C-B5O7bW0AICic4

Przez wiele lat Derby Madrytu były jednostronnymi widowiskami, wpędzającymi kibiców Atlético w depresję. Dopiero przyjście Diego Simeone sprawiło, że klub z Vicente Calderón odwrócił złą kartę, a rywalizacja stołecznych drużyn wzniosła się prawdopodobnie na najwyższy poziom w historii.

Była końcówka września 1999 roku. Po bardzo słabym poprzednim sezonie (dopiero trzynaste miejsce w tabeli – przyp. red.) Atlético nie najlepiej zaczęło także kolejne rozgrywki. Pierwsze dziewięć kolejek przyniosło zaledwie dziesięć punktów i pozycję tuż nad strefą spadkową. W dziesiątej serii gier Rojiblancos pojechali na Santiago Bernabéu, gdzie od ponad ośmiu lat nie odnieśli derbowego zwycięstwo. Mimo szybko strzelonego gola przez Fernando Morientesa, goście zdołali odwrócić losy meczu i po dwóch bramkach Jimmy’ego Floyda Hasselbainka i jednym trafieniu José Mariego wygrali 3:1.

Kibice Los Colchoneros byli w siódmym niebie i liczyli, że będzie to dla ich ulubieńców przełomowy moment. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna bardziej niż Axel Witsel wchodzący w nogi Marcina Wasilewskiego – nie dość, że po sezonie klub z Vicente Calderón spadł do drugiej ligi, to ponadto musiało minąć długich czternaście lat, zanim odniósł on kolejny triumf w rywalizacji z Realem.


„Szukamy godnego rywala na derby”

Atlético potrzebowało dwóch lat by wrócić do Primera División. Niestety na początku XXI wieku było ono jedynie ligowym średniakiem, w którym całkiem mocna ofensywa, z utalentowanym Fernando Torresem na czele, mieszała się z popełniającą absurdalne błędy defensywą. Derby stolicy Hiszpanii były więc przez długi czas widowiskami jednostronnymi, zwłaszcza że w Realu rozpoczynała się pierwsza era Galácticos – o sile zespołu decydowały gwiazdy kupione za ogromne pieniądze, jak Luís Figo, Zinedine Zidane, David Beckham, Ronaldo oraz znakomici wychowankowie w osobach Ikera Casillasa i Raúla.

W czerwcu 2003 roku Rojiblancos ponieśli sromotną klęskę, przegrywając na swoim stadionie aż 0:4. Każdy kolejny rok przynosił fanom Los Colchoneros nowe nadzieje na przełamanie złej passy, jednak mimo stopniowego wzmacniania drużyny i zajmowania coraz to wyższych miejsc w ligowej tabeli, to Królewscy dzielili i rządzili w Madrycie. Na przestrzeni sezonów 2002/03 i 2006/07 nie wyglądało to jeszcze najgorzej – w dziesięciu pojedynkach z Realem Atlético zanotowało cztery remisy i sześć porażek.

Od rozgrywek 2007/08 było już jednak tragicznie. W wielu derbach klub z Vicente Calderón walczył i potrafił nawet wychodzić na szybkie prowadzenie, ale z jakiegoś powodu i tak był bezsilny wobec walca, jakim był wówczas rywal zza miedzy. Między sierpniem 2007 a listopadem 2011 roku Los Blancos wygrali aż dziesięć z jedenastu potyczek, dając tym samym swoim fanom powody do wywyższania się i wyśmiewania sympatyków Rojiblancos. 26 listopada 2011 roku, gdy Real bez większych problemów zwyciężył 4:1, kibice wznieśli do góry transparent, na którym widniał napis: „Szukamy godnego rywala na derby”.

KQLhEwf

Los Colchoneros zostali upokorzeni po raz kolejny, a blamaż na Santiago Bernabéu był gwoździem do trumny ówczesnego ich szkoleniowca, Gregorio Manzano.


„I wtedy przyszedł maj…”

Nowym trenerem został Diego Simeone, jednak i on na początku nie potrafił znaleźć patentu na pokonanie Królewskich i przerwanie złej passy, która w momencie jego przyjścia trwała już dwanaście lat. Pierwsze derby były dla Argentyńczyka srogą lekcją – klęska 1:4 na Vicente Calderón była trudna do przełknięcia. Porażka dla sympatyków zgromadzonych na obiekcie położonym nad rzeką Manzanares była tym bardziej frustrująca, że prawdziwe show zaprezentował Cristiano Ronaldo, który ustrzelił hat-tricka, a na koniec dołożył asystę przy trafieniu José Callejóna.


Z czasem kibice Atlético doczekali się wreszcie przerwania fatalnej derbowej serii. Pierwsze zwycięstwo od czternastu lat smakowało lepiej niż dania w restauracjach prowadzonych przez Magdalenę Gessler. Nie dość, że można było w końcu wykrzyczeć „Madrid es rojiblanca!”, nie dość, że udało się wygrać na Santiago Bernabéu i utrzeć nosa José Mourinho, to jeszcze działo się to wszystko w finale Copa del Rey, dzięki czemu Rojiblancos wywalczyli pierwsze krajowe trofeum od blisko dwudziestu lat!

Emocje w trakcie spotkania co chwilę sięgały zenitu. Prowadzenie Królewskim dał niezawodny Cristiano Ronaldo, ale jeszcze przed przerwą po znakomitej indywidualnej akcji Radamela Falcao wyrównał Diego Costa. Mimo oblężenia ze strony Realu (Ronaldo w trakcie całego meczu kilka razy trafiał w słupek – przyp. red.), doszło do dogrywki, w której decydującego gola strzelił Miranda. Fantastyczny występ zaliczył wówczas Thibaut Courtois, który ratował Los Colchoneros w wydawałoby się beznadziejnych sytuacjach.

Po triumfie wśród kibiców ogromna popularność zyskała przyśpiewka: „Przyszliśmy tu zwyciężyć i pokazać, kto rządzi w stolicy”.



Wielkie Atlético i katastrofa w Lizbonie

Wraz z upływem czasu Diego Simeone budował coraz mocniejszą drużynę, która w końcu była gotowa stawić czoła odwiecznemu rywalowi i walczyć z nim jak równy z równym. W sezonie 2013/14, który klub z Vicente Calderón zakończył mistrzostwem Hiszpanii, udało się dwukrotnie pokonać Real w lidze. Po triumfie w Copa del Rey podopieczni „Cholo” wyraźnie polubili Santiago Bernabéu, które przestało być miejscem kolejnych klęsk, a stało się synonimem odnoszenia kolejnych sukcesów.

Najważniejszą zmianą było to, że Los Colchoneros w końcu nauczyli się nie popełniać błędów w obronie i sztywno trzymać wyznaczonej taktyki. Okazało się, że gra wysokim pressingiem, z ogromnym zaangażowaniem i uporczywe przeszkadzanie w konstruowaniu akcji przynoszą zaskakująco dobre efekty w konfrontacjach z Los Blancos. Choć dysponowali oni znacznie większym budżetem i w teorii lepszymi piłkarzami, w derbach coraz częściej byli bezradni wobec dyscypliny i konsekwencji w grze zawodników Diego Simeone.

Niemniej to Królewscy wygrali najważniejsze, jak dotąd, derby w XXI wieku. W maju 2014 roku w finale Ligi Mistrzów zwyciężyli po dogrywce 4:1, choć jeszcze 132 sekundy przed upływem doliczonego czasu do regulaminowych 90 minut przegrywali 0:1. Na ich szczęście w samej końcówce po rzucie rożnym jak spod ziemi wyrósł Sergio Ramos, który strzałem głową pokonał bezradnego Thibauta Courtoisa. W dogrywce doszło już do egzekucji, którą rozpoczął Gareth Bale, a skończył Cristiano Ronaldo. Rojiblancos nie mieli już bowiem sił, by dotrwać do rzutów karnych.

Podczas fiesty Sergio Ramos postanowił przerobić wspomnianą wcześniej przyśpiewkę kibiców Atlético, zmieniając słowa na: „Wygraliśmy finał, by pokazać, kto rządzi w stolicy”.


Superpuchar, partidazo na Calderón i szansa na rewanż za Lizbonę

Kilka miesięcy później Los Colchoneros wzięli na Królewskich mały odwet, zdobywając ich kosztem Superpuchar Hiszpanii. Jedno z najpiękniejszych derbowych widowisk w ostatnim czasie miało natomiast w miejsce w lutym 2015 roku. Na Vicente Calderón podopieczni Diego Simeone rozegrali jedno z najlepszych spotkań w swojej historii, miażdżąc rywali zza miedzy w każdym możliwym aspekcie futbolowego rzemiosła, kompletnie wyłączając z gry Cristiano Ronaldo i odnosząc okazałe zwycięstwo 4:0, które przy odrobinie szczęścia mogło być jeszcze wyższe.

Real zemścił się parę miesięcy później w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, w którym wyeliminował Rojiblancos dzięki bramce Javiera Hernándeza w samej końcówce rewanżu. W obecnym sezonie na razie to Atlético jest górą. W pierwszej ligowej potyczce padł remis, a w drugiej, na Santiago Bernabéu, znów górą byli gracze w koszulkach w czerwono-białe pasy. Momentami prawdziwym majstersztykiem w ich wykonaniu był pressing, dzięki któremu w jednej z akcji odebrali piłkę przeciwnikom i wymienili 21 kolejnych podań, które zakończyły się groźnym uderzeniem Antoine’a Griezmanna.

Najważniejsza batalia tego sezonu jednak dopiero przed oboma zespołami. W mediach presja jest przerzucana z jednych na drugich. O ile niełatwo wskazać zdecydowanego faworyta, o tyle żądza zwycięstwa w obu ekipach jest równie ogromna. Najprawdopodobniej będziemy zatem świadkami kolejnych fantastycznych derbów Madrytu, bo warunki ku temu będą idealne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *