papier-3

Niesprawiedliwość – to określenie chyba najlepiej odnosi się do sposobu, w jaki rozwiązano sytuację z Keylorem Navasem w stolicy Hiszpanii. Poświęcenie, oddanie, pokora oraz ciężka, sumienna praca od lat charakteryzują latynoskiego portero. Pomimo pasma sukcesów i stabilnej dyspozycji na wysokim poziomie przez blisko pięć sezonów, przy Concha Espina 1 postanowiono wymienić Navasa na młodszy (lepszy?) model, odsyłając doświadczonego golkipera do Paryża. Większość madridistów, wobec aktualnej formy Thibauta Courtoisa, do dziś ma poważne wątpliwości, czy zarząd królewskiego klubu podjął słuszną decyzję, wszak w ich odczuciu Kostarykanin nigdy poważnie nie zawiódł. Czy na Estadio Santiago Bernabéu szybko będą żałować tej personalnej decyzji?

Keylor Navas zawitał do białej części Madrytu po fenomenalnych występach w barwach reprezentacji swojego kraju na mundialu w 2014 roku. Już wtedy w świadomości większości fanów hiszpańskiego futbolu figurował jako jeden z czołowych golkiperów LaLiga, którego wyróżniają niesamowity refleks oraz wybitna umiejętność interweniowania na linii bramkowej, przez co wielu zaczęło nazywać go „panterą”. Z transferem sympatycznego bramkarza do Realu od początku wiązała się jednak masa wątpliwości. Za małe nazwisko, jak na klub tego formatu, czy niska kwota transferu – zawsze znajdowało się jakieś „ale”, i to pomimo faktu, że gdy przychodziło do weryfikacji jego umiejętności w najważniejszych meczach, niemal zawsze wspinał się na wyżyny możliwości, popisując się interwencjami, które nie raz ratowały punkty Królewskim, zarówno w lidze, jak i Champions League. Madridistas zakochali się w Navasie z wzajemnością po jednym z pamiętnych finałów Ligi Mistrzów. Były zawodnik Levante popisał się wtedy po raz kolejny kilkoma genialnymi paradami, a sympatycy Los Blancos nadali mu nowy, bardziej dostojny pseudonim: „Keylord”.


Problemy Navasa zaczęły narastać z dniem, w którym w białej części Madrytu zorientowali się, że Thibaut Courtois jest do wyciągnięcia z Chelsea za drobne, jak na obecne piłkarskie realia, pieniądze. Akcje Belga od dawna stały wysoko w biurach przy Concha Espina 1, a po niezwykle udanych Mistrzostwach Świata 2018 w wykonaniu reprezentacji Belgii powędrowały jeszcze wyżej. Wtedy nie było już odwrotu. Determinacja Florentino Péreza oraz bunt byłego piłkarza Atlético doprowadziły do długo oczekiwanego transferu.

27-latek z miejsca miał wskoczyć między słupki królewskiej bramki. To, co wtedy wydawało się nieuniknione, ponownie zaczęto kwestionować, gdy trenerem 33-krotnego mistrza Hiszpanii został Julen Lopetegui, który nie był w stanie jednoznacznie postawić ani na Kostarykanina, ani na Belga. Początkowo grali na zmianę, jednak nawet mimo tego, że trybuny na Bernabéu nadal kochały „Panterę”, zaś kadrowicz Martíneza nie wyróżniał się niczym szczególnym, to z biegiem czasu stało się jasne, że w ekipie Los Merengues Navas tak czy inaczej nie ma szans na bluzę z numerem 1, nawet jeśli miałby kilka par rąk. Courtois to wciąż „głośniejsze” nazwisko, co po dzień dzisiejszy ma niebagatelne znaczenie przy ustalaniu once de gala Realu Madryt, choć oczywiście budzi niemałe kontrowersje.


Szkoleniowcem najbardziej utytułowanego klubu w historii Ligi Mistrzów, który odważniej postawił na rosłego Belga, był Santiago Solari, i to właśnie za jego kadencji bohater niniejszego artykułu został oddelegowany do gry w rozgrywkach Copa del Rey. Keylor zrozumiał wówczas, że jego czas w Madrycie dobiega końca. Mimo tego, że włodarze Realu znów usilnie starali się wypchnąć go z klubu na wszelkie możliwe sposoby, on – tak samo, jak w przypadku pamiętnej sytuacji z Davidem de Geą – pozostał pokorny i oddany swojemu pracodawcy. Navas nigdy nie krył się z przywiązaniem do królewskiej bieli i na każdym kroku podkreślał wdzięczność za to, jakim uczuciem darzą go fani Los Blancos. Taka postawa w obecnym, zdominowanym przez gigantyczne pieniądze świecie futbolu to niestety wyłącznie chlubny wyjątek, a piłkarzy, którym dobro poszczególnych klubów rzeczywiście leży na sercu, można z łatwością wskazać palcem.


Dzisiaj wychowanka kostarykańskiej Saprissy nie ma już w słonecznej Hiszpanii, ale przekorny los dość szybko postanowił dać mu szansę, by udowodnił, że to własnie jemu należało się miejsce w bramce Królewskich. W fazie grupowej Ligi Mistrzów znów mierzą się bowiem Paris Saint-Germain i Real Madryt, które to zespoły już w pierwszej serii gier stanęły do prestiżowego pojedynku. Ciężar gatunkowy spotkania raczej niewielki, wszak to dopiero początek europejskich zmagań, jednak dla samego Kostarykanina miało ono wymiar szczególny, zwłaszcza pod względem psychologicznym. Navas doskonale zdawał sobie sprawę, że podopieczni Zinédine’a Zidane’a znajdują się w dołku, zatem nadarzyła się doskonała okazja, by utrzeć nosa włodarzom RMCF. Dodatkowym smaczkiem środowej konfrontacji na Parc des Princes był występ w drużynie gospodarzy Ángela Di Maríi, który również miał do wyrównania rachunki z wszechwładnym Florentino. Efekt? Fenomenalny performance ze strony Argentyńczyka, bardzo solidny występ Kostarykanina i wysokie, trzybramkowe zwycięstwo lidera Ligue 1. A to wszystko „okraszone” fatalną postawą vis-à-vis Navasa, który ponownie nie zaprezentował atutów, jakich spodziewano się po nim w momencie podpisywania kontraktu. Sam zainteresowany, jak zawsze, wykazał się wysoką klasą, choć mógł przecież wbić kolejną szpilkę mocno naruszonemu już Realowi.

„Nie opuściłem klubu ze względu na rywalizację z Thibautem. Odszedłem, bo wraz z rodziną uznałem, że będzie to najlepsze dla nas, dla mojej kariery. W Paryżu zostałem powitany tak, jakbym grał tu od wielu lat. Jestem szczęśliwy dlatego, że wygraliśmy, a nie dlatego, że Real przegrał. Nie mam żalu do nikogo w Madrycie. Chcę poprostu cieszyć się chwilą w moim nowym klubie.”

Keylor Navas, bramkarz PSG i reprezentacji Kostaryki

Raúl González Blanco, Iker Casillas, Cristiano Ronaldo i od niedawna Keylor Navas – tych gentlemanów żadnemu z madridistas nie trzeba przedstawiać. Każdy z nich zapisał niemałą część historii w białej koszulce, a jednocześnie żaden nie został pożegnany tak, jak sobie na to zasłużył. Być może nawet takie było ich życzenie, jednak nie sposób nie odnieść wrażenia, że na Estadio Santiago Bernabéu zapomnieli, jak traktować ludzi, którzy intensywnie pracują na chwałę jednego z największych klubów świata. O ile w przypadku Ronaldo można poddawać pod dyskusję jego humory czy różnego rodzaju narcystyczne zachowania, o tyle Keylor zawsze stanowił uosobienie etosu pracy, sumienności, oddania, ale także podporządkowania hierarchii w zespole. Po nieudanym wypchnięciu go z klubu, spokojnie wrócił do treningów z drużyną, nie obrażał się na nikogo i przez następne sezony ponownie prezentował najwyższy światowy poziom na swojej pozycji.

Każdy profesjonalny piłkarz ma swoje ambicje. Popularny „Pantera” widział na treningach, że jego belgijski rywal nie znajduje się w swojej najlepszej dyspozycji, a mimo to nie miał szans wygryźć go z bramki. W pewnym momencie musiał więc powiedzieć stop, choć i tak wielu na jego miejscu zrobiłoby to znacznie wcześniej. W Madrycie z pewnością na długo zapamiętają fantastyczne parady niemniej niż pogodne usposobienie i zawsze uśmiechniętą twarz Kostarykanina. Ten znakomity bramkarz jeszcze nie doczekał się takiego uznania, na jakie bez wątpienia zasługuje. Być może odnajdzie je wreszcie w Parku Książąt.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *