Final-Kiev-2018

Trudno powiedzieć, czy fani Liverpoolu, Bayernu Monachium, a zwłaszcza Romy i Realu Madryt zdołali już ochłonąć po niezliczonych emocjach, które towarzyszyły im i ich ulubieńcom w ostatnich dniach. Czasu na rozważanie ewentualnych błędów nie mieli także trenerzy półfinalistów, wszak już w piątek odbyło się niezwykle ważne dla nich losowanie. Teraz sen z powiek będą już spędzać zupełnie nowi rywale.

To były dwa niesamowite, wyjątkowe i zupełnie niespodziewane dni z rozgrywkami elitarnej Champions League. Znów okazało się, że futbol jest całkowicie nieprzewidywalny i może igrać z odczuciami wszystkich w najmniej spodziewanym momencie. Wtedy, gdy niejeden napisze święcie przekonany: „w rewanżach nie będzie już żadnych emocji”, „Barcelona i tak awansuje”, „Real na pewno nie odeprze już ataków Juventusu”…

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że wydarzenia z wtorkowych i środowych pojedynków poważnie nadszarpnęły wielu fanom piłki nożnej układ sercowo-naczyniowy. Któż mógł przypuszczać jeszcze tydzień temu, że podopieczni Eusebio Di Francesco zaliczą fantastyczny comeback, a Juventus do ostatnich sekund będzie się bił o awans? Choć nie doszło do całkowitego, wielkiego powrotu włoskiego futbolu na arenę międzynarodową, to już można ostatecznie stwierdzić, że pogłoski o jego śmierci były zdecydowanie zbyt wczesne.


Gdyby ktoś zdecydował się wówczas postawić u bukmacherów, że Roma odrobi straty z Barceloną, Juventus strzeli trzy bramki na Estadio Santiago Bernabéu, a Manchester City przegra trzy mecze na przestrzeni nieco ponad tygodnia, to teraz wiódłby życie klawe niczym żona piłkarza.

Niemalże od razu po zakończeniu fazy ćwierćfinałowej LM zaczęły się ukazywać przewidywania kibiców przed ostatecznym losowaniem. Nie sposób było nie zauważyć, że zdecydowanie dominował jeden zestaw.






Niejednemu z kibiców marzyła się więc powtórka z sezonu 2013/14, gdy Los Blancos bez najmniejszych problemów wyeliminowali ówczesnych podopiecznych Pepa Guardioli i awansowali do – jak się później okazało – zwycięskiego finału z Atlético. Dla świeżo upieczonego mistrza Niemiec miała to być z kolei odmiana na tegorocznej ścieżce europejskiej, gdyż Beşiktaş JK i Seviila bardziej przypominały mało wymagających rywali grupowych niż poważne przeszkody w drodze do wymarzonego i oczekiwanego przez wszystkich w Bawarii triumfu w Champions League.

Wylosowania Królewskich raczej nie chciał natomiast Robert Lewandowski. Nie tylko dlatego, że od dłuższego czasu kapitan reprezentacji Polski jest łączony przez media z najbardziej utytułowanym klubem w historii LM, a – przynajmniej w teorii – madrycki obrońca tytułu to najtrudniejszy rywal. Starcia z podopiecznymi Vincenzo Montelli zapadły w pamięć kapitanowi kadry Adama Nawałki dlatego, że wypadł w nich dość przeciętnie, zbierając przy tym dość mizerne noty, a dodatkowo zostawiły mało przyjemną pamiątkę.


Ostatecznie, los, który został powierzony w ręce sekretarza generalnego UEFA Giorgio Marchettiego oraz legendarnego Andriya Shevchenki, zdecydował, że należy wysłuchać oczekiwań sporej rzeszy sympatyków najpopularniejszej dyscypliny sportu i o udział w wielkim finale, który zostanie rozegrany na Stadionie Olimpijskim w Kijowie zawalczą w bezpośrednim pojedynku właśnie Bayern i Real Madryt oraz FC Liverpool i AS Roma.


W obu starciach nie zabraknie okołomeczowych podtekstów. Znacznie więcej będzie ich w pierwszej rywalizacji, bo oprócz największej gwiazdy Biało-Czerwonych, szereg emocji będzie wzbudzał także były gracz Los Merengues, James Rodríguez. Warto jednak zauważyć, że rywalizacja dwóch rewelacji tegorocznej edycji Champions League również będzie miało interesujące tło w osobie Mohameda Salaha, który zaliczy sentymentalną podróż do „Wiecznego Miasta.


Co w pełni zrozumiałe, od razu po zamknięciu krótkiej ceremonii losowania ruszyła wielka licytacja na temat szans poszczególnych ekip na spotkanie się ze sobą w najważniejszym klubowym starciu. Swoje przewidywania postanowili dołączyć także piłkarscy analitycy, wskazując procentowy rozkład szans przed pojedynkami zaplanowanymi na 24 i 25 kwietnia oraz 1 i 2 maja.


Do wszystkich dywagacji należy oczywiście podejść ze sporą rezerwą. Mecze ćwierćfinałowe pokazały już dobitnie, że jakiekolwiek przewidywanie ekspertów czy kibiców wypadają niezwykle blado, gdy zestawi się je później z niepowtarzalną piłkarską rzeczywistością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *