DJnRVOjWAAAqNh4

Drugi weekend kwietnia przyniósł to, czego spodziewali się w zasadzie wszyscy. Coś, co zdaniem wielu od samego początku miało niezwykle niski wskaźnik rentowności. Wraz z porażką z Zagłębiem Lubin wyczerpała się cierpliwość prezesa Dariusza Mioduskiego i w Legii nastąpiła kolejna zmiana na ławce trenerskiej. Powodów takiej decyzji było bez liku, niczym argumentów, aby tegorocznego mistrza Polski po prostu wylosować. Skupmy się jednak na najważniejszych grzechach Chorwata, którego misja zakończyła się dokładnie po 213 dniach.

Na początek zafundujemy szczyptę statystyk. Z ostatnich pięciu trenerów stołecznego klubu tylko Jacek Magiera otarł się o okres zatrudnienia na poziomie jednego roku. To w zasadzie koronny argument za tym, że mówienie o długofalowym projekcie i prośby o nieco więcej opanowania w rodzimym środowisku piłkarskim od zawsze są skazane na niepowodzenie. Z perspektywy czasu widać wyraźnie, jak bardzo pochopna była decyzja o zwolnieniu rozwojowego szkoleniowca rodem spod Jasnej Góry.


Przyjście Jozaka na Łazienkowską miało przynieść nową jakość nie tylko w aspekcie sportowym, lecz przede wszystkim na polu biznesowym. Nie było wszak tajemnicą, do której rozwikłania niezbędny był wydział „Archiwum X”, że ważny element w CV Chorwata stanowi rozdział zatytułowany „Dinamo Zagrzeb”. Legia miała podążać podobną drogą: odważnie stawiać na wychowanków, których łatwo można było wypromować i sprzedać za gigantyczne pieniądze. Z tego względu nikt nie mógł być zaskoczony słowami, jakie padły na powitalnej konferencji prasowej: „Pewnego dnia wszyscy podziękujemy Dariuszowi Mioduskiemu za ten ruch”. I rzeczywiście tak się stało. Ale tym ruchem było wyczekiwane przez wielu zwolnienie 45-latka…


Choć to trudne do uwierzenia, odchodzi on w zasadzie w podobnym stylu jak Besnik Hasi. Były opiekun Anderlechtu, spośród wielu nietrafionych decyzji, ściągnął jednak do stołecznego klubu Vadisa Odjidje-Ofoe czy Thibaulta Moulina. A Jozak? Z ostatniego zaciągu, który trafił do Warszawy, pozytywnie można ocenić w zasadzie tylko pozyskanie Williama Rémy’ego. Kompletnymi niewypałami okazali się Eduardo da Silva czy Maurício, a więcej złego niż dobrego można powiedzieć także o Vesovicu oraz Cafu.

Na pierwszy rzut oka wydawało się, że te nazwiska będą synonimem wysokiej piłkarskiej jakości, która doprowadzi nie tylko do kolejnego tytułu najlepszej ekipy nad Wisłą, ale także do powrotu na arenę europejską, najlepiej do najbardziej prestiżowych rozgrywek na Starym Kontynencie. Zamiast tego był problem z sensownym ukształtowaniem ławki rezerwowych, która przypominała bardziej ekipę walczącą o utrzymanie niż hegemona mającego zdominować ligę.

Przez dłuższy czas rzeczywistość dość przykładnie zakrywana była przez rezultaty osiągane przez wciąż aktualnego mistrza Polski. Dość powiedzieć, że w tym okresie Legia Jozaka zdobyła więcej punktów niż Lech czy Jagiellonia. Składały się na to jednak również zwycięstwa na Stadionie Wojska Polskiego ze słabo dysponowanymi Śląskiem i Pogonią, odniesione po oddaniu przez gospodarzy zaledwie czterech celnych strzałów. Prawdziwym obrazem nędzy i rozpaczy było jednak to, że więcej porażek w tym czasie zanotowało tylko sześciu przedstawicieli LOTTO Ekstraklasy! Trudno zatem nie zgodzić się z argumentami prezesa Wojskowych, przytoczonymi podczas niedzielnego spotkania z dziennikarzami.

„Wczoraj podjęliśmy decyzję o zwolnieniu trenera Romeo Jozaka. Do końca sezonu funkcję pierwszego szkoleniowca będzie pełnił Dean Klafurić. Z punktu widzenia klubu nie była to łatwa decyzja. Jesteśmy przekonani, że w obecnej sytuacji była to decyzja optymalna. Czy idealna? Zobaczymy. Każda inna byłaby gorsza…”

Dariusz Mioduski, prezes Legii Warszawa

Dlaczego gorsza? W ostatnim czasie niemal każdy już zauważył, że legioniści coraz szybciej zmierzają ku przepaści i trudno znaleźć kogoś, kto na stromym zboczu postawi tamę. Przez dłuższy czas wydawało się, że takim ratunkiem okaże się twierdza przy ulicy Łazienkowskiej 3. Tyle, że ten teren już dawno przestał być nie do zdobycia, a z pełnym dorobkiem punktowym wracały ostatnio ze stolicy Wisła Płock, Wisła Kraków, czy właśnie Zagłębie. Nie sposób więc dziwić się frustracji warszawskich kibiców, których na pojedynku z ekipą prowadzoną przez Mariusza Lewandowskiego pojawiło się na trybunach tylko nieco ponad 15 tysięcy. To mniej niż zjawiło się w Łodzi na starciu Widzewa z… rezerwami Legii.


Ostatnie rozczarowujące wyniki i wyjątkowo piękna pogoda – to były tylko poboczne czynniki. Głównym problemem był styl „wypracowany” pod wodzą Jozaka. 1, 5, 7, 4, 4 – to nie liczba bramek zdobyta na własnym obiekcie, lecz celne strzały oddane przez legionistów w starciach z Jagiellonią, Lechem, Wisłą, Pogonią oraz Zagłębiem.

Problemy dosięgły w zasadzie każdą formację. Szereg błędów popełnia defensywa, której jedynym ratunkiem była bardzo wysoka dyspozycja Arkadiusza Malarza. Pozbawiony kreatywności był środek pola, a bez Niezgody i Szymańskiego w zasadzie nie istniała linia ataku. Zresztą młody wychowanek Wojskowych doczekał się poważnej szansy dopiero wiosną i mimo, że często był najlepszym graczem na murawie, opuszczał ją w zasadzie jako pierwszy.


Ten fakt można jeszcze tłumaczyć różnymi względami. Ale poza brakiem stylu, równie mocno zastanawiało znikome zaangażowanie stołecznych piłkarzy. Wspominał o tym także chorwacki szkoleniowiec po domowych meczach z Jagą czy Białą Gwiazdą.

„Byliśmy jak przebity balon. Brakowało nam energii”

„W zespole nie było agresywności, pasji i energii”

Romeo Jozak

Pozytywnych efektów w żaden sposób nie udało się jednak zauważyć. Podobnie jak w kuriozalnej sytuacji z Michałem Kucharczykiem, która jest idealnym dopełnieniem zakończonej tragicznie historii „Romeo i Legia”. Najpierw popularnego „Kuchego”, z niezwykle zaskakującą łatką „wynoszącego informacje do mediów”, przesunięto do zespołu rezerw, a później przywrócono go błyskawicznie do drużyny. Nic więc dziwnego, że dość klarownie swoją opinię w tej sprawie sformułowali warszawscy fani.


Teraz Pazdan i spółka muszą zapomnieć o przeszłości, a skupić się na teraźniejszości. Będzie nią środowy pojedynek z Górnikiem Zabrze, którego stawką jest awans do półfinału Pucharu Polski. O ile indolencji rywali cały czas Legia zawdzięcza spore szanse na obronę tytułu, to w konfrontacji z ekipą Marcina Brosza miejsca na nawet najmniejszy błąd już nie będzie. I choć nieco nadziei mogą wlać optymistyczne wypowiedzi na temat tymczasowego opiekuna, to zdaje się, że podobne odczucia towarzyszyły wielu sympatykom mistrza Polski nieco ponad 200 dni temu…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *