uznał, dopatrując się faulu kapitana Realu.


W zasadzie w pierwszej połowie dogrywki Los Blancos nie dopuścili osłabionego rywala pod swoją bramkę ani razu. Na początku drugiej swoją szansę zmarnował z kolei James Rodriguez. Po piłkarzach Sampaolego ewidentnie było widać, że czerwona kartka Kolodziejczaka zdezorganizowała zespół, a brak możliwości zmiany i coraz więcej problemów zdrowotnych poszczególnych piłkarzy nie pomagały trenerowi Andaluzyjczyków. Fizycznie Los Nervionenses po prostu nie nadążali za podopiecznymi „Zizou”, a Sergio Rico dokonywał cudów w swojej bramce zatrzymując Benzemę i Lucasa. Zespół z Sewilli jakby wyczekiwał końca dogrywki, nie potrafiąc wyprowadzić piłki z własnej połowy. Kolejne okazje nie przynosiły rezultatu, ale szturm Królewskich nie ustawał. Swojej szansy próbował nawet Casemiro, ale uderzenie Brazylijczyka było zbyt anemiczne. W końcu w 119. minucie Dani Carvajal odebrał piłkę na prawej stronie boiska, przedryblował rywali, wszedł jak w masło w pole karne Sevilli i zdobył kapitalną bramkę, która w ostatecznym rozrachunku dała Realowi kolejne trofeum.


Sevilla natomiast po raz trzeci z rzędu przegrywa rywalizację w Superpucharze Europy.



Real-Madrid-icon Real Madryt 3:2 (AET) Sevilla FC 481

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *