Walka o tron w LaLiga

Kwiecień to ulubiona pora dla kibiców najpiękniejszego sportu świata. Drużyny praktycznie co trzy dni rozgrywają swoje spotkania, w decydującą fazę wkraczają Liga Mistrzów i Liga Europy, a na krajowym podwórku ważą się losy utrzymania w elicie oraz upragnionego tytułu. Z hiszpańskiej perspektywy nabiera ona jeszcze innego, głębszego znaczenia, zwłaszcza w okolicach stolicy…

Widzowie Primera División nie raz w bieżącej kampanii mogli odnieść wrażenie, że zespoły z czołowej trójki robią wszystko, aby utrudnić sobie, a czasami nawet uniemożliwić drogę do mistrzostwa. To oczywiście złudne i fałszywe spojrzenie na całą sytuację, którą można rozpatrywać na kilku płaszczyznach.


Ligowe pojedynki w minioną sobotę przyniosły jednak sporo argumentów obrońcom i twórcom spiskowych teorii. Najpierw w emocjonujących derbach Madrytu na Estadio Santiago Bernabéu nie wyłoniono zwycięzcy, ponieważ Królewscy po trafieniu Pepe nie po raz pierwszy stanęli. Piłkarzom Zidane’a brakowało chęci do dalszego konstruowania akcji w ofensywie, za co zostali skarceni w ostatnich minutach meczu trafieniem niezawodnego Griezmanna. Francuz pewnie wykorzystał sytuację sam na sam z Keylorem Navasem, choć trudno nie odnieść wrażenia, że gdyby z boiska nie zszedł po zderzeniu z Kroosem autor gola, to Rojiblancos mogliby nie doprowadzić do wyrównania, ponieważ w tym spotkaniu wyjątkowo nie potrafili stwarzać sobie dogodnych okazji. Po ostatnim gwizdku starcia stołecznych drużyn niemal cała Katalonia zawrzała, a fani Barcelony na całym kontynencie rozpoczęli świętowanie, ponieważ w przypadku wygranej z Malagą, która według przewidywań cules była oczywistością, ekipa z Camp Nou wskoczyłaby na pierwsze miejsce w tabeli.

Nie minęło kilka godzin od zakończenia gry na Bernabéu, a optyka postrzegania całej sytuacji zmieniła się o 180 stopni, bowiem podopieczni Luisa Enrique zagrali na La Rosaleda fatalnie i nie dość, że nie zdołali przechylić szali zwycięstwa na własną korzyść, to ulegli drużynie Míchela 0:2 po spotkaniu, które przebiegało w cieniu karygodnych decyzji Gila Manzano mylącego się niemiłosiernie w obie strony.

We wspomnianych pojedynkach 31. kolejki LaLiga Atlético straciło okazję na odskoczenie od naciskającej na trzecie miejsce Sevilli, a Real i Barcelona pogubiły ważne punkty, które być może zaważą ostatecznie na tytule. Jeżeli Los Colchoneros mają obsesję na punkcie upragnionego w gablotach Vicente Calderón pucharu za zwycięstwo w Champions League, o czym niejednokrotnie wspominali sami piłkarze, to może nie tak wielką, ale również znaczącą w stosunku do najcenniejszego krajowego trofeum posiadają Królewscy. Real Madryt swoje ostatnie mistrzostwo Primera División zgarnął w 2012 roku, co już powinno zapalić czerwoną latarkę w głowie kibiców Los Blancos. Sytuację pogarsza fakt, że od 9 lat zespół z Santiago Bernabéu zdobył tylko dwa tytuły mistrza Hiszpanii.


Eksperci z Półwyspu Iberyjskiego słusznie zauważają, że tej niekorzystnej tendencji nie jest w stanie w stu procentach wynagrodzić nawet cudowna passa w europejskich rozgrywkach, a przecież na przestrzeni minionych 3 lat Real dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów, pokonując w pamiętnych bojach drużynę Diego Simeone – najpierw w Lizbonie, a następnie na Stadionie Giuseppe Meazzy w Mediolanie. Florentino Perez co prawda uwielbia dominację Los Blancos na arenach Starego Kontynentu, jednak dotychczasowa hegemonia Barcelony i ostatni progres Atlético pod rządami „Cholo” powodują, że słuszne wydają się pytania o to, czy klubowy mistrz Europy jest najlepszy także na własnym podwórku. Zdrowy rozsądek każe sądzić, iż tak – to naturalne. Ale matematyka sugeruje już coś innego: najlepszy w Hiszpanii jest ten, kto sięga po tytuł, a w rozgrywkach LaLiga nie można liczyć na szczęśliwe losowanie…

Wiele teorii powstało już o rzekomo ustawianych drabinkach Ligi Mistrzów, gorących kulkach, które miał finansować Florentino Perez, ale to jednak tezy bliższe jednej z części kibiców Barcelony – tej szukającej zawsze dziury w całym i powołującej się na kontrowersyjne wypowiedzi Piqué, czyli defensora znanego ze swojej szczerej nienawiści do odwiecznego rywala z Madrytu. Choć ciężko w to uwierzyć, do końca aktualnych rozgrywek zostało już tylko siedem serii gier (w przypadku Królewskich jeden zaległy mecz z Celtą Vigo na Balaidos – przyp. red.), a ostatni bilans pięciu spotkań prezentuje się dla Realu i Atlético identycznie. Oba stołeczne kluby mierzyły się jednak z przeciwnikami różnej klasy. Duma Katalonii straciła więcej oczek od madryckich konkurentów, w tym najbardziej nieoczekiwane w wyjazdowym starciu z bardzo przeciętną Malagą, której styl oraz koncepcja gry oparte są na długiej piłce przetransportowanej od jednego pola karnego do drugiego, z pominięciem linii pomocy, a także na charakterystycznym dla brytyjskiej rzeczywistości ligowej box to box.

LaLiga table

Z wielkiej trójki najmniejsze szanse na mistrzostwo ma obecnie Atlético, ale wszyscy eksperci w ojczyźnie Pablo Picasso zgodnie twierdzą, iż obsesją Rojiblancos jest zdecydowanie Champions League, na którą zostaną rzucone wszelkie dostępne siły. W tych prestiżowych rozgrywkach trudne zadanie czeka natomiast Barcelonę po kompromitującej porażce z Juventusem w pierwszym meczu ćwierćfinałowym. Nikt przy zdrowych zmysłach nie sądzi, że Stara Dama jest w stanie wypuścić taką zaliczkę z rąk, dlatego ekipa Enrique, poza finałem Copa del Rey, skupi się na krajowym tytule pozwalającym na idealne zwieńczenie pracy tego szkoleniowca na Camp Nou. Kluczową kwestią na końcowym etapie sezonu ligowego, w który wkraczamy wielkimi krokami, mogą okazać się także spotkania rozgrywane na obcych stadionach, a tylko Los Blancos mogą cieszyć się z tego, iż areną pozostałych najcięższych bitew w Primera División będzie ich obiekt. Sevilla, mimo kapitalnego początku pod wodzą Jorge Sampaoliego, wypisała się z walki o mistrzostwo ostatnimi wynikami, które nie były przypadkiem, a jedynie konsekwencją zbyt wąskiej kadry oraz przesadnego wyeksploatowania zawodników z Estadio Ramón Sánchez Pizjuán, co potwierdzają hiszpańscy dziennikarze powołując się między innymi na słowa samego opiekuna Sevilli. 57-latek wzoruje się na Marcelo Bielsie znanym właśnie z tego, iż prowadzonym przez niego zespołom starcza paliwa tylko na pierwszą część rozgrywek. Bez względu na to, która z wielkich firm sięgnie po upragniony krajowy tytuł, kibice najlepszej ligi świata mogą z pewnością stwierdzić, że tegoroczna kampania przyniosła niesamowitą jakość oraz multum emocji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *