1200_53607_20200216pf_mk157

W drugi weekend lutego po zimowej przerwie wróciła „polska Bundesliga”. Tym razem nie było jednak nerwowego oczekiwania i regularnego spoglądania na zegarek, bowiem szanujący się eksperci czy kibice nie zamierzali rozbudowywać swoich oczekiwań względem postawy rodzimych drużyn w rundzie wiosennej. Każdy doskonale zdawał sobie sprawę, że odejście takich zawodników, jak Jarosław Niezgoda, Lukáš Haraslín, Darko Jevtić, Patryk Klimala oraz Adam Buksa, musi mieć przełożenie na poziom sportowy Ekstraklasy, który od dawna i tak pozostawał daleki od pożądanego. Mało kto spodziewał się natomiast, że będzie aż tak źle…

Emocje, niestety w dużej mierze te negatywne, rozpoczęły się już od pierwszych minut 21. serii gier. Marnowanie doskonałych sytuacji do zdobycia bramki, kiksy we własnym polu karnym, finalizowanie akcji strzałem w aut (!), czy wreszcie haniebny baner wywieszony na stadionie warszawskiej Legii – z pewnością nie chcieliśmy, aby właśnie takie obrazki były wysyłane w świat.


Trudną sytuację starał się nieco załagodzić Michał Pobierz – opiekun w zasadzie jedynego ekstraklasowego zespołu z aspiracjami, który zimą nie stracił któregoś ze swoich kluczowych zawodników. Charyzmatyczny szkoleniowiec Cracovii zaznaczył, że nie możemy mieć wygórowanych ambicji względem polskiej elity piłkarskiej, a kiksy zdarzają się także znaczącym postaciom najsilniejszych lig na Starym Kontynencie, którym rocznie wpływają na konta kwoty co najmniej ośmiocyfrowe. Wyciągniętą dłoń odrzucili jednak sami zainteresowani, prezentując w miniony piątek i sobotę kolejny festiwal indolencji – tym razem seryjnie marnując rzuty karne.


To tylko jedna strona medalu. Druga kwestia jest jeszcze smutniejsza i pod dużym znakiem zapytania stawia jakikolwiek progres rodzimych rozgrywek w najbliższych miesiącach. Regularnie toczą się debaty na temat przepisu o młodzieżowcu, powracających jak bumerang problemów z kibicami na polskich stadionach, czy przedłużającej się sagi ze stadionem w Częstochowie, a tymczasem prawdziwe „show” zostaje urządzone we wczesne niedzielne popołudnie w Białymstoku. Od razu uprzedzamy, że nie chodzi o publiczną projekcję filmu o legendzie tamtejszego regionu, czyli Zenonie Martyniuku, lecz rywalizację miejscowej Jagiellonii z Koroną. Przeglądając składy meczowe dokonaliśmy zatrważającego odkrycia – na 22 zawodników, którzy od pierwszej minuty rozpoczęli ligową młóckę na obiekcie przy ul. Słonecznej, zaledwie 5 było Polakami, przy czym warto nadmienić, że Taras Romanczuk otrzymał polskie obywatelstwo dopiero kilka lat temu.


Tydzień później trener Jagi Iwajło Petew postanowił utrzymać trend i w rywalizacji z Legią, którą jego zespół sromotnie przegrał, znów posłał w bój zaledwie dwóch graczy przy których pojawiała się „biało-czerwona flaga”. Naprawdę trudno jest uwierzyć w to, że gdyby zamiast Dejana Ilieva postawił na oddanego bez żalu Grzegorza Sandomierskiego, a w ofensywie postawił na Przemysława Mystkowskiego czy nawet Macieja Makuszewskiego obraz byłby bardziej nędzny…/p>


Niewiele lepiej było w ciekawie zapowiadającym się starciu Cracovii z Lechem Poznań, śmiało mogącym aspirować do miana hitu kolejki. Tutaj w wyjściowych składach obu ekip znalazło się dwóch rodaków więcej, ale jeden z nich (Jakub Kamiński) nie wystąpił na swojej nominalnej pozycji. Zamiast szarżować na lewym skrzydle, Wychowanek Kolejorza ponownie musiał „łatać dziury” na… prawej obronie.

Oczywiście nie można oczekiwać, że w każdym klubie Ekstraklasy będzie prężnie działająca akademia, dostarczająca trenerowi pierwszej drużyny wartościowych piłkarzy. Trudno jednak oczekiwać, że iskierką pozwalającą uwierzyć kibicom z Kielc w utrzymanie swoich ulubieńców w elicie będzie D’Sean Theobalds, który przed przenosinami do stolicy województwa świętokrzyskiego występował w… szóstej lidze angielskiej.

Dlaczego zatem od kilku tygodni dyskutujemy w zasadzie tylko nad tym, czy lepszym rozwiązaniem będzie liga z 16 czy 18 zespołami, skoro urósł, zupełnie niezauważony, znacznie poważniejszy problem? Prezes Legii Dariusz Mioduski nie ma racji – dwie kolejne drużyny w stawce nie osłabią poziomu całych rozgrywek, bo jest to w zasadzie niemożliwe. Przestańmy udawać, że rozwiązaniem jakichkolwiek problemów stało się wprowadzenie przepisu o młodzieżowcu. Czy dzięki temu polskie drużyny lepiej prezentują się w europejskich pucharach? Czy na krajowych boiskach pada więcej bramek? Radosław Majecki, Michał Karbownik, Kamil Jóźwiak czy Filip Marchwiński dostali szansę z prozaicznego powodu – mają po prostu talent.

Z jakiego powodu nie bierzemy przykładu z sąsiadów zza zachodniej granicy? Przestańmy udawać, że jesteśmy hegemonem w regionie CEE i nie będziemy spoglądać na innych, bo jest w tym tyle prawdy, co w tłumaczeniu, iż podatek cukrowy został wprowadzony w trosce o zdrowie obywateli.


Pomyślmy zatem, w jaki sposób można zatrzymać napływ przeciętnych obcokrajowców, którzy wyróżniają się jedynie tym, że co miesiąc poważnie drenują klubową kasę. Nieco na marginesie – dziwi fakt, że żaden z klubów PKO BP Ekstraklasy nie zarejestrował się do tej pory w BDO, czyli Bazie Danych Odpadowych. Nie ma chyba wątpliwości, że większość z nich zajmuje się przecież przetwarzaniem „piłkarskich odpadów”. Szukajmy zatem optymalnego rozwiązania. Limit graczy spoza Unii Europejskiej w żaden sposób problemu nie zlikwidował. Osiem lat temu, gdy to Korona podejmowała u siebie Jagiellonię, od pierwszego gwizdka sędziego na murawie zameldowało się 15 naszych rodaków oraz Thiago Cionek, który ma przecież polskich przodków. Czy wówczas poziom rywalizacji był niższy? Kluby znad Wisły gorzej prezentowały się na europejskich arenach? Mniej kibiców śledziło ligę?

Zróbmy wreszcie coś konstruktywnego dla poprawy jakości Ekstraklasy, bo jeszcze nigdy te słynne słowa Stefana Kisielewskiego nie definiowały tak idealnie obecnego stanu rzeczy: „To, że jesteśmy w d**ie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *