Czarnogóra

Wembley, Camp Nou, Allianz Arena – to tylko niektóre wielkie stadiony, gdzie goście przejeżdżają na mecz z przeświadczeniem, że trafili do przysłowiowej jaskini lwa. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę gorącą atmosferę panującą na trybunach, to ze Stadionem Pod Goricom trudno się mierzyć. To właśnie tam Polacy będą szukać zjazdu na bezpośrednią drogę do Rosji. Czy osłabieni brakiem Stevana Joveticia Czarnogórcy mogą zagrozić Biało-Czerwonym?

Podgorica – piękne miasto stanowiące bazę wypadową na Morze Adriatyckie. Dla turystów raj, zaś dla piłkarzy drużyn przyjezdnych istne piekło. Reprezentacja Polski grała tam tylko raz. Na początku eliminacji do brazylijskiego mundialu, 7 września 2012 roku, zremisowaliśmy 2:2 po pełnym zwrotów akcji, morderczym starciu. Z tamtego spotkania wszyscy zapamiętali jednak nie tyle sam wynik, co skandaliczne zachowanie miejscowych kibiców, którzy rzucali racami w pole karne strzeżone przez Przemysława Tytonia. Golkiper PSV czuł się wówczas zagrożony i nie chciał wracać do bramki, ale ostatecznie zawody dokończono.

To w dużym skrócie obraz, który mają przed oczami goście przyjeżdżający na eliminacyjne starcia do Czarnogóry. Rosjanie na boisku w Podgoricy w kwalifikacjach do EURO 2016 wytrzymali zaledwie… 3 minuty. Wówczas jedna z petard trafiła Igora Akinfeeva, arbiter zarządził koniec spotkania, a Sborna otrzymała walkower. Irracjonalne zachowanie czarnogórskich fanatyków nie przysłania jednak faktu, że Hrabri sokoli, jak nazywana jest reprezentacja Czarnogóry, to przede wszystkim solidna drużyna, która tanio skóry nie sprzedaje.


Brak awansu brakiem pomysłu? Wykluczone!

24 marca 2007 roku, czyli niespełna rok po proklamowaniu niepodległości, Czarnogórcy rozegrali swoje pierwsze oficjalne spotkanie międzynarodowe. Na własnym terenie pokonali Węgrów 2:1 i choć Madziarom daleko było do poziomu, który prezentują teraz, to wielu uznało wtedy, że nowo powstała kadra z Bałkanów nie będzie jedynie kolejnym dostarczycielem punktów na Starym Kontynencie. Już udział w pierwszych eliminacjach w historii (do EURO 2012 – przyp. red) utwierdziły kibiców i obserwatorów, że w byłej Jugosławii może zrodzić się nowa piłkarska siła. Czarnogóra zajęła w trudnej grupie drugie miejsce ustępując tylko Anglikom, co było równoznaczne z możliwością gry w barażach o awans do polsko-ukraińskiego turnieju. Tam Hrabri sokoli ulegli jednak Czechom 0:1 i 0:2. Niemniej sam fakt, że w eliminacjach młoda, niedoświadczona na arenie międzynarodowej reprezentacja potrafiła zremisować z Anglią (i to dwukrotnie!) czy pokonać silnych Szwajcarów sprawił, że futbolowa Europa z niepokojem zaczęła spoglądać w kierunku Podgoricy.


I gdy wydawało się, że kolejne eliminacje, do brazylijskiego mundialu, skończą się już powodzeniem i awansem Czarnogóry, los znów nie był łaskawy dla zespołu prowadzonego wówczas przez Branko Brnovicia. Najlepsza w grupie znów okazała się Anglia, a drugą lokatę, równoznaczna z awansem do baraży, uzyskali Ukraińcy. Ekipa z Bałkanów uplasowała się na trzeciej pozycji, pozostawiając w pokonanym polu słabych wtedy Polaków, a także outsiderów z Mołdawii i San Marino. Rozczarowanie w narodzie było duże, zatem federacja postanowiła nie przedłużać kontraktu z Brnoviciem i na stanowisku selekcjonera osadzono obecnego szkoleniowca Ljubišę Tumbakovicia. Mimo tego misja wprowadzenia kadry Dzielnych Sokołów do EURO 2016 również zakończyła się fiaskiem. Nie pomogła nawet reforma i zwiększenie liczby uczestników do 24, bowiem pierwsze dwa miejsca zajęli Austriacy i Rosjanie, a trzecie, dające awans do baraży, Szwedzi, którzy ostatecznie do Francji także pojechali. Rozczarowanie Czarnogórców musiało być o tyle duże, że z eliminacji na eliminacje dystans pomiędzy premiowanymi awansem lokatami a miejscami uzyskiwanymi przez zespół z Bałkanów wzrasta. Czy zatem można powiedzieć, że Polacy zagrają ze słabszą drużyną niż przed odpowiednio czterema (2:2 w Podgoricy) i trzema laty (1:1 w Warszawie)?


Stabilni z problemami

Czarnogórcy to z kilkoma wyjątkami niemal ta sama ekipa, którą podejmowaliśmy w eliminacjach do mundialu w Brazylii. Choć od tamtego czasu futbol nieco ewoluował, a w reprezentacji naszych niedzielnych rywali zmienił się trener, to trzon kadry pozostał ten sam. Ljubiša Tumbaković ustawia swoją drużynę w systemie 1-4-2-3-1, choć w zależności od rywala Czarnogórcy korygują boiskowe ustawienie. Niekwestionowanym numerem jeden w bramce jest doświadczony, 33-letni Mladen Božović – jeden z trzech zawodników powołanych na marcowe zgrupowanie grających na co dzień w rodzimej lidze. Golkiper Zety Golubovci doskonale pamięta oba wcześniejsze starcia z Biało-Czerwonymi. Linię obrony zwykle tworzy czwórka graczy, choć w praktyce wygląda to inaczej. Liderem formacji jest dobrze znany Robertowi Lewandowskiemu stoper Atlético Madryt Stefan Savić. 26-letni defensor, który jako pierwszy Czarnogórzec w historii zagrał w finale Ligi Mistrzów, czterokrotnie rywalizował przeciwko naszej największej gwieździe w Lidze Mistrzów. Tylko raz kapitanowi reprezentacji Polski udało się w tych spotkaniach zdobyć bramkę (pamiętny rzut wolny, po którym poinformował świat, że zostanie ojcem – przyp. red). Savić to postać absolutnie fundamentalna zarówno w ofensywie, jak i defensywie. Silnie zbudowany, skoczny, nieustępliwy – to cechy, które sprawiają, że nie jest najwygodniejszym przeciwnikiem dla napastników. Dodatkowo należy zwrócić uwagę, że były piłkarz Manchesteru City znakomicie czuje się pod polem karnym rywala, co potwierdził w spotkaniu z Kazachstanem zdobywając gola na 5:0.

Partnerem Savicia w normalnych okolicznościach byłby 32-letni Marko Baša z Lille, ale z powodu kontuzji Tumbaković nie może skorzystać z jego usług. Wobec tego partnerem stopera Los Colchoneros najprawdopodobniej będzie niedoświadczony Aleksandar Šofranac, który do tej pory w barwach narodowych rozegrał zaledwie trzy spotkania. Tutaj należy upatrywać słabości czarnogórskiej defensywy, bowiem boczni obrońcy – Marusić i Stojković – prezentują co najwyżej solidny poziom, ale tylko w destrukcji, gdyż rzadko podłączają się do akcji ofensywnych.

Analizując bramki tracone przez Czarnogórców, należy zauważyć pewną prawidłowość. Dzielne Sokoły grają bardzo zacieśnioną obroną, ale mimo tego da się ich złamać. Podopieczni Tumbakovicia należą do najwyższych w całej Europie, zatem jest to „woda na młyn” dla naszych filigranowych, dynamicznych skrzydłowych, którzy swoją nieszablonową grą mogą być sprawić przeciwnikom nie lada kłopoty. Niefrasobliwość czarnogórskich defensorów była aż nadto widoczna w przegranym listopadowym meczu w Erywaniu. Uwagę zwraca łatwość, z jaką Ormianie strzelali kolejne bramki.

Obrońcy naszego niedzielnego rywala mają także duże problemy z koncentracją, bowiem nawet teoretycznie najlepszy z nich, Stefan Savić, popełnia sporo błędów. Niejednokrotnie zdarza się, że ustawieni w dwóch liniach Czarnogórcy tuż po przejęciu starają się wyjść trzema zawodnikami do kontry, ale poprzez niedokładne wyprowadzenie piłki narażają się na rekontrę ze strony rywali. Gol, który stracili z Armenią w ostatnich sekundach meczu, może stanowić przykład dla naszych zawodników, aby próbować zaskoczyć Božovicia strzałami z dystansu. Doświadczony bramkarz przy próbach Ormian miał nawet problemy ze złapaniem piłki i często wybijał ją przed siebie. To z kolei wskazówka dla naszych napastników, aby byli czujni w takich sytuacjach w polu karnym gospodarzy.

Czarnogórcy nie radzą sobie, kiedy rywale grają szybszą piłkę. Mało zwrotni obrońcy Hrabri sokoli mogą zatem stworzyć idealne warunki do powtórzenia akcji Kamila Grosickiego z Bukaresztu, która przyniosła nam pierwszego gola. Piłkarze Tumbakovicia przede wszystkim starają się zamykać środek boiska, co jednak nie oznacza że korytarze na skrzydłach pozostają wolne. W niektórych momentach potrafią bronić nawet siedmioma zawodnikami w polu karnym, zatem w Podgoricy musimy grać przede wszystkim cierpliwie. Tutaj duża odpowiedzialność spoczywać będzie na barkach Piotra Zielińskiego, który powinien być reżyserem gry Biało-Czerwonych. Duńczycy w spotkaniu z Czarnogórą, kiedy nie mogli przedrzeć się przez środek, mozolnie rozgrywali futbolówkę przerzucając ciężar gry do bocznych sektorów boiska. Ważna może się okazać aktywność Grosickiego i Błaszczykowskiego schodzących do strefy centralnej i wymieniających się pozycjami z innymi pomocnikami. Przykłady z poprzednich meczów eliminacyjnych pokazują bowiem, że Czarnogórcy przy grze rywala na jeden-dwa kontakty mają olbrzymie problemy.

Polacy powinni w niedzielę prowadzić grę, jednak nie można być nastawionym na to, że nasi oponenci postawią w polu karnym przysłowiowy „autobus” i będą modlili się o jak najniższy wymiar kary. U trenera Tumbakovicia, podobnie zresztą jak i u Nawałki, ważnym elementem taktyki jest tzw. odbudowa formacji. Reprezentację Czarnogóry charakteryzuje też bardzo agresywny pressing, co można było zauważyć w spotkaniu z Rumunią. Drużyna Christopha Dauma bardzo długo nie mogła znaleźć sposobu na sforsowanie dobrze zorganizowanych szeregów obronnych przeciwnika z Bałkanów, którego defensorzy już niemalże na trzydziestym metrze od własnej bramki momentalnie doskakiwali do zawodnika znajdującego się przy piłce.

Kluczem do zwycięstwa w niedzielnej potyczce mogą okazać się również pojedynki indywidualne. Nie jest tajemnicą, że piłkarsko jesteśmy o wiele silniejszym zespołem od reprezentacji Czarnogóry. Nasi dynamiczni skrzydłowi potrafią zrobić różnicę i spowodować, że uzyskamy przewagę. Niezależnie od tego, kto zastąpi kontuzjowanego Krychowiaka w środku pomocy, kluczowa będzie rola wspomnianego Zielińskiego. Pomocnik Napoli potrafi zachować odpowiednie proporcje pomiędzy obroną a atakiem, ale w Podgoricy zdecydowanie bardziej będziemy potrzebowali go w ofensywie.


Bez Joveticia łatwiej?

Polacy powinni dyktować tempo meczu i dążyć do jego wygrania, ale nie powinni zapominać o sile rażenia rywala. Pytanie tylko, gdzie jej szukać. Kontuzja Stevana Joveticia, absolutnie największej gwiazdy czanogórskiego futbolu, sprawia, że reprezentacja Tumbakovicia będzie pozbawiona głównego zęba trzonowego.


Napastnik, który po wypożyczeniu do Sevilli wyraźnie odżył, stanowi o sile ataku drużyny narodowej. Wygląda jednak na to, że za kreowanie sytuacji ofensywnych i ich wykańczanie będą tym razem odpowiedzialni inni zawodnicy. Ważną rolę do odegrania może mieć Marko Vešović – dynamiczny skrzydłowy chorwackiej Rijeki, na którego trzeba zwrócić szczególną uwagę. Innym piłkarzem, na którego trzeba mieć baczenie, jest Fatos Beqiraj, który w przeszłości potrafił zdobyć bramkę nawet wielkiemu Realowi Madryt w Lidze Mistrzów. Dodatkowo w tych eliminacjach strzelił zwycięską bramkę z Duńczykami pokonując Kaspera Schemichela.

Zanim na szersze wody europejskiej piłki we Fiorentinie wypłynął Stevan Jovetić, niekwestionowaną gwiazdą kadry Dzielnych Sokołów był Mirko Vučinić. Napastnika z przeszłością w Romie i Juventusie (szczególnie w Rzymie miał status zawodnika klasowego – dod. red.), choć ma 34 lata i jest praktycznie bez rytmu meczowego, Tumbaković zdecydował się wezwać do swojej reprezentacji. Nie ma jednak wątpliwości, że Vučinić straszy teraz bardziej nazwiskiem niż aktualną formą.

Wiele zależeć może też od Nikoli Vukčevicia. Piłkarz Bragi nie należy do wirtuozów techniki, nie imponuje efektownymi dryblingami, lecz jest zawodnikiem „ze stali”. Wysoki (184 cm), silny, dobrze zbudowany pomocnik stanowi ważny element czarnogórskiej drugiej linii i szczególnie przy stałych fragmentach gry stanowi obok Savicia największe zagrożenie. Polacy, a konkretniej Śląsk Wrocław, mogli się o tym przekonać, kiedy Vukčević jeszcze w barwach Budućnostii strzelił Wojskowym bramkę w eliminacjach Ligi Mistrzów.



Niewygodni, ale…

Czarnogórcy bez wątpienia będą rywalem niewygodnym, ale nie można też przeceniać ich potencjału. Na papierze – za wyjątkiem Savicia i Joveticia, który ma nie wystąpić w meczu z Polakami – brakuje gwiazd, ale siłą drużyny Tumbakovicia jest kolektyw i stabilny, dosyć zgrany skład. Najwięcej zagrożenia ze strony przeciwnika z Bałkanów można się spodziewać po stałych fragmentach gry, gdyż w ich szeregach próżno szukać zawodników o inklinacjach do kreowania gry. Istotne będą pierwsze minuty meczu, kiedy gospodarze na fali entuzjazmu będą starali się wykorzystać żywiołowy doping kibiców i atut własnego boiska. Podopieczni Adama Nawałki muszą zachować spokój i nie dać się sprowokować ani fanom, ani piłkarzom Hrabri sokoli. Wówczas ćwierćfinaliści mistrzostw Europy nie powinni mieć kłopotów z wykazaniem swojej boiskowej wyższości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *