C-MoGBAWsAAgCCe

Kto uważnie śledzi Serie A, o tym zawodniku usłyszał już kilkanaście tygodni temu, a kto „tylko” interesuje się futbolem, o jego istnieniu dowiedział się zapewne w minioną niedzielę – wtedy to Patrik Schick skopiował słynną akcję Dennisa Bergkampa z meczu przeciwko Newcastle. Młodzieżowy reprezentant Czech wyrasta właśnie na gwiazdę Sampdorii.

Mierzy 187 centymetrów wzrostu, ma 21 lat, a z wyglądu przypomina Ivana Drago z IV części „Rocky’ego”, którego grał Dolph Lundgren. Nie jest oczywiście tak umięśnionym i silnym potworem, jakim była fikcyjna postać filmowa, ale w rysach twarzy można znaleźć pewne podobieństwo. Takie zapewne było również pierwsze skojarzenie kibiców Blucerchiatich, kiedy sprawdzali, kogo ich klub sprowadził do siebie latem zeszłego roku. Dwudziestolatek z czeskiego Bohemiansu Praga nie był bowiem witany przez rzeszę fanów na lotnisku, a koszulki z jego nazwiskiem nie stały się z miejsca bestsellerem w klubowym sklepiku, i to nawet pomimo sporej kwoty, jaka została za niego zapłacona (4 mln €). Ot, kolejna inwestycja na przyszłość. Dokładając do tego, jacy piłkarze trafiali do Genui wraz z nim, Czech lądował zazwyczaj na końcu listy wzmocnień. Tifosich z portowego miasta bardziej interesowały zakupy w osobach Bruno Fernandesa z Udinese, Ante Budimira z Crotone, Dennisa Praeta z Anderlechtu czy nawet naszego Karola Linettego. Każdy z nich był albo wyróżniającym się w swojej lidze piłkarzem (vide Praet w Belgii czy Budimir w Serie B, który swoją drogą okazał się totalnym niewypałem), albo też reprezentantem kraju, jak Linetty.

Schick natomiast mógł się pochwalić jedynie 30. występami w lidze czeskiej. Takie CV na pewno nie może rzucić na kolana publiczności, która oklaskiwała napastników pokroju Giampaolo Pazziniego, Antonio Casssano czy Mauro Icardiego, o Roberto Mancinim nie wspominając, bo to czasy już nieco zamierzchłe. Prażanin pasował natomiast do ogólnej koncepcji ściągania na Stadio Luigi Ferraris młodych, utalentowanych graczy ze sporą szansą na zrobienie w przyszłości sporej kariery, a co za tym idzie – wysoką dla Sampy stopą zwrotu zainwestowanych środków. Bo o tym, że wychowanek Sparty ma „papiery na duże granie” przekonywał przede wszystkim w reprezentacji Czech do lat 21. Nasi południowi sąsiedzi zagrają w czerwcu na polskim EURO w dużej mierze właśnie dzięki postawie bohatera tego tekstu. Czesi wygrali swoją grupę eliminacyjną zostawiając w pokonanym polu m.in. Belgię, a Schick uzbierał w kwalifikacjach MME aż 10 goli. Połowę dorobku ugrał co prawda w meczach z Maltą, ale zdobył też jedyną bramkę w zwycięskiej konfrontacji z Czerwonymi Diabłami.

Nic więc dziwnego, że włodarze Sampdorii musieli stoczyć o niego zażartą walkę z konkurencją. Chociaż kibice Dorii podchodzili do tego ruchu na chłodno, w gabinetach dyrektorskich było bardzo gorąco, wszak usługami utalentowanego atakującego naprawdę mocno zainteresowana była także Roma. Ostatecznie rodak Wojaka Szwejka podpisał umowę z klubem dowodzonym przez Massimo Ferrerro, a na konto praskiej Sparty trafiły wspomniane już 4 miliony. W umowę piłkarza wpisano również klauzulę odejścia na poziomie 25 mln €. Czy ekscentryczny producent filmowy dawał więcej niż Giallorossi? Prawdopodobnie tak, ale sam zawodnik pytany o jego najbliższe plany transferowe niejako przy okazji uchylił rąbka tajemnicy odnośnie ubiegłorocznej letniej transakcji:

„Teraz nie zajmuję się plotkami. Myślę tylko o tym, by dobrze grać tutaj, w Genui. Latem wolałem przyjść właśnie do Sampdorii niż do Romy, bo wiedziałem, że tutaj będę grał częściej niż w Rzymie”Patrik Schick

Trzeba przyznać, że Schick niewiele się pomylił, chociaż początek rozgrywek spędzał częściej w pozycji siedzącej niż na boisku. Pierwszy mecz w podstawowym składzie zaliczył w październiku przeciwko Juventusowi, strzelając przy okazji premierowego gola. Dopiero po Nowym Roku zaczął częściej pojawiać się w wyjściowej jedenastce, ale sam sobie na to solidnie zapracował, bo wchodząc z ławki rezerwowych zdobył jeszcze trzy bramki – co ciekawe, nie wszystkie występując na pozycji napastnika. Czech zajmował często miejsce Bruno Fernandesa jako ofensywnego pomocnika. Grając w tym sektorze boiska miał więcej miejsca na prowadzenie piłki, umiejętnie wykorzystywał przestrzeń między liniami rywala i z dużą łatwością wdzierał się w jego szyki obronne. Schick, pomimo sporego wzrostu, świetnie czuje się z futbolówką przy nodze. Nienaganne przyjęcie, gra na jeden kontakt czy drybling to dla niego chleb powszedni. Do tego pod bramką zawsze zachowuje pełny spokój. Napisać, że w polu karnym rywala zawsze ma chłodną głowę, to za mało – ona wydaje się wręcz lodowata. Zupełnie jakby pokonanie bramkarza było równie banalną czynnością, co obieranie ziemniaków czy wyrzucanie śmieci.

Im częściej Schick pojawiał się jako dżoker, tym częściej padały pytania, dlaczego nie dać mu więcej szans od początku. Dla Marco Gianpaolo nie było to jednak takie proste, bo przecież miał do dyspozycji także Fabio Quagiarellę oraz Luisa Muriela, którzy również zapewniali odpowiednią jakość i bramki (odpowiednio: osiem i dwanaście – przyp. red.). Poza tym taki super rezerwowy, który jest w stanie w każdym momencie odmienić losy spotkania o 180 stopni, to prawdziwy skarb. Najlepszym przykładem takiego właśnie „wejścia smoka” niech będzie starcie przeciwko Romie. Kiedy czeski atakujący pojawiał się na placu w 69. minucie, goście prowadzili 2:1. Po dwóch minutach Schick strzelił na 2:2 (swoją drogą, w tej bramce uwidoczniły się wszystkie atuty Czecha: dobre wyczucie czasu, siła fizyczna, która nie pozwoliła się nawet zbliżyć próbującemu zapobiec niebezpiczeństwu De Rossiemu, spokój i precyzja w wykończeniu, słowem: perfekcyjna bramka), ale to nie było wszystko, co tego dnia miał do zaoferowania. Parę chwil później przejął piłkę pod własnym polem karnym, popędził na połowę Romy, gdzie został sfaulowany jakieś 25 metrów od bramki Wojciecha Szczęsnego. Rzut wolny w wielkim stylu na gola zamienił Muriel. Pięć minut na murawie i dwa wypracowane trafienia!

Jak często bywa w piłkarskim życiu, żeby otrzymać prawdziwą szansę, musi dopomóc los. Kontuzja Luisa Muriela, której Kolumbijczyk nabawił się pod koniec marca, otworzyła Schickowi drzwi do wyjściowego składu Dorii. Nasz bohater wykorzystuje to w stu procentach – cztery mecze w pełnym wymiarze czasowym i trzy gole zaaplikowane Interowi, Sassuolo i niedawno w wielkim stylu Crotone. Zwłaszcza potyczka na Guiseppe Meazza była ze wszech miar udana, bo nie dość, że okraszona trafieniem Czecha, to jeszcze zwycięska. Schick był jednym z najlepszych graczy na murawie legendarnego San Siro. Portal „l’Ultimo Uomo” pokusił się o szczegółową recenzję jego występu, zwracając uwagę nie tylko na bramkę czy kreowanie gry, ale całokształt boiskowych poczynań. Włosi wyciągnęli w swojej analizie takie smaczki, jak sprytne „bodiczki” uniemożliwiające przeciwnikowi nawet dobre ustawienie się względem piłki, regulowanie tempa gry, umiejętne przetrzymanie piłki w oczekiwaniu na kolegów z zespołu, ale najwięcej miejsca poświęcono technice Patrika. Już teraz porównuje się go zresztą do samego Zlatana Ibrahimovicia, który również jest słusznego wzrostu, ale koordynację ruchową ma wprost doskonałą.

Mecz przeciwko Interowi może być dla młodego prażanina także przepustką do nowego miejsca pracy. Jeszcze przed pojedynkiem w Mediolanie włoskie media łączyły Schicka właśnie z ekipą Nerazzurrich, a te przypuszczenia zintensyfikowały się jeszcze po bezpośredniej konfrontacji. Ponoć dyrektor sportowy Piero Ausilio miał już nawet odbyć rozmowy ze swoim odpowiednikiem w genueńskim klubie, a agent zawodnika, Pavel Paska, otrzymać telefon ze stolicy Lombardii. Sęk w tym, że nie tylko Internazionale widziałoby Czecha w swoich szeregach. Podobno Juventus również chciałby zapewnić sobie jego usługi, z tym, że sam piłkarz jeszcze przez rok pozostałby u obecnego pracodawcy. A następne w kolejce stoi już Napoli…


Marco Giampaolo zagadywany kilka tygodni temu przez dziennikarzy z Półwyspu Apenińskiego, dlaczego nie daje więcej szans Schickowi, odpowiedział pół żartem, że to zbyt duży talent, by pokazywać go szerszej publiczności, wszak jeśli ta zorientuje się, jakie drzemią w nim możliwości, to Blucerchiati szybko uzdolnionego napastnika stracą. Trzymając się więc ironii, możemy tylko wyrazić żal względem opiekuna Sampdorii, gdyż wszystko wskazuje na to, że i tak za moment będzie zmuszony oddać komuś bogatszemu swój diamencik. Będąc jednak zupełnie poważnym, ewentualna przeprowadzka Czecha powinna być na rękę nie tylko samemu piłkarzowi, ale też klubowi z Genui, który na niego postawił, bo wydaje się, że kwota wykupu może mocno zbliżyć się do klauzuli zawartej w kontrakcie. W końcu potencjalny kupujący zapłaci nie tylko za zawodnika wyróżniającego się w lidze, ale także reprezentanta swojego kraju. Schick u Pavla Vrby debiutował co prawda jeszcze w maju zeszłego roku w towarzyskim pojedynku z Maltą, ale jesienią minionego roku zagrał również w dwóch meczach eliminacyjnych do mundialu w Rosji. Trzeba przyznać, że w tym przypadku tempo pokonywania kolejnych szczeblów modelowej kariery jest doprawdy zawrotne.

Autor: Łukasz Szymański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *